Czerwoni, czarni i… cała reszta tałatajstwa.
(Przymrużonym okiem Zofii Mantyki)
2026-02-03
Przymrużonym okiem Zofii Mantyki Czerwoni, czarni i… cała reszta tałatajstwa. Po krótkiej październikowej odwilży, gdy „znów się można było śmiać”, nadzieje na demokratyczne zmiany zostały zduszone. Mimo to w smętnej gomułkowskiej szarości kultura jakby co nieco stanęła okoniem i pojawiły się nowe impulsy. Polska szkoła filmowa czy polska szkoła plakatu wytrysnęły niczym ożywcze gejzery. Rozwój teatrów, kabaretów, kultury studenckiej i wreszcie życie muzyczne, ze swą specyfiką i niepowtarzalnym urokiem, wychynęły ni stąd, ni zowąd. W tworzonych tu i ówdzie klubach można było posłuchać synkopowych dźwięków zalatujących „zgniłym Zachodem”. Po jazzowych przygodach zaczęły się wykluwać kolejne bikiniarskie wygibasy. Czasy były, jakie były, i już samo określenie „rock ’n’ roll” wywoływało alergię u władzy ludowej, budząc ideologiczną czujność. Starsi Polacy cichaczem słuchali Wolnej Europy, a młodzież – wcale nie tak cicho – „Luxy”, czyli Radia Luxembourg z muzyką pop i „zakazanymi piosenkami”. Każdy młody człowiek chciał mieć gitarę i grać. Jak grzyby po deszczu wyrastały muzyczne grupy, a wśród nich zespół Czerwono-Czarni, który założył Franciszek Walicki. To ten gość wymyślił nazwę bigbit jako swojski synonim rock ’n’ rolla. Hasło „Polska młodzież śpiewa polskie piosenki” łagodziło obstrukcje i… zaraza się szerzyła. „Niecierpliwy w nas ciskał się duch”. Staruszkowie z mojego pokolenia przechowują te pogmatwane czasy w swej pamięci niczym relikwie. Obrzydliwa fascynacja Zachodem kwitła jak dzieci kwiaty. „Jakże się… chciało żyć!”. Młodzieżowa muzyka, winylowe płyty, fryzury i styl bycia „szarpidrutów” drażniły „czerwonych”. „Czarni” obserwowali to z sympatią i… z niepokojem. Modne dziwactwa, docierając do Polski, wpływały na kulturę. Socrealizm w zderzeniu z nowymi zjawiskami dostawał zadyszki. Ideologiczni strażnicy widzieli zagrożenie - żelazna kurtyna nie była wystarczająco szczelna. Niemiłe wiatry z Zachodu przywiewały obrzydliwe trendy, niestety… nie bez sukcesów. Zakłócały ustalony dryl, ład i porządek, siały zamęt, mąciły w głowach. Już w XVIII wieku niejaki Ignacy Krasicki, zwany książęciem poetów polskich, arcybiskup i prymas Polski, w swojej „Żonie modnej” zwrócił uwagę na to zjawisko. Tak to już jest, że z artystycznymi nurtami… wleką się przykre zmiany obyczajowe. Neofici i inne tałatajstwo bulwersują opinię publiczną krytycyzmem i śmiałością przekonań, ośmielając się traktować z rezerwą dogmaty i jedynie słuszne ideologie. Europa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych to był tygiel, w którym bulgotała frankistowska Hiszpania z Falangą i ETA, Włochy z Czerwonymi Brygadami, Wielka Brytania z IRA. „Czerwoni” walczyli z „czarnymi” na wszystkich frontach, w najrozmaitszych odsłonach. Do dziś nie jest jasne, dlaczego Aldo Moro jednak musiał zginąć. Czy ktoś był zainteresowany, aby czerwonych pojednać z czarnymi? Nie! Walka o władzę zawsze jest brutalna i zakłamana, ma drugie, trzecie i czwarte dno. Faszyzm nie ma koloru, choć przybiera różne barwy i odcienie. Hitler, Stalin, Pol Pot, Mao Zedong czy Kadafi są jedynie spersonifikowaną egzemplifikacją zjawiska. Naiwniak Arystoteles w swej „Polityce” kłapał, że „politica nie może być despotica, ale libera” – jajogłowi tak mają. Autor książki „22 cele w Norymberdze”, naczelny psychiatra w więzieniu norymberskim Douglas Kelley, stwierdził, że wiele osób – zupełnie niezależnie od narodowości – po otrzymaniu odpowiednich możliwości staje się dyktatorami i zbrodniarzami. Wystarczy, że zbuduje się stosowną aurę, ograniczy demokratyczne prawa obywatelskie i Rubikon zostanie przekroczony. Narcystyczni „mężowie stanu” zostają kolejnymi führerami. Uwodząc populistycznymi zaklęciami, zyskują frenetycznych wielbicieli i protektorów. Przeważnie wrzeszczą i przesadnie gestykulują niczym osobowości histrioniczne. Tak powstają dyktatury prowadzące do szaleństwa. Gdy wśród czcicieli przychodzi opamiętanie, jest już pozamiatane. Czy czcigodny Putin postępuje jak car? Tak, zatem… jest kolejnym „dobrym carem”. Dzisiejsi dyktatorzy, jak to dyktatorzy, nie mają żadnych hamulców. W pogoni za zyskiem hodują nas na mięso armatnie jak zagrodowe bydło. Paszę stanowią pyszne trucizny uchodzące za żywność modyfikowaną genetycznie. Jemy mięso, które nie jest mięsem, ryby, które nie są rybami, warzywa, które nie są już warzywami, pijemy mleko, które nie jest mlekiem. Ludzkość wytrwale kopie swój grób. Czerwoni lewacy wraz z czarnymi prawakami, sterowani przez miliarderów, przyczyniają się do tej zagłady solidarnie. Jedni i drudzy, malowniczo walcząc ze sobą, niczym się nie różnią. Ideologia to obłudna maska i atrapa, potrzebna do wskazania wroga i zdobycia fanatycznych wyznawców. Mamy nowe średniowiecze z oligarchią techno-feudałów. Europa przypomina Rzym z 476 roku, kiedy nastąpił zwrot zachodniej cywilizacji. Zachód traci pozycję hegemona, następuje proces dyfuzji siły, a internacjonalizm ląduje w schowku na śmieci - czyli tam, gdzie w zasadzie był zawsze. Zdaniem sąsiada teksty piosenek bigbitowych były zazwyczaj banalnymi frazesami w rodzaju „ładne oczy masz, komu je dasz”. Piosenka poetycka i protest songi pojawiły się później, gdy tekściarze i wykonawcy bawili się w kotka i myszkę z panami z Mysiej. Za to teraz, gdy pisać i mówić można, co ślina na język przyniesie, zalewa nas debilizm. Kultura została zepchnięta do narożnika. To co się odbywa, to ̶ cytując Orwella ̶ „skok na główkę w szambo”. Najaktywniejsi są durnie – i ci czerwoni, i ci czarni – ich nic nie powstrzymuje. Głupotę się dziś nagradza i chwali. Słuchając oracji parlamentarzystów czy radnych, widać, że głupota ich uskrzydla. A my przez brak reakcji pozwalamy im latać. Kisiel zapytałby: „Powiedz, Koteczku – czy nasz konformizm umacnia ich prymitywizm?”. Nie chcąc kończyć smutnym pytaniem retorycznym, napiszę coś optymistycznego. Wyobraźcie sobie Państwo, że „Sądeczanka” nie podzieli losu zbiorników retencyjnych – mających chronić Brzesko przed powodzią – i… jednak powstanie. Ba, i stanie się to już… w 2045 roku! Dla gościa w moim wieku to niezwykle krzepiąca informacja. Dalibóg, truchła dobijające do setki, by poszusować na nartach i zdążyć przed zamknięciem sezonu (lub życia), śmigną tam nową trasą. I niech mi ktoś powie, że jestem spleśniałym, pesymistycznym ponurakiem, roztrząsającym słowa piosenki Czerwono-Czarnych: „Nie bądź taki szybki Bill”. Nie, nie jestem – nawet sąsiad uważa, że ze mnie kostyczny, niezwykle wesoły staruszek, lubiący sobie sarkastycznie mantyczyć. Ryszard Ożóg
|