Kamila Kansy - wiersze

Nowe kwadry

jest naga i jasna
niewymierna

światło moich oczu
nie powraca z jej skóry

***
ty
nie wiesz jak długo to może potrwać
ja
odmierzam czas wytartą tarczą serca

pomiędzy jego ścianami odłożył Bóg chwilę
kiedy wahadło krwi nie jest we mnie pewne

wciąż ciepłe choć nieoparte o żadne ciało

***

Zapiski z obrzeży słów

jest miłość, jest wiersz,
pierwociny. rysują się krawędzie,
obejmują ciało, ciała zamykają
w kontynent. nie wiadomo jeszcze,
w którą stronę to zmierza. na razie
noc zamyka nam usta i ciemność
wychyla spod powiek, krew
przegrupowuje w najczulsze miejsca.

***
Odmilczane

Po otwartej przestrzeni rozciera się moje echo.
Wykułem dla niego cienki, zmrużony sygnał,
którego brzegiem, jak zimną igłą
poznaję się

***
Mroźny biegun piekła

Pielęgnuję samotność, jak narząd
we mnie. Martwy pokój, który
nasłuchuję zza skóry.

Pustki na drodze do jej ciała,
ku nim przywołuje mnie echo.

Na ścianach odwrócone, pozamykane kwiaty,
śnieżąca ciemność i ciemne, nieoczywiste życie,
które wygładza.

***
przychodzisz do mnie

odwracam głowę
za mną nie świeci się żadne światło
woła słowo leżące na otwartej ranie

na tej cienkiej strużce krwi
którą wytoczyłaś kiedyś przeciwko mnie

***

twoja ciasna przestrzeń, ograniczona brzegiem
języka. podawana w ustach, pachnąca świeżą śliną
i wczorajszą czystą. na szybie deszcz i twoje
zastygło spojrzenie. teraz tylko zamyślone na północ
patrzy, zasnęło

czerwone rękawiczki na stole i bilet. dotyk
zmechacił materiał. potem odszedłeś
i zgubiłam swój cień na śniegu. zima czarną
przestrzenią otworzyła mój koniec.


* * *

ścieżkę z zapałek układasz pod mój dom
i zapalasz. w takim świetle nie widać,
bledną gwiazdy. po wieczornym deszczu
schnie do latarni kora; śpię

otwierasz drzwi i jesteś, coraz to
przez sen. pod zamkniętą powieką
zapalasz światło, otwierasz ręce
nie drżę. w pokoju obok stoi łóżko
ty wiesz. przez zaciśnięte usta mówisz
bo przecież nie mamy dwóch pościeli

dośnij moją samotność przy mnie...

* * *
wymodlony w twoich palcach
różaniec mojej krwi wzbiera
czerwienią w niebo nieruchomo
pełne gwiazd

bosostopa biegnę do ciebie
przyjmij mnie, niebo

***

wiersz, bo kiedyś była dla mnie wszystkim

była moja, był przeciąg i otwarte drzwi.
po drugiej stronie nie było nic,
co nie mogło być twoje; zostałaś.
o szczęściu mówiłyśmy smutno -
tak było prawdziwiej. i ciała stawały się
formą, jaką przybierała przestrzeń:
ciasną i pełną.

teraz pościel przyjmuje ostatnią smugę światła:
siedzisz nieruchoma, przede mną
biała kartka papieru

nie odwracaj wzroku, gdy o tobie piszę...

***
na chodnikach deszcz, dryluje spękane
witraże, które wyszły spod ręki słońca.
pachnie twoim karkiem, schodzącym coraz
niżej w stronę obojczyka. lekkie
zagłębienie, prawie niewyczuwalne pod
opuszkiem palca. tętniące cicho,
najciszej, jak się da. prawie tak cicho,
jak nasze pocałunki na progu drzwi, gdy
musisz już iść, a sen nie wraca.

***

na ulicach nasze tętno pospiesznie
okrada miasto z obłędu. brudnopisy
duszy - pękają w szwach - wschodzące
wiersze. jeszcze moja krew ci świeci,
skuta rzeźbą żyły. czarne wrony
na twych włosach, do śmierci układa.

***

po ostatniej kawie zapaliła się latarnia.
przez szklane okno wypuściła na ciebie
wiązkę ostrego światła; rozbiła skórę
na fraktale ud, ramion i ciemnych, choć
zamkniętych oczu.

ty wciąż śpisz, gdy ja ostrożnie nabieram
w płuca powietrza, tego ciężkiego od
twej obecności. drżysz i nie mogę
uchwycić myśli, krążącej niespokojnie
tuż pod sufitem.

by cię nie zbudzić, milczę do ciebie.
po drugiej stronie twoich powiek jest
wyjście ewakuacyjne, gdy muszę odejść.
ty już wiesz i śpisz. czarny atrament
wylewam na papier. ktoś za oknem
rozłożył parasol. zaczyna padać.

w twoich onirycznych paranojach już
biegniemy. przez zaciśnięte mocno
oczy szepczesz mi lubię zapach
chodników po deszczu. myślę:

twój deszcz to rozkładające się
ślimactwo, które ktoś przydeptał
butem. ale milczę. teraz czuję
coraz wyraźniej - to pachną śmiercią
twoje odkryte ramiona.

rankiem biały całun zamarł na jeszcze
ciepłej skórze. gdy zaczęłaś tracić
kolor, wróciłem do domu. kałuże tonęły
barwą twoich włosów.