Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Kolejne wspomnienia świadków bombardowania pociągu ewakuacyjnego w Brzesku  (Słowo Powszechne)  1979-12-26

Kolejne wspomnienia świadków bombardowania
pociągu ewakuacyjnego w Brzesku


Pamięć

Nim jeszcze zrodziły się legendy o polskich lotnikach walczą na Zachodzie zapadły w moją, podobnie jak i mych rówieśników pamięciowe proste strofki: Na skrzydlatym aparacie leciałeś niby sokół bracie i w niejednym śmiałym czynie możesz wsławić polskie imię." Przemawiały one do wyobraźni bardziej od swych bliźniaczych wierszyków mówiących o tym, że "Nie masa pana nad ułana", czy o artylerzystach, którzy gdy "zaczną kropić z działa obca armia będzie miała"!

Samolot był w owe dawne, przedwojenne czasy nieosiągalny niczym gwiazdka z nieba. Gdzieś na głuchej wsi, na dalekich halach, w owym niczym nie skażonym środowisku odgłos nadlatującej skrzydlatej maszyny łowiło się uchem, niczym najczulszym radarem, już z bardzo daleka. W jakież podniecenie wprawiał widok owego małego białego znaczka na błękitnym na firmamencie! Gdy zaś był łaskaw lecieć niżej, to biegło się za nim, by jak najdłużej nasycić oczy je go widokiem.

Gdy nadszedł wrzesień 1939 roku na naszym niebie zapanowały od razu, na cale dłużące się lata niemieckie maszyny, siejące grozę i nienawiść. Już w pierwszych dniach wojny przeżyłem piekło nalotu kolo stacji Słotwina, na zatłoczonej uciekinierami trasie z Krakowa na Lwów.

Ludzie jak kuropatwy szukali schronienia w lesie. Wraz z nimi nasi zolnierze. W jakimś wykrocie, pamiętam, znalazłem się z Matką i żołnierzem, przy którym położył się jego koń. Pamiętam, że gdy nad naszymi głowami, ślizgając się prawie po koronach drzew przesuwało się cielsko wrogiego aparatu, wrzeszczałem jak opętany do żołnierza by „kropił" do niego. Mówił, że nie wolno, bo ściągnie na ludzi niemieckie bomby. Spadły na nich następnego dnia w tym samym lesie koło Słotwiny, dziś dzielnicy Brzeska. Z kobietami i innymi dziećmi zbierałem potem sczerniałe ciała zabitych, wiszące nieraz na gałęziach szczątki ludzkie głównie kobiet i dzieci. Na niebie odtąd bardziej może niż na ziemi panowali Niemcy.
 
Aż dopiero w sierpniu 1944 pojawiły się na niebie pomyślniejsze znaki. Wybuchło Powstanie Warszawskie Szybko o tym dotarły wieści pod Kraków, w góry. Wiedzieliśmy, że walczą tam także z wrogiem dzieci. I myśmy się tam wybierali, ale "zdemobilizowali" nas szybko starsi. Mówili, że skuteczniej pomogą prawdziwi żołnierze. Wskazywali na nocne niebo, tłumacząc, że z dalekiej ziemi włoskiej lecą nasze samoloty z pomocą dla stolicy. I znów te nocne "grania" skrzydlatych aparatów stawały się dla nas najpiękniejszą muzyką. Budziły jakieś większe nadzieje od grzmotów nadciągającego frontu. Ale czy na pewno na tych maszynach latali Polacy?

W nocy poprzedzającej święto Wniebowzięcia Matki Bożej, naszą okolicę rozbudziła wielka łuna, a następnie detonacja. Rozjarzyło się, pamiętam, we wszystkich zakamarkach domu przepełnionego różnymi ludźmi aż po sam strych. Spadł samolot, jeden tych nocnych "grajków". Już po pierwszej Mszy św. Prymarii, na miejsce wypadku pielgrzymowały całe rzesze ludzi. Wśród rżysk, w głębokich grzędach kartofli leżały ciała siedmiu młodych lotników w dziwnych mundurach; zwłoki o twarzach poparzonych, bosych stopach... Pierwsi ponoć na miejscu wypadku zjawili się złodzieje, mówiono. Czy rzeczywiście rabunek? Nędza przecież w tych górskich wsiach, biednych odwieczną biedą, a jeszcze wyniszczonych bezwzględnymi kontrybucjami okupanta, była przecież znana. W jednych butach chodziło w domu nieraz czworo ludzi. Byli na miejscu wypadku również Niemcy i szybko odjechali. Sprawę przejęli w swoje ręce ludzie z lasu. Szybko zostały "odnalezione" brakujące części mundurów i ekwipunku, dokumenty poległych lotników.

Niedziela 17 sierpnia była w Pogwizdowie i okolicy niczym dzień niepodległości. Na parafialnym cmentarzu odbył się pogrzeb polskich lotników. Widzieć można było polskie mundury żołnierskie, polskie flagi, słyszeć patriotyczne pleśni wiersze, honorowe salwy. Po tym fajerwerku narodowym, patriotycznym, religijnym, ludzie, aż zamarli z wrażenia, co dalej nastąpi. Jaka będzie reakcja wroga. Nic. Tylko że jeszcze bardziej poczęły się dłużyć dnie tych ostatnich okupacyjnych miesięcy, jeszcze więcej ludzi zaczęło szukać schronienia w tych niby spokojniejszych okolicach. Pojawili się wyrzuceni ze zniszczonej stolicy jej mieszkańcy.

Sądziłem zawsze, że owo strącenie samolotu z polską załogą, ich manifestacyjny pogrzeb, w mej tylko pamięci się ostały. Ale oto, po czterdziestu prawie latach, kiedy przy świątecznym stole moja żona wraz z Walerym Namiotkowieczem poczęli wspominać przedwojenne i okupacyjne czasy na Grochowie, kiedy ja nieśmiało wtrąciłem o tym tym jak w gronie rówieśników i przyjaciół przeżywałem w górskiej wsi Powstanie Warszawskie (wspominając oczywiście o strąconym samolocie wracającym znad stolicy) żona Walerego, Anna Bukowska poczęła mówić wiersz, ten który wówczas spontanicznie chyba zrodził się pod Bochnia, który deklamowała nad mogiłą polskich lotników nieznana dziewczyna. Okazało się, że byliśmy uczestnikami tej samej manifestacji. Zdarzenie to na młodej wówczas dziewczynie szukającej z matką schronienia w Zawadzie, tam uczęszczającej na tajne komplety, a dziś pisarce, doskonałej znawczyni twórczości Saint-Exupery'ego, zrobiło równie wielkie wrażenie.

Zdzisław Szuba

źródło: Słowo Powszechne, 1987-08-31 / nr. 169, str. 3 (fragment)

* * *

A kto boi się męczeństwa - niech wystąpi!

Fragment rocznicowych wspomnień kleryków ze Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie wyświęconych w trakcie konspiracji.

W pierwszych dniach wojny, kiedy hitlerowcy poczęli ale zbliżać do Krakowa, polecono klerykom, każdemu na własną rękę ewakuować się na wschód. Mówi ks. dr Karol Nawa, dziś proboszcz w Rojcy.

- W przeładowanym uciekinierami pociągu staliśmy parę dni na moście na Wiśle w Krakowie. Potem zbombardowani zostaliśmy przed stacją Słotwina koło Brzeska, gdzie zginęło wiele osób cywilnych. Dalej wyruszyliśmy piechotą. Dotarliśmy do Niska nad Sanem, skąd zawróciliśmy. (...)

Zdzisław Szuba

źródło: Słowo Powszechne, 1979-12-26 / nr. 290 (fragment)

Wyszukał: Krzysztof Bogusz

Od admina: Dodatkowo warto przeczytać inne związane z tym tematem artykuły zamieszczone na portalu:
  • Władysław Bartosz, "Pociąg śmierci", Zeszyty Wojnickie, Nr I, 2009 r. zamieszczane na portalu,
Zbigniew Stós


comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2026 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com