Urojenie wyższościowe
(Przymrużonym okiem Zofii Mantyki)
2025-11-27
Przymrużonym okiem Zofii Mantyki
Urojenie wyższościowe Dostałem od przyjaciela teledysk z piosenką Andrzeja Sikorowskiego „Czyjaś Ty”. Piosenka ma miłą linię melodyczną i niebanalny tekst, więc pozwoliłem sobie pokazać ją Sąsiadowi, osobie kulturalnej i wrażliwej, nie przypuszczałem jednak, że wrażliwej… aż tak. Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem, że ta piosenka to… cytuję: „kolejne wzmożenie urojenia wyższościowego”, w domyśle – autor to „wykształciuch”. Od jej skomponowania minęło siedem lat, jak ten czas leci! A zatem czyja jest Polska? Czy Polska jest dla każdego mieszkającego tu, nad Wisłą, i gdzieś tam w świecie, jeśli czuje się on Polakiem? Odpowiedź wcale nie jest oczywista – skwirczy gombrowiczowskie stopniowanie „moja, mojsza, najmojsza”. Czy patriotyzm to kontekst, w którym wzrastamy, ludzie i miejsca – choćby takie jak: Dolina Kłodzka, Skawina, Kraków, Brzesko – i tradycje, które nas ukształtowały? Jeśli nie jesteś gorliwym bywalcem świątyń, pochodów i agitek jak w PRL, szansa, by uznano cię za patriotę, jest mizerna. Kto nie należał do „Klubu Pancernych”, nie pojmie, że wojskowe pikniki, nakładanie dzieciom hełmów na głowy, biało-czerwonych opasek na ramię i dawanie karabinów do ręki to patriotyzm! Jako mantyczący staruch nie pójdę z wnuczkami na pokazy sprzętu do zabijania! Jestem jak ten stary kawaler, który zapytany, czy mu nie przykro, że wszyscy jego znajomi mają żony, odpowiada, że mu przykro, ale… nie wie jak może im pomóc. Trwająca bitwa o wyłączność na bycie patriotą to urojenie wyższościowe. Czy Polska jest ultrasów, czy hamletyzujących, że: „Polska, to znaczy język, którym mogli mówić od dziecka. To nad Rynkiem krakowskim księżyc, to Gałczyński, Tuwim, Osiecka”? Warto pomyśleć, że niezależnie od tego, czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta – jeśli się chce, to można ją napełnić. Brzesko – nawet przy dużych opadach śniegu – posiada spory atut: to nieodległy, tętniący imprezami Kraków. Ostatnio mieliśmy w Centrum Kongresowym ICE koncerty „10 tenorów”, „Sploty. Muzyczna historia Polski” na 10. Open Eyes Economy Summit i koncert Chrisa Normana. W zabytkowej sali sportowej Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, wydawnictwo „Biały Kruk” urządziło premierę VII tomu „Dziejów Polski” Andrzeja Nowaka. Było to „Uroczyste spotkanie patriotyczne”, które uświetnił recital Jana Pietrzaka. Zgromadzeni tam katoni przekonani są, że posiedli niekwestionowany patent na prawdę. To oni ratują Polskę przed nią samą. Brakowało Grzegorza Brauna głoszącego, że Polska jest tylko dla Polaków i być może przyjaciół z… Moskwy. Według „strażników wartości” nie można być pięknoduchem fikającym paraboliczne kozły, musi być hiperbolicznie: tak i tylko tak. Prawdziwy patriota nie może być „letni” jak jakiś – za przeproszeniem – symetrysta. Tymczasem nieopodal, w liceum, przy ulicy Bernardyńskiej, dyrektor szkoły wysłał ucznia do fryzjera, pana Góreckiego na Stradomską. Ten „skandaliczny” incydent skutecznie przyćmił inne wydarzenia. Kilkaset metrów od Bernardyńskiej, przy Loretańskiej, zdawałem w 1972 roku „staroświecką” maturę. Przed wejściem na salę – gdzie miałem mieć ustny egzamin z języka polskiego – dyrektor bezpardonowo wyrzucił mnie do fryzjera. Na rzut beretem od szkoły, przy Wiślnej, był zakład fryzjerski. Zastałem tam innego nieszczęśnika, którego wywalili z „Nowodworka”. Sympatyczny golibroda z uśmiechem oznajmił, że jestem już dziś czwarty, którego wykiprowali. Cholera, nie zmieściłem się na pudle! Wróciłem na egzamin i wylosowałem pytanie o K.K. Baczyńskiego. Stosunek do szaleństwa Powstania Warszawskiego miałem ugruntowany, ale Baczyńskiego uwielbiałem. Zapomniałem o tym durniu dyrektorze – notabene przewodniczącym komisji – i mając przed oczyma bezsensowny koszmar śmierci młodego poety, zdałem – jak to się kiedyś mówiło – śpiewająco. W domu rżnąłem głupa, że niby ostrzygłem się po egzaminie. Młodszym Czytelnikom wyjaśniam: wówczas nikt się nie martwił, czy uczeń się stresuje. Przedstawcie sobie, że dyslektyków nie było. A jeśli byli, to nie wiedzieli, że nimi są i że… mówią prozą jak molierowski Jourdain. Wiem, to niepojęte, ale my nie mieliśmy pojęcia, co to abroseksualność. Coś z nami ewidentnie było nie tak. Można zapytać – a co dzisiaj wpływa na aparat pojęciowy millenialsów i pokolenia Z? To oni stanowią istotę i egzemplifikację naszej narodowej substancji. Co wynieśli z naszego zbiorowego doświadczenia? Odnotowują w swoich smartfonach co rusz pojawiające się nowe ideologie, które polepszą i uzdrowią ludzkość. Profetycy obiecują im zbudować świat od nowa, według supernowoczesnego planu, odrzucając wartości „starego świata”. Każda epoka ma swojego Jana z Lejdy, Napoleona, Che Guevarę czy innego Lenina lub Hitlera. Sofizmaty i rewolucje uroczo zjadają swe dzieci. Czy wojna stała się barbarzyńskim przeżytkiem? Gdy patrzy się na idiotyczne walki politycznych przywódców, ludziom z moim peselem można tylko pozazdrościć. Mamy swoje lata i bardzo niewiele do stracenia. To nasze urojenie wyższościowe. Ryszard Ożóg
|