Epilog
(Okiem Zofii Mantyki)
2025-01-17
Okiem Zofii Mantyki Epilog Tu i ówdzie pojawiają się figlarne informacje, jakoby Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zamierzało usunąć z rynku medialnego samorządowe gazetki i inne pokrewne im twory. Ponoć już na ukończeniu są przepisy do nowej ustawy medialnej i – jeśli uda się ją uchwalić – to gminne gazetki znikną. Biedni samorządowcy stracą miłe narzędzie do politycznego marketingu, samochwalstwa i propagandy sukcesu. Oj, byłby to poważny cios! Na przeciwległym biegunie lokują się lokalni dziennikarze, którym akurat w to graj. Czy media samorządowe są w stanie zachować choćby nikłą niezależność od gminy? Niektóre może i tak, ale to jest kwestia wyczucia smaku. Najczęściej jednak to „głos wójta w domu mieszkańców”, ilustrujący upudrowany obraz władz. Samorządowcy naśladują kolegów, działających w polityce ogólnopolskiej. Media kontrolowane przez polityków chwalą „swoich” i gorliwie szkalują rywali. Niszczą debatę publiczną i szkodzą społeczeństwu. Media komercyjne – podobnie jak publiczne – to też często karykatura. Czy istnieje jeszcze rzetelne dziennikarstwo? Dezinformacja zalewa przestrzeń publiczną i ludzie akceptują to, co im wciska propaganda. Dowiadują się kogo powinni wielbić, a kogo nienawidzić. Niestety dotyczy to również niektórych mediów kościelnych (sic!). Media nie pełnią funkcji informacyjnych i nie przekazują mieszkańcom prawdziwego obrazu rzeczywistości. Przeciwnie, cynicznie kłamiąc, tendencyjnie wypaczają ten obraz. Otwarta debata publiczna bez inwektyw i nienawistnych ataków nie istnieje. Czy wprowadzenie nowej ustawy zmieni sytuację? Lokalne „dziennikarstwo niezależne” można „kupić” – dzieje się tak przecież i teraz – zatem nadal będzie milutko i „transparentnie”, podobnie jak rzecz się ma z mediami ogólnopolskimi. W państwach demokratycznych to media kontrolują władzę, a nie władza media i są kraje, gdzie się to czasami udaje. Dyktatorzy XX wieku, pokroju Hitlera, Stalina czy Mao Zedonga rządzili przez strach, represje i śmierć milionów ludzi. W erze globalizacji mamy inną strategię, dyktatorzy indoktrynują obywateli, kształtując w nich pożądany sposób postrzegania świata. Dyktatura przemocy została zastąpiona dyktaturą manipulacji – równie wydajną. Kluczem do zdobywania i utrzymania władzy autorytarnej stała się… popularność. Manipulując środkami przekazu, tworzy się złudzenie mediów niezależnych. Spin dyktatorzy XXI wieku to mistrzowie symulowania demokratycznych procedur. „Spin dyktatura” przeciera ścieżkę do autokratycznego zamordyzmu. Internet tak opanował przestrzeń medialną, że… książek już palić nie trzeba. Książki to nie virale i należą do reliktów przeszłości. Ludzie przestali czytać, bo czytanie „kradnie czas” i… zmusza do intelektualnego wysiłku. W mediach społecznościowych teksty powyżej 2000 znaków to nie jest dobry content. Przekaz ma być krótki, prosty i obcesowy, niczym seria z kałasznikowa. Epatowanie skandalicznymi sensacjami to sprawdzony sposób na dotarcie do masowego odbiorcy. Tymczasem w cyberprzestrzeni toczy się gra o „rząd dusz”. Zuckerberg przenosi moderatorów platformy Meta z Kalifornii do Teksasu, aby… „ograniczyć cenzurę”. Natomiast w UE moderacje reguluje pyszny „Akt o usługach cyfrowych” DSA. Blokowanie „nielegalnych treści” ma być niebawem w Polsce wdrożone. W imię „obrony demokracji” wprowadza się cenzurę prewencyjną – ograniczającą wolność słowa, która… jest fundamentem demokracji! To ściąganie majtek przez głowę. Taka mefistofelesowska ekwilibrystyka to wdzięczny temat dla felietonistów – oczywiście dotąd, dokąd mogą o tym pisać. Włazimy do króliczej nory coraz głębiej. Portal „za wielką wodą”, którego motto brzmi: „Informacja jest walutą demokracji”, znakomicie wpisał się w historię Brzeska. Dzięki niemu wiele spraw ujrzało światło dzienne, a czasem przybrało nawet i zgoła inny obrót. Sąsiad – jak to on – z zachwytem tokuje, że wpisy na „Forum”, a teraz w „komentarzach”, nieodparcie urzekają swym osobliwym kolorytem. Frustracja i niepohamowana zawiść popychają ludzi do zażartych polemik, uroczo odzwierciedlających ich stan emocjonalny. Krewkie napaści, filipiki i niewyszukane epitety, którymi się obficie komplementują, to dość niekonwencjonalna wersja erystyki Artura Schopenhauera i Nikolo Machiavellego. Inna sprawa, że dla autorów tych – jakże szykownych – dialogów, może nie jest to szczególnie istotne. W końcu to nie „Dialogi” Platona. Jako żywo… zazwyczaj jesteśmy „sieriozni” i brakuje nam dystansu do siebie. W jednym oku mamy etos, a w drugim patos, stąd, o ironio… ironia nie bawi, lecz irytuje. To co, finita la commedia? Ryszard Ożóg
|