Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

„Wszystko na sprzedaż” czyli dokąd pomyka Cezary Baryka?  (Zofia Mantyka)  2018-09-10

„Wszystko na sprzedaż” czyli dokąd pomyka Cezary Baryka?

Żyjemy w krainie skrajnego ekshibicjonizmu i to zjawisko obejmuje już nie tylko tzw. „celebrytów”, a więc ludzi żyjących z tego, że są znani z tego, że są znani. „Wszystko na sprzedaż” to tytuł zapomnianego już, ironicznego filmu A. Wajdy. Reżyser przewrotnie ukazał w nim problem ludzkich tęsknot do publicznego rachunku sumienia, z całym arsenałem: uczuć, wrażeń, myśli – czyli sprzedawania siebie. Temat wywołany został przez nagłą śmierć znanego aktora. Odejście człowieka zawsze wywołuje pytania: co po nas pozostaje w pamięci innych? Kim byliśmy i jaki to ma wszystko sens? Fabuła dotyczyła wąskiego środowiska „świata filmowców”. W latach sześćdziesiątych ekshibicjonizm nie miał jeszcze szczególnego powodzenia ani dzisiejszych elektronicznych narzędzi.

Współcześnie negliżujący się chcą choć na chwilę zwrócić na siebie uwagę i „zaistnieć”. Obowiązuje zasada, że… „brak zasad to najlepsza zasada”. Nieważne, czy mówią o tobie źle, czy dobrze – ważne, aby mówili! Nie ma cię na Facebooku czy Instagramie, to… nie żyjesz! Najintymniejsze rodzinne i prywatne sprawy koniecznie trzeba wywlec i pokazać w internecie. Ilość lajków stanowi wyznacznik sukcesu. Na targowisku próżności sprzedają się rządni popularności, a media umiejętnie podkręcają popyt na swe usługi. No bo co tu dużo gadać – zdjęcie w gazecie, migawka w telewizji to jest coś! Każdy, nawet najbardziej przeciętny z przeciętnych, choć przez chwilę ma szansę poczuć się nieprzeciętnie. Dotyczy to osób prywatnych, ale w szczególności tzw. publicznych, dla których pijar to sens istnienia.

Kampanie wyborcze są typową, sezonową wyprzedażą haseł dających fatamorganę obiecywanego szczęścia. Kogo – tak naprawdę – obchodzi fakt, że 19 000 ludzi rocznie umiera w Polsce z powodu smogu. To sześciokrotnie więcej niż ofiar wypadków samochodowych! I liczba ta z roku na rok rośnie. Są to oficjalne dane rządowe, a mimo to nadal podstawą naszej polityki energetycznej ma być… wydobycie węgla! Antysmogowe opowieści, że zmiana pieców w gospodarstwach pozwoli „bezpiecznie” palić „kopalniany syf” udający węgiel, to obłudne kłamstwo. W tym kontekście używanie autorytetu boskiego – poprzez zawierzenie polskiej energetyki pod opiekę Matki Boskiej – brzmi jak bluźnierczy, ponury dowcip. Zaś wykrzykiwane hasło walki ze smogiem – „Nie truj”, to piramidalny humbug, po młodzieżowemu ordynarna ściema i prymitywne… trucie.

W „służbie zdrowia” sprzęt mamy coraz nowocześniejszy, diagnostykę i terapię na wzrastającym poziomie, a… dostępność do usług medycznych nawet nie drgnęła. Czyli „jest dobrze, ale nie beznadziejnie”. Od lat nic się nie zmienia poza rządami, które cyklicznie się wymieniają, a absurdy pozostają niewzruszone. Zróżnicowana dostępność do dóbr gwarantowanych w konstytucji takich jak: ochrona zdrowia, oświata czy bezpieczeństwo publiczne – musi irytować. Jeśli przez dziesiątki lat obowiązkowo odprowadzamy składki na fundusz zdrowotny, to w sytuacji gdy potrzebujemy specjalistycznej pomocy – mamy wspaniałą szansę uzyskać ją już za… kilka lub nawet kilkanaście miesięcy, a niekiedy wręcz lat (sic!). Zdrowie jest towarem bezcennym, szczególnie drażliwym społecznie. Każdy jest potencjalnym pacjentem – czy chce, czy nie. Pytanie nie brzmi: czy, tylko kiedy?

Sprzedając „kit” robi się wszystko, aby jeszcze ludzi dodatkowo solidnie poróżnić. Najłatwiej rządzić skonfliktowanymi, o tym wiemy od starożytności. W końcu „divide et impera” („dziel i rządź”), ta zasada funkcjonuje już od czasów rzymskich. W okresie PRL-u, niejednokrotnie sięgano po to praktyczne narzędzie, napuszczając i szczując wzajemnie na siebie obywateli. Oczywiście czasem było to w wersji hard i kończyło krwawymi konsekwencjami, a czasami w wersji soft. Aby odwrócić uwagę od drożyzny, braku podstawowych artykułów na rynku, czy wreszcie despotyzmu władz – podsuwano skłócające tematy. Jednym z nich, dla mieszkańców wsi – tak przywiązanych do ziemi – były pomysły ze scaleniami gruntów, gwarantujące murowane konflikty sąsiedzkie.

Jeśli „wszystko jest na sprzedaż”, to propagandowa dezinformacja tudzież robienie ludziom wody z mózgu jest niezmiernie przydatne. A no właśnie – przedstawcie sobie Państwo, że użyty powyżej spójnik „tudzież” nagle stał się passe i powinien zniknąć ze słownika. Dlaczego??? Z akcyjnego „nocnego” czytania dzieł naszej literatury niejednokrotnie tu sobie pokpiwałam. Dla jasności, nie z popularyzowania czytania, które jest ze wszech miar godne uznania, natomiast z wygibasów i głupot, które jako didaskalia temu towarzyszą. Podczas „narodowego czytania”, słuchając niektórych koszmarnie dukających notabli, nieodparcie pojawia się pytanie – czy Oni się słyszą? Po kompletnie niedorzecznym czytaniu „w powietrzu”, przez skaczących spadochroniarzy, mamy znów kolejny ucieszny numer. Otóż poddano „ulepszającej” obróbce „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego. Teraz ma daleko lepiej wybrzmiewać niż „grafomański” oryginał.

Jak widać „dzieje się” i zmiany muszą dotykać wszystkiego, nic nie ma prawa się ostać. W końcu to, co ten cały – jak mu tam – Żeromski sobie tak swawolnie – niczym swawolny Dyzio – gryzmolił był? Trzeba „uwolnić” powieść od balastu literackich ozdobników, bo język ma być prosty, aby ludziska nie miały kłopotów ze zrozumieniem. Ciekawe czy pojawi się czas na „pomysła”, aby czytać scenariusz przygód Ferdka Kiepskiego? To dopiero miła uchu literatura. Takie spektakularne pomysły czczenia stulecia odzyskania niepodległości, ośmieszające pomysłodawców, to miód na serce pałających oburzeniem „elitarnych” inteligentów, dzielnie sekundujących opozycji. A tak – gwoli prawdy – czy „żeromszczyzna” jest strawna w powszechnym czytaniu? Sposób pisania Żeromskiego z jego wyrafinowanym – osobliwie „mantyczącym” – słownictwem, to dla młodego czytelnika prawdziwa zmora. Jego uznane, wybitne książki są „tudzież” nieco anachroniczne.

Z ideą czytania arcydzieł polskiej literatury wystąpił poprzedni mieszkaniec pałacu, którego – nawiasem pisząc – też nie wszyscy za głowę państwa uznawali. Jego toporne „żarty” i rozliczne wpadki były żenująco infantylne. Obecny „strażnik żyrandola” – jak ich złośliwie określają – akurat pomysł „narodowego czytania” z pietyzmem kontynuuje. Przeciwnicy obecnej władzy za wszelką cenę chcą dowieść, że to banda nieokrzesanych prymitywów. Ich – cytując klasyka – do „bulu” obłędne zacietrzewienie cierpi na całkowitą amnezję. Jedni i drudzy w szalonym skłócaniu Polaków zapominają, że jesteśmy narodem z „wolną duszą, nie znoszącą poddaństwa” oraz – co może jest smutne – ale również i autorytetów. Policzek wymierzony przez jedną rozhisteryzowaną panią drugiej, będącej – w pewnym sensie – jej lustrzanym odbiciem, dobitnie obrazuje, że… wszystko jest na sprzedaż.

Mój zacny sąsiad opowiedział mi ostatnio dowcipną dykteryjkę, którą tu przytoczę.

Umiera prominentny polityk i trafia przed oblicze Św. Piotra, który go wita słowami:
– A kogoż to goszczą nasze niskie progi! Witam, witam, dla szanownego Pana mamy szczególne procedury. Ma Pan możliwość wyboru miejsca wiecznego bytowania. Jeden dzień spędzi pan w Niebie, a drugi w Piekle i po zapoznaniu się z warunkami dokona wyboru.

W pierwszym dniu polityk spaceruje po Niebie, czyściutko tu i schludnie, anielskie chóry śpiewają „Hosanna”. Wśród przechadzających się zwiewnych postaci trudno spotkać kogoś znajomego. Drugiego dnia odwiedza Piekło, gdzie trwa niesamowita balanga. Stoły uginają się od trunków i jadła, diabły we frakach podają zmrożone drinki, a wyuzdane nieziemsko atrakcyjne diablice tańczą „na rurze”, robią striptiz i… nie tylko. Gwar i sami znajomi ze wszystkich politycznych opcji. Kompani z PiS-u, PO, PSL-u itp. bawią się radośnie. Po odbytym rekonesansie polityk oznajmia Św. Piotrowi:
– Zdecydowałem, nie jestem godny trafić do Nieba, znam swoje niedoskonałości, wybieram Piekło.

Tam też zostaje skierowany. Scenografia jednak nieco się zmieniła. Kamieniołom, wrzaski i jęki nieszczęśników okładanych przez diabły pejczami. Diabły przykuwają go łańcuchami do skały, wręczając kilof do ręki. Rozpoznał jednego z nich z wczorajszej imprezy i pyta:
– Co jest do cholery?! Wczoraj tu było zupełnie inaczej!

Zagadnięty, z szelmowskim uśmieszkiem, odpowiada:
– Wczoraj jełopie mieliśmy kampanię wyborczą! Na nas zagłosowałeś i już po wyborach.

Zofia Mantyka

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com