Cnotliwi politycy na straży wiary.
(Przymrużonym okiem Zofii Mantyki)
2026-03-27
Przymrużonym okiem Zofii Mantyki Cnotliwi politycy na straży wiary. No i stało się… Konferencja Episkopatu Polski upichciła list na V Niedzielę Wielkiego Postu, dotyczący 40. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Jego treść oburzyła polityków, którzy wiedzą najlepiej, co powinien głosić Kościół w Polsce – zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek do syjonizmu, wartości chrześcijańskich i doktryny ukształtowanej w duchu Vaticanum II oraz deklaracji Nostra aetate. Zbawienie jest w Jezusie Chrystusie, a kontakty chrześcijańsko-żydowskie mają sens tylko wtedy, gdy służą nawracaniu Żydów na wiarę w Chrystusa. Jeżeli nie – jest to zdrada jedynego powodu, dla którego Kościół w ogóle istnieje. Punkt 22. deklaracji Dominus Iesus wyraźnie to akcentuje. Politycy – jak to mają w zwyczaju – żonglują religią, powołując się na świętości, choć dla nich samych… nie ma świętości. Jeżeli hierarchowie w swych wystąpieniach angażują się w politykę, sugerując, na kogo należy głosować – jest git. Jeśli politycy uczestniczą w liturgii i nawet przemawiają w obiektach sakralnych – wszystko gra. Natomiast jak się hierarchom wypsnie coś, co trąci podejrzeniem, że nie tylko Polak-katolik może być zbawiony – od razu czuć swąd siarki. Pielgrzymując drogami historii, widzimy, że wybuchające szaleństwa zwalczających się ideologii religijnych to paliwo polityczne. Wojny religijne „w imię Boga” obrazują makabryczną historię ludzkości, a epizody takie jak noc św. Bartłomieja czy ścięcie Marii Stuart to spektakularne wisienki na torcie. Chrześcijańskim intelektualistom uświadomiły one, że – niestety – trzeba wymyślić państwo, w którym religia nie będzie podstawą ładu politycznego. Trochę to trwało, aż pojawił się niejaki John Locke, który w swym „Liście o tolerancji” zaproponował, aby żadna religia czy też wyznanie nie mogły rościć sobie prawa do monopolu i zwalczania innowierców, pod warunkiem… że wszyscy przestrzegają prawa powszechnego. Tym samym adoracja Boga w krajach cywilizacji zachodniej stała się indywidualnym wyborem człowieka. To była niesamowita zmiana, będąca impulsem do wyzwolenia nurtów liberalnych i lewicowych. „Zaraza” wybuchła wraz z rewolucją francuską i jej Deklaracją praw człowieka i obywatela, potem przyszedł marksizm i kolejne „niecne plugastwa” w rodzaju bezecnych sufrażystek, które wypełzły cichaczem jak szczury z kanałów. Idąc dalej tym tropem: gdyby nie ów „oślizły” Locke, pewnie nie byłoby haszkowego feldkurata Katza czy też „Żywota Briana” Terry’ego Jonesa z bandy Monty Pythona i całej liberalnej hałastry mantyczących pamflecistów pokroju Boya-Żeleńskiego. Czy to oni są największym zagrożeniem dla istnienia ludzkości i istoty wiary? Człowiek żyjący w kulturze cyfrowej lekceważy konieczność poszukiwania prawdy. Przed nami znowu tupta czas bałwochwalstwa człowieka, rasy i państwa; czas wrogości i nienawiści. Czas, gdy człowiek – w imię Stwórcy – siebie samego stawia w centrum świata i zapomina, że: „Kościół razem z Prorokami Starego Przymierza oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i służyły mu ramieniem jednym. Tak jak przyszłość świata stanowi wielką tajemnicę, tak wierzymy, że procesy dziejowe i cała historia w perspektywie Apokalipsy znajdą swój sens i cel w Bogu” (por. Sf 3, 9). Czy mesjańska nadzieja wejścia do mistycznego Ciała Chrystusa współbrzmi z postawą nienawiści do innych narodów? Kolumbijski noblista Gabriel García Márquez powiedział: „Jeśli masz już sześćdziesiąt lat, przestań liczyć pieniądze, a zacznij liczyć chwile. Bo kiedy odkładasz wszystko »na wszelki wypadek«, to właśnie te »wypadki« czekają cierpliwie, aż zabraknie Ci sił, by skorzystać z tego, na co sobie nigdy nie pozwoliłeś. Dla dzieci już swoje zrobiłeś. Teraz Twoja kolej — by spokojnie patrzeć na świat i pozwolić sobie na to, co zawsze odkładałeś. Nie dźwigaj cudzych problemów i, broń Boże, nie mów w kółko o chorobach i lekach. Mów o podróżach, muzyce i dobrych wspomnieniach”. No i zgrabnie mądrala kłapał, ale co mają powiedzieć moi rówieśnicy, czyli spleśniałe staruchy po siedemdziesiątce? Mają cytować Maksa Paradysa z Seksmisji: „Albert, wychodzimy!”? Niestety, dla żyjących z łaski pańskiej boomerów nie do zaakceptowania są postawy chamów z syndromem Piotrusia Pana. Aroganccy osobnicy sprowadzający swe potrzeby do podstawy piramidy Maslowa to „Sebixy”. Inteligencja nie jest im potrzebna, zastępuje ją ta sztuczna. Towarzyszy im „ontologiczne” pytanie: „A na co mi to?”. Ich jedyną motywacją do „nauki” jest zdanie egzaminu „psim swędem”. Bywa, że chełpliwie mówią o sobie w trzeciej osobie, a innym każą się… „ogarnąć”. W kulturze komunikacji cedzą urocze bluzgi w rodzaju „zdradzieckie mordy” czy „zakute łby”. No cóż: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Boomerzy wspominają legendarnych belfrów, którzy dziś wylecieliby ze szkoły na zbity pysk. To byli siejący strach facecjoniści, obdarzani jednak szacunkiem. Krążące po mieście opowieści o ich ekscentrycznych dziwactwach wspominane są z łezką w oku. Pamiętam nauczyciela z krakowskiego technikum, który podczas sprawdzianu umieszczał krzesło na biurku i zasiadał tam z… wojskową lornetką w ręku. Groza i wesołość udzielały się wszystkim. Znakomita polonistka obniżała nam oceny za niepoprawne akcentowanie wyrazów podczas odpowiedzi. Tak ekstraordynaryjnie byliśmy kształceni i może dlatego potrafimy odróżnić Bacona od bekonu. To był czas, gdy nauka religii odbywała się poza szkołą, w obiektach sakralnych, i prawie cała młodzież z ochotą na nią uczęszczała. To w mrocznym czasie PRL-u polscy biskupi wysmażyli „haniebny” list do biskupów – tfu, za przeproszeniem – niemieckich. Oj, nie mają chłopcy szczęścia do listów, nie mają, i kolejny raz „przegięli”. Na szczęście Bąkiewicz, Macierewicz i inni obrońcy polskiej wiary z kosą i napalmem – odmawiając strzelisty akt miłości – czuwają. W szkole, jak i w życiu, potrzeba subtelnego drobiazgu… atmosfery, w której uczniowie poczują sens i radość poznawania. Dzisiaj szkoła przypomina maszynę cyfrową i takiej zdolności nie ma. Podobnie jest z religijnymi wartościami: jeśli ich propagatorami są obłudni politycy – chcący uchodzić za moralistów i świętoszków – to molierowski Tartuffe sardonicznie rechocze. Przy tych żałosnych hipokrytach paryska kurtyzana uchodzić może za Dziewicę Orleańską. Ryszard Ożóg
|