Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Pleść jak Piekarski  (Okiem Zofii Mantyki)  2021-01-10

Okiem Zofii Mantyki

Pleść jak Piekarski

„Parszywa osiemnastka” komediantów „nie z tego świata” przekręciła klucz w drzwiach do purnonsensowego świata. Ich zadufanie w sobie – samo w sobie – nie jest przesadnie zaskakujące. Wierzą, że są elitą. Wpychając ramię pod igłę, odnieśli sukces - „cała Polska” non stop ich ogląda. Wyniki polskich skoczków czy wizyta „gości” w waszyngtońskim Kapitolu to informacyjne ogony. Tłumaczenia maestrów sceny brzmią wiarygodnie „jak plecenie Piekarskiego na mękach”.

Komentatorzy, wzgardliwie wydymając wargi, z trudem powstrzymują odruch wymiotny. Sceniczni mądrale pokazali, iż „ich szczepienie jest ważniejsze niż twoje”. Brawurowo zagrali role, które zazwyczaj obsadzają znaczniejsze postaci teatru polskiej sceny politycznej. Powstanie z tego demaskatorski film TVP, który przyćmi aferę Watergate. Czy zapewni twórcom Oskara i tryumfalny przemarsz po czerwonym dywanie? Trudno zgadnąć, może tam też w pierwszej kolejności – poza kolejnością – lokują się krewni i znajomi królika?

Krytyka aktorskiej bohemy miło koresponduje z serialem o A. Osieckiej, której „bezbarwne” życie to wycinek świata scenicznych farmazonów. Wielkie zło, jakie stanowią rozparci pychą artyści, nie wzięło się ni stąd, ni zowąd. Wydarzenia marcowe unaoczniły, że alienujące się od społeczeństwa inteligenckie bufony, to pasożyty żerujące na zdrowym ciele narodu. Towarzysz Wiesław zdemaskował dufnych gęgaczy jako „ludzi o moralności alfonsa”. Potępiany Peerel bynajmniej nie przeminął i w narodowej szacie trwa, i ma k.... trwać. Świat Gnoma, Carycy i Szmaciaka należący niby do niesłusznej przeszłości, wydobył na jaw struktury i mechanizmy, które są nadal aktualne i to jeszcze jak! A jeśli o filmach mowa, to w kultowych „Samych swoich” jest przepyszna scena, gdy Pawlak z rodziną modlą się o sprawiedliwość: „A na cale Kargulowe plemię i pole, spuść, dobry Panie wszystkie plagi egipskie. Tylko się nie pomyl i nas, Pawlaków, sąsiadów Kargulowych, nie doświadczaj, bo my się swojej miedzy trzymamy”.

Przedstawcie sobie Państwo, że wścibskie typy W. Sumliński i T. Budzyński w książce „Zapis zarazy” zakwestionowały uczciwość i poświęcenie ministrów zdrowia. Niczym mistrz suspensu A. Hitchcock, opisali organizację zakupu respiratorów – które są i ich niema – jako... przekręt na 200 baniek. To niezrozumiałe, że media i uprawnione służby nie atakują tych pismaków za podłe oszczerstwo. Skromni ministrowie nie szukają niepotrzebnego rozgłosu, a ich budząca szacunek heroiczna postawa jest antytezą ohydnego postępku scenicznych pyszałków. „Narodowy program szczepień” został przygotowany perfekcyjnie, ale spiskowcy z WUM, kręcący lody z... producentami lodów, szefami TVN, właścicielami kwiaciarń i innym szemranym tałatajstwem celowo chcą go zakłócić. Pojawiają się informacje, że straszny proceder tajnych szczepień poza kolejnością jest dużo szerszy i to jest jedyny powód „przejściowych trudności”. Ta zaplanowana dywersyjna akcja wrogów ludu na miarę „Listu 34” zagraża publicznemu bezpieczeństwu.

Mój sąsiad posiłkując się podtytułem wspomnianej wyżej książki stwierdza, że „Kiedy palec wskazuje na księżyc - głupiec patrzy na palec”. Sąsiad uważa, że nasi rodacy, małpując „zachodnie wzorce”, dopuszczają się niekiedy różnych haniebnych występków. »Widzisz, na bezkrytycznej fascynacji zachodem to my wychodzimy jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Kto kojarzy niejakiego M. Piekarskiego, który przed czterystu laty króla czekanem potraktował? Ten niekonwencjonalnie niestabilny szlachcic, żywiący do króla osobistą urazę o stratę majątku i żal o uwikłanie kraju w wojny ze Szwecją i Turcją, zapragnął naśladować mord króla Henryka IV Burbona. Co by nie powiedzieć, ten szwedzki przybłęda przeniósł dwór i urzędy z Krakowa do Warszawy, co miłe nie było. Jak opisuje P. Lewandowski w książce „Zabić króla”, szlachcic ziemi sandomierskiej przygotowywał się do zabójstwa dziesięć lat. Jak przystało na rzekomego kalwinistę, pościł i pielgrzymował na Jasną Górę w intencji udanego zamachu(sic!), miał też mieć „widzenie Anioła”. W listopadzie 1620 roku napadł na króla przed archikatedrą św. Jana w Warszawie, poranił go, ale nie zdołał zabić.

Niedoszły królobójca poddany został torturom, by wyjawił powody zamachu. To, co mówił, przyczyniło się do powstania frazeologizmu „pleść jak Piekarski na mękach”. Natomiast kara jaką poniósł nie była nazbyt oryginalna i stanowiła przybliżoną kopię wyroku Franciszka Ravaillaca. Ku uciesze gawiedzi, skazańca obwożono z Zamku Królewskiego przez Krakowskie Przedmieście ku Nowemu Miastu, gdzie na rynku odbyła się elegancka kaźń. Subtelnie targano go gorącymi szczypcami. Rękę, którą rębajło zamachnął się był na króla, wraz z czekanem nieśpiesznie opiekano w ogniu, a następnie fachowo odcięto. Dla zachowania symetrii niebawem odrąbano i drugą, ciało zaś nie bez kłopotów czterema końmi rozerwano. Tak porozrywane szczątki skrupulatnie spalono, a powstały z nich proch wystrzelono z armaty. Ten malowniczy i huczny spektakl trwający od godziny 9 do 16 zgromadził bardzo liczną publiczność. Można rzec, że to atrakcyjne przedstawienie miało rekordową oglądalność, jak – nie przymierzając – sylwester z Zenkiem w telewizyjnej „dwójce”.

Co plótł Piekarski podczas przesłuchania, licho wie. Minęło czterysta lat, a w historycznej pamięci nierzadko tworzone są luki. Ów haniebny czyn kładł się cieniem na wizerunku polskiej szlachty I Rzeczpospolitej, starano się więc wymazać go z pamięci. Niewygodną sprawę uznano jakby za niezaistniałą, a obłożony infamią Piekarski potraktowany został jako „celebrycki świr”. W I Rzeczpospolitej mieliśmy nieudany zamach na króla Zygmunta III Wazę, ale po trzystu latach w II Rzeczpospolitej– dla miłej odmiany – udany zamach na prezydenta G. Narutowicza. Oba te zdarzenia nie są szczególnie przypominane, choć z takim zacięciem wracamy do historii. Co powoduje u ludzi aż tak ekstremalne stany frustracji, że są zdolni do takich „bohaterskich” czynów? Czy ci socjopaci stają się użytecznym narzędziem do „usunięcia zawady”? Właśnie tak wdzięcznym określeniem obdarzył prezydenta Narutowicza S. Stroiński w „Gazecie Warszawskiej”. Po wyborze owej „zawady” na prezydenta w mediach przelewała się fala komentarzy, że... wybrany został głosami niepolskimi.

Narutowicz był elektrykiem i hydrotechnikiem, twórcą wielu hydroelektrowni w Europie i... obślizgłym wolnomularzem. Rezygnując z wykładów na politechnice w Zurychu i zamykając tam swoje biuro projektowe, wrócił do Polski. Ministerialna pensja, którą pobierał, była niższa od tej jaką płacił swej służbie w Szwajcarii. Urząd prezydenta piastował niegodnie przez pięć dni. Jego zabójca E. Niewiadomski ze swadą wygłosił w sądzie następujące słowa: „Wierzę, że jako człowiek, jako profesor, jako ojciec był dobrym, szlachetnym, czcigodnym człowiekiem. To jest moje głębokie przekonanie, dla mnie jednak nie istniał jako człowiek, ale jako symbol sytuacji politycznej, symbol zupełnie oderwany od człowieka. Był dla mnie symbolem politycznej hańby. Tę hańbę moje strzały starły z czoła żywej Polski”. Prawdziwy Polak plótł wzniosłe i miłe uchu patriotyczne proklamacje, wszak był inteligentnym artystą, a oni tak mają. Po wyroku został elegancko rozstrzelany przez pluton egzekucyjny. Pochowano go na Cmentarzu Powązkowskim i - jak przystało na celebrytę - w pogrzebie wzięło udział około 10 tysięcy ludzi. Przedstawienie miało zatem wysoką oglądalność.

Ryszard Ożóg
 

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2021 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com