Zbigniew Korman wspomina piekarnie brzeskie ze swojego dzieciństwa.
(Zbigniew Korman)
2025-09-20
Zbigniew Korman wspomina piekarnie brzeskie ze swojego dzieciństwa. Właśnie mija siedem lat i parę miesięcy kiedy to, dzięki uprzejmości mojego kolegi, i właściciela portalu brzesko.ws Zbigniewa Stósa, zamieściłem moje wspomnienia z Brzeska, z lat dziecięcych i młodzieńczych (22 stycznia 2018 roku, czytaj »). Opisywałem tam pewne, zapamiętane przeze mnie wydarzenia z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Pisałem o tym co zdołałem sobie wówczas przypomnieć, wierząc że zrobiłem to, rzetelnie i w miarę wyczerpująco. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że jednak coś pominąłem. Sprawa o tyle istotna, że dotyczy ważnej dla ludzi sprawy, a mianowicie jedzenia, a dokładnie chleba, który dla nas Polaków jest jakże istotnym składnikiem codziennej diety. Piszą, że niezdrowy, że trzeba go wykluczyć z naszego jadłospisu, ale wątpliwe jest aby te nawoływania czy apele odniosły oczekiwany skutek, bo chrupiący chlebek z wiejskim masełkiem, albo o zgrozo! ze smalczykiem był jest i będzie dla nas, niczym nie zastąpionym rarytasem i obiektem westchnień. Tak jest przynajmniej wedle mojej osobistej wiedzy, a przede wszystkim moich własnych preferencji. A teraz już do rzeczy. Pominąłem w moich wspomnieniach temat Brzeskich piekarni, w szczególności jednej, dobrze mi znanej ze względu na bliskie sąsiedztwo, dosłownie z naszego podwórka, jak też w związku z tym, pewną zażyłość z jej właścicielem panem Eugeniuszem Mrówką. Zanim napiszę o tym coś więcej najpierw w skrócie o pozostałych dwóch, które zapamiętałem. Brzeskie piekarnie Na ulicy Zielonej działała piekarnia pana Smolenia, mająca dużą ilość klientów - zwolenników, chleba od pana Smolenia właśnie. Prawdopodobnie ludzi z bliskiego, jak i zapewne z dalszego sąsiedztwa, chociaż obecnie nie da się tego stwierdzić z całkowitą pewnością. Zapewne każda piekarnia miała swoje grono zwolenników i raczej nie miało znaczenia gdzie ktoś mieszkał. Drugą, myślę, największą była piekarnia PSS mieszcząca się wtedy na rogu ulic Henryka Sienkiewicza i Ogrodowej, naprzeciw ówczesnego budynku biurowego MPGK i starej łaźni w tym samym budynku. Teraz (sprawdzałem na Google maps) miejsce to wygląda zupełnie inaczej, jest nie do poznania. Wtedy w budynku piekarni mieścił się też sklep piekarniczy. Jednak większość produkcji szła do wszystkich sklepów spożywczych PSS w mieście. Zapotrzebowanie na chleb było duże i PSS był niekiedy wspomagany o ile pamiętam chlebem z piekarni, zdaje się ze Szczepanowa. Może ktoś pamięta lepiej? Ta piekarnia, PSS była największa i była głównym dostarczycielem pieczywa w mieście, dwie pozostałe mniejsze, działały wiadomo na mniejszą skalę. Ciekawe jak to wygląda dzisiaj, po blisko półwieczu od tamtej pory, kto zaopatruje miasto w pieczywo, czy jest to jedna, duża piekarnia, czy może kilka mniejszych. Piekarnia dla mnie najważniejsza i najbliższa mi, to ta trzecia, której właścicielem był pan Eugeniusz Mrówka. Mieściła się na naszym podwórku, które było wspólne z dwoma innymi domami. Naszym pod numerem 21, powyżej z domem 23 i 25, właśnie w tym domu, w suterynie mieściła się piekarnia pana Mrówki. Wcześniej, pomieszczenie długo stało puste i nie używane. Któregoś dnia, coś zaczęło się dziać. Ktoś otworzył drzwi do pustej suteryny, zapaliło się w niej światło i rozpoczęły się porządki. Nie wiem jak długo ta suteryna stała pusta i nie używana. Że to jest piekarnia, okazało się właśnie wtedy, gdy tam zaczął się ruch. Nie powiem też, w którym to było roku. Chodziłem wtedy do podstawówki dlatego myślę, że może końcówka lat pięćdziesiąty, początek sześćdziesiątych? Może są osoby, które to pamiętają dokładniej. Jak wspomniałem w zamkniętej do tej pory suterynie zaczęły się porządki, nikt nie wiedział, a może tylko ja nie wiedziałem o co chodzi, co tam będzie? Dość szybko się okazało, że będzie piekarnia. Skończyło się pucowanie pomieszczenia, malowanie, wietrzenie, coraz częściej ktoś tam był, coś się działo. Przyjechała ciężarówka, przywiozła mąkę, która została zmagazynowana do wyczyszczonego wcześniej pomieszczenia w budynku obok. Odbyło się pierwsze przepalanie pieca piekarskiego, pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego i to z bliska. Piec znajdował się w piekarni w pomieszczeniu z lewej strony od wejścia. Było to dość duże urządzenie (piec) jeśli tak można to określić, z wąskim otworem mniej więcej nieco powyżej betonowej posadzki. W posadzce przed piecem było coś w rodzaju prostokątnego kanału o wymiarach, półtora na półtora metra, to strzelam bo mogło być inaczej, ale nie wiele. Ktoś kto stał w tym kanale - wnęce, miał prostokątny otwór w piecu na wysokości piersi, pozwalało to łatwo wsuwać chleb do pieca i wyciągać go po upieczeniu. To tak gdyby ktoś czegoś takiego nie widział, może w innych piekarniach wygląda to inaczej. No i to pierwsze rozpalanie pieca. To było ważne wydarzenie bo zgromadziło wiele osób, oczywiście była rodzina pana Mrówki, jacyś znajomi, sąsiedzi z podwórza, no i ja też, a jakże. Tak byłem tam i pamiętam pierwsze komentarze. Najważniejszym pytaniem było czy będzie cug? Cug był, i to jaki, to znaczy, że wszystko od pieca do komina na dachu było drożne, a jak też miało się okazać niedługo piec opalany drewnem (wyłącznie) dobrze trzymał temperaturę, co było również bardzo ważne. W drugim pomieszczeniu, a pierwszym po wejściu do piekarni znajdowały się dwie drewniana kadzie, na wyrabianie ciasta, każda z kadzi miała drewnianą pokrywę. W jednej przygotowane dzień wcześniej było ciasto, z którego był pieczony chleb najbliższej nocy, w drugiej na następną noc. W rogu pomieszczenia stała tajemnicza maszyna do robienia bułek. Zresztą nie tylko chleb i bułki bo były jeszcze rumiane obwarzanki, solodrągi, plecionki (chałki). Nie trzeba tu już nic dodawać, żeby uruchomić czyjąś wyobraźnię, jak smakowało śniadanie złożone z takiego pieczywa. Niezdrowe? Niech sobie będzie, bo czym to było w porównaniu do tego, czym nas teraz karmią? Mam na myśli mąkę i co z tej mąki zrobiono, jaka była w latach 50, 60 i chyba jeszcze później, a czym jest teraz. Wspomniałem o tajemniczej maszynie do robienia bułek, pytałem pana Mrówkę jak to działa, powiedział - przekonaj się sam. Problem był taki, że bułki były robione w nocy i to późno, jednak po namyśle zwyciężyła ciekawość, postanowiłem przekonać się naocznie. Pewnego wieczoru zameldowałem się w piekarni oddany przez Mamę pod opiekę pana piekarza. Przypominam, że chodziłem do podstawówki, więc o samowoli nie mogło być mowy. Maszyna do bułek porcjowała jedynie ciasto, któremu nadawano kulisty kształt ręcznie, później bułki sobie rosły, a na koniec jak wiadomo były pieczone. Tej nocy miałem to zobaczyć na własne oczy, ale póki co pałętałem się po cieplutkiej piekarni, przysiadając tu i ówdzie obserwując przy pracy pana Mrówkę i walcząc z ogarniającą mnie sennością. Wynik tych zmagań mógł być tylko jeden. Pan Mrówka zaproponował mi, żebym się na chwilę przyłożył do worków po mące obok pieca, a ja uczyniłem to z westchnieniem ulgi. Zbudził mnie gwar głosów i światło dnia wpadające przez okno. Świeżo upieczone bułki, rumiane i pachnące leżały w dużym wiklinowym koszu. Następnej próby pod tytułem jak robi się bułki już nie było. Pan Mrówka oprócz tego, że piekł wspaniałe pieczywo, co przekładało się na wielką ilość wielbicieli jego chleba, bułek i całej reszty wypieków, był też osobą o dużej dozie humoru. Pewnego razu chleb, który miał być sprzedawany jako chleb z makiem, z jakiegoś powodu tego maku na skórce nie miał. Więc sprzedając go każdemu kupującemu podawał chleb, a następnie nasypywał na otwartą dłoń porcję maku, wyrównując jego brak na chlebie. Codziennie po południu, o godzinie czwartej-piątej przed okienkiem piekarni zbierała się długa kolejka osób czekających na świeży, prosto z pieca chleb. Nie zdarzyło się nigdy, żeby coś nie poszło, coś zostało, bo bardzo szybko cały wypiek zostawał sprzedany i wielu chętnych odchodziło z kwitkiem. Niestety pewnego dnia w piekarni nie zapaliło się światło, nie ustawiła się przed nią kolejka. Piekarnia została zamknięta. Nie wiem w którym to było roku, ani w którym miesiącu i nie pamiętam też z jakiego powodu. Domyślam się, że być może wiek i przejście na emeryturę było przyczyną jej zamknięcia. Niestety nie znalazł się następca i kontynuator dobrej tradycji. Pan Mrówka nie miał syna, a dla córek była to praca zbyt ciężka, aby się jej podjąć. Piekarnia od początku bazowała na całkowicie ręcznym wyrobie i wypieku pieczywa. Maszyna do dzielenia ciasta na bułki była jedynym urządzeniem, jednak takim pseudo automatycznym, bo po nałożeniu ręcznie ciasta na okrągłą tarczę, należało ręcznie pociągnąć za wajchę aby podzielić ciasto na porcje. Z magazynu do piekarni worki z mąką były noszone na plecach, wsypywane do drewnianych kadzi, a następnie mąka i dodatki były wyrabiane ręcznie. Woda była noszona w wiadrach ze studni. Kto choć raz, w domu wyrabiał jakieś ciasto to wie ile to zachodu z kilogramem mąki na stolnicy. Tu, trzeba było tego dokonać z całym, wielkim workiem. Z czasem pojawiła się w piekarni maszyna do wyrabiania ciasta. To na pewno bardzo pomagało w pracy, jednak cały dalszy proces to dalej ręczna robota, ważenie porcji ciasta na chleb, szybkie formowanie, nadanie pożądanego kształtu i do koszyczka, do wyrośnięcia.Była to też całotygodniowa praca na noce. Trzeba było do tego wszystkiego mieć nie byle jakie zdrowie. Cała ta opisana tu historia powstała na podstawie tego co pozostało w mojej pamięci, może się jednak zdarzyć i tak: - Eee no, weź, co ty opowiadasz chłopie. To było zupełnie inaczej. Zbigniew Korman
Od admina: Poza wymienionymi w artykule piekarniach, z tego samego okresu (koniec lat 50. do końca lat 60. ubiegłego wieku) pamiętam kolejne dwie piekarnie funkcjonujące w Brzesku, tj. - piekarnia GS Okocim przy ul. Głowackiego 4, w podwórzu pierwszej kamienicy poniżej Kościoła św. Jakuba.
- piekarnia przy ulicy Puszkina, w trzecim budynku po lewej stronie idąc w stronę pl. Kazimierza Wielkiego od ul. Długiej.
Jeżeli ktoś ze starszych czytelników zauważył jakieś nieścisłości w powyższym tekście lub chciałby go uzupełnić o nowe informacje to proszę o kontakt na maila podanego w stopce strony. Mile widziane byłyby także związane z tematem i zachowane w domowych szufladach zdjęcia.
Zbigniew Stós
|