Wojenne losy Rodziny Zająców i Puskarczyków z Brzeska
(Urszula Puskarczyk)
2025-12-01
Wojenne losy Rodziny Zająców i Puskarczyków z Brzeska II wojna światowa, chyba w każdej polskiej rodzinie, pozostawiła poza traumatycznymi przeżyciami, straty wśród członków rodzin oraz rany, które nigdy się nie zagoiły, a miały wpływ na losy następnych pokoleń. Jedną z takich rodzin mieszkających w Brzesku była rodzina Michaliny i Wojciecha Zająców, która wówczas mieszkała przy ulicy Cegielnianej 4. Wojciech pracował w pobliskim Browarze Okocim, a Michalina zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem szóstki dzieci. Najmłodsza ich córka- Helena, w chwili wybuchu wojny, nie miała skończonych dziesięciu lat. Rodzina Zająców żyła bardzo skromnie, gdyż jedna pensja pracownika browaru musiała wystarczyć na utrzymanie rodziny, zaspokojenie podstawowych potrzeb oraz kształcenie dzieci, aby mogły zdobyć zawód. Najstarszy syn Michaliny i Wojciecha - Jan praktykował w Krakowie u Zieleniewskiego, drugi - Stanisław kształcił się w Seminarium Nauczycielskim w Tarnowie, córka Maria uczyła się szycia, syn Kazimierz uczył się w Gimnazjum w Brzesku, a najmłodsi - Roman i Helena uczęszczali do szkoły podstawowej. Michalina Zając (drugi rząd, druga od lewej) z trójką z sześciorga jej dzieci (Heleny Puskarczyk, Kazimierza Zająca i Marii Płanety) i ich rodzinami Dzieci Zająców wychowywane były w duchu patriotycznym, czego dowodem były spisywane, w specjalnym notatniku, który zachował się do dzisiaj, pieśni patriotyczne i religijne. Oprócz tego młodzi należeli do Związku „Sokoła” i harcerstwa. Rodzice wpajali im zasady wiary katolickiej- należeli do Sodalicji Mariańskiej, która działała przy parafii (zachował się dyplom przyjęcia do Sodalicji Mariańskiej Stanisława Zająca, został on przekazany do archiwum parafii Św. Jakuba Apostoła i NMP Matki Kościoła w Brzesku). Nestorka rodu- Michalina Zającowa należała do Bractwa Różańcowego w Tymowej, a akt przyjęcia jej do tego bractwa również został przekazany do archiwum parafialnego w Brzesku.
Ogromnym zaskoczeniem, jak i szokiem dla rodziny, było pojawienie się w dniu 3 maja 1940 roku gestapo, które zabrało, szesnastoletniego wówczas, Kazimierza na przesłuchanie do budynku policji przy ul. Okocimskiej, a następnie przewiozło go do więzienia w Tarnowie. Nawet Niemcy byli zdziwieni, że to prawie dziecko, a nie któryś ze starszych braci, został wyznaczony do aresztowania. 
Kazimierz Zając - Auschwitz, nr obozowy 261, blok 22a Przemycone przez polskich strażników grypsy dotarły do rodziny i dzięki nim Zającowie wiedzieli, gdzie przebywa Kazimierz i dzięki temu starali się jakoś pomóc najmłodszemu synowi. Matka Michalina organizowała paczki żywnościowe i osobiście zawoziła je do Tarnowa, zabierając ze sobą dziesięcioletnią córkę Helenę, która pomagała jej przy przekupywaniu strażników, aby dostarczyć paczki więzionym - najpierw Kazimierzowi, a później jeszcze Janowi. Michalina i Helena jeździły do Tarnowa pociągiem, w ogromnym tłoku i strachu czy bezpiecznie dojadą. Pewnego razu, jak wspominała po latach Helena, znalazły się w ogromnym tłoku, zrobiło się zamieszanie, była to łapanka. Helena wówczas zahaczyła włosami o czyjś guzik od ubrania, matka trzymała ją tak mocno, że ktoś, kto uciekał, wyszarpał jej kosmyk włosów wraz z kawałkiem skóry. Ślad po tym został jej na całe życie. Niedługo po aresztowaniu Kazimierza, w dniu 23 maja 1941 r., gestapo aresztowało również najstarszego syna Zająców - Jana. On także został przewieziony do więzienia w Tarnowie. W momencie, gdy wsadzano go do samochodu, Michalina, obserwując tę scenę, zemdlała, a rano, kiedy wstała, jej włosy były zupełnie siwe, a nie miała wtedy jeszcze pięćdziesięciu lat.  |  | Jan Zając - Auschwitz, nr obozowy 26005, blok 15a | Cały okres okupacji dla rodziny Zająców był niezmiernie ciężki - ciągłe starania o zdobywanie jedzenia dla domowników oraz wysyłanie paczek dla synów, najpierw do więzienia w Tarnowie, a potem do obozu Auschwitz. Michalina posiadała rodzinę w Tymowej, więc zwróciła się do niej o pomoc w zaopatrywaniu w żywność. Raz w tygodniu wraz z córką Marią chodziły pieszo i przynosiły prowiant, który trzeba było dzielić pomiędzy współdomowników, a także wygospodarować porcje dla synów przebywających w więzieniu. Córka Maria, która wyszła za mąż za Jana Płanetę z Okocimia, wspominała, że często potem po tę żywność musiała chodzić sama do Tymowej. Kiedy tylko Michalina wspominała trudne chwile, zawsze mówiła to z wielkim wzruszeniem, płacząc. Córka Maria wspominała, że matka, w czasie okupacji kroiła chleb i zawsze wtedy płakała, gdyż racje żywnościowe, które przypadały na każdego z domowników, były zbyt małe, żeby każdy mógł zaspokoić swój głód. Tęsknotę za uwięzionymi synami, ciągłe oczekiwanie wieści od nich, niepewność ich powrotu do domu spotęgowała jeszcze jedna tragedia rodzinna- szesnastoletni syn Roman rozchorował się na zapalenie płuc i zmarł. Do mieszkania Zająców w niedługim czasie dokwaterowano żołnierzy niemieckich. Rodzina musiała pomieścić się w jednym pokoju.
Po wojnie- 18 maja 1945 roku w nocy do drzwi zapukał syn Kazimierz. Michalina, usłyszawszy pukanie, spytała: Kto tam? Gdy usłyszała - ja, krzyknęła - Jezus Maria- Janek! Nie mogła przecież rozpoznać głosu młodszego syna, ponieważ został zabrany jako dziecko, a wrócił jako dwudziestodwuletni mężczyzna. Tęsknota nestorki rodu za pierworodnym synem nigdy nie zgasła. Ciągle miała nadzieję, że on gdzieś żyje, ponieważ nie dostała oficjalnego potwierdzenia jego śmierci, a dramat przeżyć z okresu wojny, wycisnął na niej piętno. Nie było chyba jednego dnia, żeby myślami, jak również w rozmowie, nie wróciła do wspomnień, a w miarę upływu lat, zwłaszcza po śmierci syna Stanisława i zięcia- męża Heleny - Jana - tęsknota po pierworodnym znacznie się nasiliła. Nie znając losu Jana, nie wiedziała, jak ma się za niego modlić, czy żywego, czy zmarłego, rozmyślała, w jakich okolicznościach zaginął. Nie mogła również zamówić za Jana mszy świętej. Tuż przed śmiercią Michaliny w 1972 r. przyszła z Arolsen Archivos informacja potwierdzająca daty pobytu Jana w kolejnych obozach koncentracyjnych i tak: 3 marca 1942 opuszczenie więzienia w Tarnowie, po prawie roku pobytu i uwięzienie w KL Auschwitz pod numerem obozowym 26005. Nastepnie 17 na 18 grudnia 1944 r. przewiezienie do KL Buchenwald i nadanie numeru 9332 i kolejno 13 na 14 stycznia 1945 r. znalazł się w KL Mittelbau pod numerem 103185. Na Mittelbau Dora Concentration kończy się ślad po Janie Zającu. Michalina wiedziała, że najstarszy syn przeżył Auschwitz, ale jego dalsze losy nie były wiadome. Przyjęto więc, że w Dora Concentration poniósł śmierć. Michalina zmarła 18 grudnia 1977 roku, mając 78 lat, a jej mąż Wojciech- dużo wcześniej - w 1949 roku. * * * Helena Zającówna - córka Michaliny i Wojciecha wyszła za mąż za Jana Puskarczyka. Osobiście miałam okazję poznać Jana, gdyż od maja 1972 roku jestem żoną syna Jana Puskarczyka - Jerzego.  |  | | Helena Puskarczyk | Jan Puskarczyk - Gross-Rosen, nr obozowy 2349, Flossenbürg, numer obozowy 85547 źołnierz Armii Andersa | Teść Jan zmarł 24 listopada 1974 roku, gdy miał 51 lat. Kiedy poznałam ojca mojego męża, był już bardzo schorowany, cierpiał, co można było niejednokrotnie odczytać w wyrazie jego twarzy, jak i sposobie chodzenia. Często zamykał się w swoim pokoju, aby tam w samotności cierpieć. Urodził się 8 lutego 1923 roku w Krakowie jako jedyne dziecko Olgi i Józefa Puskarczyków. Został aresztowany i uwięziony przez gestapo w tarnowskim więzieniu 2 kwietnia 1941 roku. Do czasu aresztowania w latach 1939-1941 był uczestnikiem Ruchu Oporu, kolportował ulotki na terenie Brzeska i powiatu w ramach organizacji Związku Walki Zbrojnej. W Tarnowie był więziony do 12 kwietnia 1942 roku (miał wtedy 19 lat). 13 kwietnia 1942 roku przybył razem z innymi więźniami do obozu w Gross- Rosen, gdzie, jak wynika z jego zapisków, pracował w kamieniołomach oraz był poddawany eksperymentom medycznym. Przebywał tam do 14 lutego 1945 roku, miał numer obozowy 2349. Następnie został ewakuowany do Flossenbürg (numer obozowy 85547) koło Hersbruck i tam 17 kwietnia 1945 roku w czasie ewakuacji obozu do KL Dachau wraz z 9 innymi więźniami podjął próbę ucieczki. Ośmiu z uciekinierów odnaleziono i zastrzelono, a Jan wraz ze współwięźniem ukrywał się w lesie, gdzie pomagał im leśniczy. Przedostał się do Francji, a następnie do Włoch, gdzie od 1 czerwca 1945 r. odbywał służbę wojskową w Armii gen. Andersa w 2 Warszawskiej Dywizji Pancernej, co wynika z jego książeczki żołdu.  Jan Puskarczyk w Armii Andersa (siedzi w środku) Matera, Włochy, 22.II.1946 r W połowie 1946 r. jednostki dywizji zostały przetransportowane do Wielkiej Brytanii, a po przybyciu tam Jan zgłosił się na powrót do Kraju. Dokumenty Polskiego Czerwonego Krzyża potwierdzają datę 6 listopada 1946 r. jako datę jego powrotu do Polski ze stopniem kaprala podchorążego. W domu przechowywany był mundur Jana - pamiątka z Armii Andersa, ale zaginął. Mundur wypożyczyła córka Jana - Marta na wystawę okolicznościową do Liceum Ogólnokształcącego w Brzesku i niestety nie został po niej zwrócony. Zachowało się natomiast zdjęcie z datą 29 listopada 1945 roku wykonane w Anglii oraz książeczka żołdu.  Jan Puskarczyk, pierwszy z lewej Helena - moja teściowa często powtarzała, że miała szacunek i wielki podziw do matki swojego męża - Olgi (z domu Pospiesil) Puskarczykowej, której matka miała panieńskie nazwisko von Urlich - do jej postawy patriotycznej. Kiedy jej jedyny syn ostał aresztowany przez gestapo, Olga dostała propozycję, by podpisać listę folksdojczów w zamian za uwolnienie syna. Ona sama nigdy nie wyrzekła się polskiego obywatelstwa, nie podpisała tej listy, skazując tym samym swojego jedynego syna na jeden z najcięższych obozów koncentracyjnych, jakim był Gross- Rosen, a jednocześnie siebie - na tęsknotę i ogromny strach o życie i zdrowie jedynaka. Pobyt w obozie zrujnował zdrowie Jana Puskarczyka. Zmarł w młodym wieku, bo miał zaledwie 51 lat i osierocił synów Jerzego i Jana oraz córkę Martę. Wszyscy już nieżyją. Całe jego życie po oswobodzeniu naznaczone było cierpieniem i pobytami w szpitalach. Było mu ciągle zimno i jego marzeniem było mieszkanie z centralnym ogrzewaniem, aby nie musiał nosić węgla z piwnicy i palić w piecach. Jego stan zdrowia nie pozwalał mu na podjęcie budowy domu, chociaż miał kupioną działkę przy ulicy Okocimskiej, gdzie obecnie mieszkam ja ze swoim mężem w wybudowanym przez nas domu. Starał się o mieszkanie komunalne z centralnym ogrzewaniem, ale nie zrealizował tego marzenia. Mieszkanie z centralnym ogrzewaniem otrzymała jego żona Helena w pierwszą rocznicę jego śmierci. Jan, jeszcze przed śmiercią, przeżył dwa zalania mieszkania przez rzekę Uszwicę, jedno w 1970 roku, a drugie w 1973.
Pobyty w obozach koncentracyjnych członków rodziny wplotły się w historię rodziny Zająców i Puskarczyków. Otóż córka Jana Puskarczyka - Marta wyszła za mąż za Andrzeja Gardziela- wnuka Jana Gardziela - profesora gimnazjum w Brzesku, który zginął w Auschwitz, a z kolei wnuczka Kazimierza Zająca wyszła za mąż za wnuka Michała Kosteckiego, także więźnia obozów koncentracyjnych. Wspomnienia spisała Urszula Puskarczyk, żona syna Jana Puskarczyka - Jerzego.  Od admina: Jan Puskarczyk po wojnie był także jednym z podstawowych zawodników drużyny piłki nożnej Okocimskiego, o czym pisałem w kilku artykułach zamieszczonych na tym portalu, i z którą dotarł w 1951 r. do 1/8 Pucharu Polski, czytaj ». Zbigniew Stós
|