Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

„Moją miedzę mi dajesz?”  (Zofia Mantyka)  2018-07-09

„Moją miedzę mi dajesz?”

Arystoteles przeprowadził był osobliwą klasyfikację ustrojów, według dwóch podstawowych kryteriów: kto rządzi i jak rządzi? Według niego ustroje są: dobre i zdegenerowane. Wśród pierwszych znajdują się: monarchia, arystokracja i politeja, starają się one – mniej lub bardziej udanie – tworzyć ład społeczny, umożliwiający jako taką powszechną pomyślność. Ich lustrzanym, zdegenerowanym odbiciem są odpowiednio: tyrania, oligarchia i demokracja, które zapewniają jedynie korzyści rządzącym. Sprawiedliwość powinna być fundamentalnym wykładnikiem idei praworządności i każdy człowiek w jednakowym stopniu powinien być podporządkowany prawu. Tak sobie nieboraczek mile kombinował w tej swojej zapyziałej starożytności. W rzeczywistości państwo ze swym aparatem przymusu jest tym, czym jest, a nieustannie i skutecznie wmawia obywatelom, że… nie jest.

W okresie PRL-u hipotetycznie to lud rządził, a dyktatura proletariatu zapewniać miała dobre samopoczucie suwerenowi. Sprawiedliwość i inne pojęcia okraszone były bezcennym przymiotnikiem „socjalistyczny”, co już samo w sobie gwarantowało pomyślność. Teoretycznie to warstwy ubogich miały mieć zagwarantowane, że „czy się robi czy się leży, dwa tysiące się należy”. Po transformacji ustrojowej z 1989 roku nastąpiło ożywcze przeobrażenie i  przysłowiowa „miedza” – w poprzednim ustroju należąca oficjalnie do suwerena – została wystawiona na koncesjonowaną sprzedaż, umożliwiając uwłaszczenie najczęściej byłym partyjnym gensekom. Ostro ruszyła „prywatyzacja” i program afirmujący hasło, że przecież „pierwszy milion można ukraść”. Turbulencje i swary z tym związane trwają do dziś. Przez „ostatnie osiem lat Polki i Polacy” mamieni byli ciepłą wodą z kranu, pławiąc się w utopii konsumpcyjnego błogostanu. Tak było i nie sposób z tym dyskutować.

No, ale powoli zaczynamy chcieć wierzyć, że mamy jeszcze więcej i więcej ciepłej wody w kranie. Szalenie sympatyczne programy 500+, 65+, 300+, mieszkanie+, stołówka w każdej szkole, dentobusy dla dzieci itd., itp. przyprawiają o zawrót głowy i powodują, że znów ciepła woda tuli kojąco. Byle tylko nie doszło do poparzenia, bo „rozdawnictwo”, jak każde rozdawnictwo, skutecznie ocieplając wizerunek państwa, równie skutecznie abstrahuje od ekonomii. Zwolennicy – rozpędzonej niczym śnieżna kula – polityki socjalnej, co oczywiste – pieją z zachwytu. Towarzyszące temu zjawiska rozmontowywania kolejnych instytucji liberalnej demokracji w zasadzie prawie nikogo nie interesują, bo i niby dlaczego by miały? Liberalna demokracja to pojęcie raczej akademickie i niech się nim „jajogłowi”  podniecają.

Dla normalnego człowieka liczy się konkret, a więc tu i teraz, a nie jakaś tam przyszłość –nawet jeśli byłaby może i niezbyt odległa. To, że państwo podobno nie może swym obywatelom dać więcej niż może im wydrzeć jako podatnikom – to bałamutne zawracanie głowy i po co sobie tym psuć dobry humor. Państwo w swej łaskawości daje przyzwoitym obywatelom „ich miedzę”, która im się przecież słusznie należy. Tylko niepoprawne dziwolągi pitolą i mantyczą, że aby państwo dało obywatelowi tysiąc złotych to…  musi zabrać co najmniej tysiąc dwieście, ale to zwyczajne głupki są. Żyjąc w atmosferze powszechnej walki z oszustami chcemy wierzyć, że fiskus – którego orężem ma być ponoć cyfryzacja – wyeliminuje możliwość oszustw podatkowych…  co daj Panie Boże. Jeśli się to przedsięwzięcie powiedzie, będzie szansa, by rozdawanie zasiłków mogło trwać zdecydowanie dłużej, niż brutalna logika podpowiada.

Setnie można się ubawić na piknikach obficie organizowanych w większości sołectw i osiedli naszego „Polis”. Z uwagi na zbliżające się wybory na owych piknikach  pojawia się cała plejada gości zabiegających o popularność. Na niedawnej imprezie w Słotwinie przezornie usadowili się oni przy różnych stolikach, tym samym dobitnie dokumentując, że raczej nadmiernie to oni za sobą nie przepadają. Przypominało to co nieco sytuację z jadalni sanatorium przeciwgruźliczego „Berghof”, w którym bawił bohater „Czarodziejskiej góry” T. Manna, Hans Castrop. W owym kurorcie równie barwnie funkcjonował nieformalny podział na lepsze i gorsze stoliki.

Jakby dla równowagi – nastroszeni w stosunku do siebie oficjele – starali się przymilnie umizgiwać do zgromadzonej piknikowej gawiedzi. I tak dwóch kandydatów na kandydatów na przyszłego burmistrza zafundowało uczestnikom konkursowych zmagań cenne nagrody. Jeden z nich zaoferował laptopa, a drugi rower. No, trzeba z uznaniem przyznać, że się goście szarpnęli, gdyż nagrody faktycznie były nietuzinkowe. Na ile było to racjonalne przedsięwzięcie z punktu widzenia „kiełbasy wyborczej”, to już inna sprawa, ale w końcu to fachowcy, więc zapewne wiedzą, co robią.

Oczywiście i aktualnie piastujący urząd – kandydat do reelekcji – zadbał o to, by nie dać się konkurentom przelicytować i również dzielnie pośpieszył ze „swoją” rowerową nagrodą. Szkopuł w tym, że tamci dwaj aspiranci zamiast na przykład kupić coś swoim dzieciom, desperacko uszczuplili swój domowy budżet, natomiast trzeci postąpił zdecydowanie roztropniej. Osobiście akurat nic to go nie kosztowało, bo „jego” nagroda została sfinansowana z kasy miejskiej. Czyli obdarował mieszkańców osiedla z publicznych środków  i nie przymierzając jak Pyzdra Kwiczołowi – wielkodusznie darował im ich miedzę.

To oczywiście nic nowego i żaden personalny przytyk, bowiem jest to uświęcona prawidłowość od lat funkcjonująca i prawie nikt się nad tym nie zastanawia i jakoś specjalnie nie zżyma. Zdecydowana większość wójtów, burmistrzów, starostów, marszałków itd., itp. postępuje dokładnie w tak elegancki sposób. Obdarowując mieszkańców „darami”, przypisują sobie tytuł ofiarodawcy, co – tak naprawdę – ma się nijak do stanu faktycznego. Codziennie na oficjalnych stronach urzędowych portali czy też w wydawnictwach samorządowych, co rusz czytamy płomienne teksty, w których włodarze przystrajani są w szaty zacnych  dobrodziejów. Ba, podobnie brzmiące komunikaty padają również w kościołach podczas Mszy Świętych. (sic!) „O tempora, o mores!”

Owi dobroczyńcy wręczając puchary, medale, promesy, a właściwie cokolwiek, skrzętnie dbają o to – jeśli jest tylko taka możliwość – aby na fantach umieszczone było ich imię i nazwisko, to jest bowiem dla nich kluczowa sprawa. Obdarowany ma wiedzieć, kto go w swej łaskawości obdarować raczył i komu ma być za ów dar wdzięczny. Oczywiście jest to niestety przysłowiowe „nabijanie ludzi w butelkę”. Zacni, wielkoduszni „Mikołajowie” dysponując budżetem samorządowym są przecież jego depozytariuszami, tylko tyle i aż tyle. Wszelkie „kwiatki dla Ewy” z okazji „Dni Kobiet” i cała lista uprawianych, uciesznych farmazońskich wygłupów to jest nieustający spektakl wyborczy za publiczne pieniądze podatnika.

„Biura promocji” funkcjonujące w samorządach z nadwornymi Czerepachami lwią część publicznych środków wydają przede wszystkim na wyborczą promocję swoich pryncypałów. Nie ma to niestety najmniejszego związku z promocją gminy. W jaki też sposób i przed kim promuje się gmina, gdy na sołeckich czy osiedlowych imprezach szef samorządu wręcza fundowane przez samorząd nagrody mieszkańcom gminy? Ilu inwestorów zewnętrznych udało się dzięki tym działaniom pozyskać? Jakie są z tego tytułu korzyści i beneficja dla jednostki samorządu terytorialnego? Jedynymi ewidentnymi beneficjentami tych dętych, bałamutnych przedstawień są rzekomi ofiarodawcy.

Zofia Mantyka

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com