Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Łapacze snów zawsze w cenie  (Okiem Zofii Mantyki)  2024-07-09

Okiem Zofii Mantyki

Łapacze snów zawsze w cenie

Odegrana w Krakowie mydlana opera miała sześć aktów. Co ciekawe, nie odbyła się w gmachu Opery Krakowskiej przy ulicy Lubicz, ale przy Racławickiej w Urzędzie Marszałkowskim. Jak w antycznym teatrze, artyści – przywdziawszy gustowne maski – odgrywali karkołomny spektakl. Walczyli niczym lwy o… „dobro mieszkańców”. Nie zabrakło strzelistych dytyramb ku czci prezesa i… suwerena, a może i na odwrót? Po dwóch i pół tysiąca lat od czasów Sofoklesa farmazońscy histrioni namiętnie rżnęli głupa. To była kpina z inteligencji Polaków. Owi aktorzy skromnego talentu, wybrani w wyborach, wyborni jak „Wyborowa” z knajackiej meliny, wili się w malignie obłudy. Słowa i epitety, jakimi się wzajemnie raczyli, chyba wykraczały poza ramy scenopisu, a może i nie? Mistyfikacje, kabotyństwo i lichy teatr, który odstawili, to farsa. Przedstawienie utrzymane było w konwencji sztuki konceptualnej i dowodziło, że… sztuka nie jest odgrodzona od codzienności.

Ów performance miał swoją wymowę, oczywiście daleko mu jeszcze do sejmowych „dysput” z Wiejskiej, czy też do warszawskiej „Zachęty” z jej happeningami. Organizowane na początku wieku przez Julitę Wójcik… obieranie ziemniaków robiło wrażenie, podobnie jak wystawa Joanny Rajkowskiej w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie „artystka” ukazała w pudełeczkach i puszkach wydzieliny z własnego ciała. Co tu dużo gadać – stolica to jednak stolica! Wydarzenie z krakowskiej sceny miało dodatkowy walor edukacyjny z uwagi na unikalną, wielce oryginalną postawę byłej pani kurator. Dla ludzi nie dość sumiennie podążających za postępem, wywodzących się z pokolenia pamiętającego słowniki Doroszewskiego czy Bralczyka, zrozumienie takich mistyfikacji nie jest łatwe. Trzeba najpierw na własny użytek opanować język nowej „polszczyzny”, by pojmować cały pluralizm jej znaczeń. Ramolom nadal się wydaje, że capstrzyk i pobudkę gra się na tej samej trąbce, gdy teraz historię piszą Melpomena i Talia, a nie Klio.

Świat biesi się w przyspieszonym tempie i coraz więcej widzimy takich, co mylą sobie, kim by chcieli być z tym, kim są. Uparciuchy często zostają tym kim chcą, bo bardzo chcą. Potencjał intelektualny czy kwalifikacje nie są szczególnie istotne, a czasem przeszkadzają. Ścieżkę sukcesu toruje oślizgła, oportunistyczna wazelina, spleciona z obłudą i bezczelnością. Kariery robią płotki z politycznych ławic, które jak jemioła „podczepione” są pod regionalnych „rekinów”. Współczesne resortowe dzieci, przekonane, że nie ma rzeczy niemożliwych – prą „po trupach” do celu. Jak poczują krew, to potrafią „odstrzelić” i bosa, a co! W mafii to rzecz zwyczajna. Jak tu się dziwić lawinie złodziejskich afer, gdy wokół króluje mentalność bohaterów gangsterskich filmów. Dewiza „TKM” – czyli „teraz, kurwa, my”, bo to nasze pięć minut, zgodnie z prawem Kopernika-Greshama, wyparła epigonów herbertowskiej „Potęgi smaku”. Kto nie kradnie ten kiep.

Sąsiad, gdy wspomina czasy PRL-u, to chce mu się wyć. „Dyktatura ciemniaków” – jak ją pysznie określił Stefan Kisielewski – rysowała otaczającą rzeczywistość klarownie. Według niej, obok członków „zdrowego jądra narodu”, pozostali to byli zdrajcy, zaplute karły reakcji i warchoły na usługach obcych, „wiadomych sił”. Wszyscy ci wrogowie Polski Ludowej sypali piach w tryby historii i przeszkadzali w marszu ku świetlanej przyszłości. Narzędziem władzy było szczucie jednych grup społecznych na drugie. Gang dzierżący władzę stosował tę metodę z dużym powodzeniem, choćby w roku 1968. Partia była przewodnią siłą narodu, a jak ktoś miał głupawe wątpliwości, poddawany był sympatycznym zabiegom reedukacji. W przypadkach szczególnie uporczywych stosowano ekstrakcję bez znieczulenia i wątpliwości… niewątpliwie znikały. Dzisiejsza „dyktatura ciemniaków” jest na wskroś fascynująca, równie zakłamana, ale z tym, że teraz mafijnych gangów jest więcej.

A propos odgrywanych mistyfikacji. 15 czerwca 1989 roku odwiedzał Kraków prezydent Francji, Mitterrand. Jako szurnięty miłośnik książek akurat byłem w księgarni obok „Wierzynka” i nieco się „zasiedziałem”. Gdy wyszedłem, znalazłem się w szpalerze gapiów witających prezydenta zmierzającego na obiad. Po słownictwie i rozmowach rychło zorientowałem się, że to sami funkcjonariusze służb MSW, „witający” Mitterranda. Sytuacja była surrealistyczna, najzabawniejsze było to, że spędzeni z całej Małopolski „obywatele” nie bardzo się znali. Wzięli mnie za „swojego”, bo opowiadali tak osobliwe historyjki, że boki zrywać. Była to operacja pod kryptonimem „Rynek”, którą koordynował niejaki płk Kościelniak. Wizyty zachodnich głów państwa w czasach PRL-u miały swój niepowtarzalny koloryt i urok. Nie chodziło o bezpieczeństwo, ale o pokazanie, że Polakom zwisają przyjeżdżające palanty – mające trudności w używaniu sztućców. Ciekawe, jak też sobie ów „Francuzik” w „Wierzynku” poradził?

Podobne zdarzenie opisał w felietonie „Porcja służbowa” Andrzej Dobosz. Rzecz się miała w Warszawie 31 maja 1972 roku w czasie wizyty Nixona. Przedstawcie sobie Państwo, że „porcja służbowa” to… filiżanka małej kawy i kieliszek bułgarskiego koniaku Pliska. Autor felietonu w towarzystwie filozofa Michalskiego i jego uroczej sąsiadki Małgosi, chcieli zjeść lody. Kordon milicji nie wpuszczał na Stare Miasto, ale felietonista właśnie tam mieszkał, więc ich przepuszczono. Gdy usiedli przy wolnym stoliku przed „Krokodylem”, kelner – bez zamówienia – postawił przed nimi po kawie i kieliszku koniaku. Dookoła siedzieli przedstawiciele wszystkich warstw społecznych Polski Ludowej: studenci, emeryci, księgowi, kolejarze i przy każdym stała… filiżanka kawy i kieliszek koniaku. Zamówienie lodów było niewykonalne. Prezydent ze świtą spacerował po placu, a goście „Krokodyla” pogrążeni byli w rozmowach, kompletnie go ignorując. Tego samego dnia w BBC komentowano ostentacyjną obojętność zgromadzonej na rynku publiczności. „Życie to jest teatr”.

Ryszard Ożóg

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2024 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com