Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

LUDZIE JAK WILKI  (Antonina Radzięda)  2026-07-11

"Sępa cień"

Poniżej zamieszczam opowiadania "z życia wzięte", zamieszczone w książce "Sępa cień".

Treść książki, w formacie MS Word, otrzymałem od autorki kilka lat przed Jej śmiercią w celu wykorzystania na portalu. Kolejne rozdziały będę zamieszczał w odstępie tygodniowym.

Zbigniew Stós


SPIS TREŚCI

WYCIECZKA DO TURCJI

Opisana "wycieczka" miała miejsce w połowie lat 70. ubiegłego wieku (czasy PRL), kiedy Polacy, w tym mieszkańcy ziemi brzeskiej, masowo wyjeżdżali na handel do ZSRR, Turcji, Bułgarii oraz innych krajów demoludów, dorabiając w ten sposób do pensji, wywożąc polskie towary deficytowe, a przywożąc złoto, kosmetyki czy sprzęt elektroniczny.

DZIWNY PRZYPADEK

Krótka historia KaśkiBakuły, jej syna Staszka i Jaśka Bielunia

PIĘTNO

Inżynier Adam Krasowiecki wspomina przedwojenne życie arystokraty.

WIELBICIEL HITLERA

Wspomnienia z jazdą Vanem (mikrobusem) z polskimi "wakacjuszkami" pracującymi w serwisie sprzątającym na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

BRAT WILKA

„Jak to się ludziom udaje niektórym”- myślał Tomasz Stasik idąc ścieżką koło płotu sąsiadki Kubicowej.
Ta Kubicowa np. wygrała niezłą sumkę w Totolotka i teraz głowę podnosi. Wydaje jej się, że jest Bóg wie kim, a jest tylko wdową po pięćdziesiątce, w dodatku niedawno ciężko chorowała.

NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ

Jak Anka z Wojtkiem świętowała zdanie matury.

CIEŃ PRZESZŁOŚCI

Natalce też w biurze jakoś szło. Była sekretarką pana dyrektora. Dyrektor był człowiekiem z inicjatywą i w tej fabryce zaprowadzał różne nowe porządki. Chciał, żeby się wyróżniała i żeby go we władzy wysoko cenili. Zorganizował też zespół pieśni i tańca. Należeli do niego młodsi i starsi. Jeździli na konkursy, festiwale i na różne występy. Więcej jeździli i ćwiczyli niż pracowali, ale wyniki były wspaniałe. Tyle nagród co zebrali, to żaden inny podobny zespół nie mógł się tym pochwalić. Natalka też była w tym zespole. I to była za pierwszą gwiazdę. Nagrody sypały się jak z rękawa.
Dyrektor był niezmiernie dumny z tych osiągnięć. Miał temperament i pociąg do kobiet wielki. Nie było ładnej dziewczyny, której by nie miał. Miał władzę i od niego zależała praca i wszelka inna pomoc. Nikt mu się nie sprzeciwiał....

MIŁE DZIECKO

Rozterki Hani "Myśl, że jak się utopi, to wreszcie będą mieli spokój, tkwiła w jej głowie. Nie mogła się z tego otrząsnąć, nie mogła się ruszyć z miejsca."

PRZYSŁUGA

Tylko mąż, po urodzeniu Krysi osiemnaście lat temu, miał jakieś wątpliwości co do swego ojcostwa. Udało się jej wmówić mu, że widać zapomniał, że współżyli w tym czasie i Krysia jest na pewno jego córką.

NO TAK, ALE....

Powiem ci, że byłem przekonany o mojej stałej miłości do Krystyny. Nasze dzieci, Bartuś i Ania są tak ważne dla mnie, a mimo to nie potrafię oderwać się od Gosi. To jest silniejsze ode mnie.

PRZEGRANY

Zenon stracił już nadzieję, że uda mu się zdobyć cokolwiek, aby przetrwać to swoje ukrywanie.

Wojna skończyła się już ponad rok temu, a on ostatni z grupy partyzantów błąkał się po okolicy. Teraz siedział ukryty w parowie, blisko leśnej drogi i czekał. Nikt tu prawie nie chodził, tylko czasem baby na targ z jajkami. Nie mógł im odebrać tego co miały, chociaż głód skręcał mu kiszki. Mogły rozgłosić, że ktoś w lesie napada.

TRUDNA DECYZJA

Starego Władka Pacerkę złość roznosiła. Musiał ją na czymś wyładować. Rzucił kamieniem w Burka uwiązanego przy budzie, aż się buda zatrzęsła, ale Burek ocalał. „No, ale ja im pokażę- myślał sobie Władek – Dostaną schedę, niech czekają.” Ta myśl go prześladowała. (...) Do miasta chcą iść, ale żeby gospodarkę sprzedać, zmarnować i iść w te gołe mury, to mu się w głowie nie mieściło.

PRZECIEŻ O TO CHODZI

O, jak dużo liści spadło z drzew”- myśli Gośka. Tak, to znów jesień przyszła. A tu, w tym starym, zaniedbanym parku tak się dobrze siedzi. No cóż, muszę się trochę zastanowić, co robić dalej. Nikt mi tu o tej porze nie zakłóci spokoju, wszyscy są w pracy, w szkole. Wszyscy zajęci swymi sprawami. A ja mam ten swój problem, o którym nikomu nie mówię, sama muszę to rozwiązać.”

DZIEŃ JEDEN Z WIELU

Łucja, mama Tomka, prasowała na jutro ubranie dla siebie, Magdy, Tomka, no i świeżą koszulę dla męża Kazka. Myślała przy tym: „Magda pewno nie będzie zadowolona, że ja prasuję spódnicę i bluzkę na jutro. Ona woli w tych starych dżinsach i za dużym swetrze iść do szkoły.” Łucja nie znosiła takiego stylu, ale argumenty Magdy, że wszyscy tak chodzą, miały swoją wagę. No tak, trzeba się przyzwyczaić, że czasy się zmieniają i dzieci dzisiaj są inne niż my kiedyś.

JEDNAK RAZEM

Doprawdy historia ta jest niesamowita.

LUDZIE JAK WILKI

Już cały tydzień deszcz padał i padał. A był lipiec i wszyscy czekali na słońce. Słońca jak nie było, tak nie było, tylko deszcz i deszcz. Chwilami nadchodziły jeszcze cięższe chmury i wtedy nie było widać nic tylko ulewę. Ziemia była nasycona wodą do ostatnich granic. Woda stała w miejscach niższych, ziemia już nie wchłaniała jej wcale


SĘPA CIEŃ

NIE WIADOMO

NIE WESOŁE KUMOCHY Z PAJDOWY

DLACZEGO TO ZROBIŁAŚ

PIERWSZA LEKCJA MIŁOŚCI

ZA WSZELKĄ CENĘ


WYCIECZKA DO TURCJI

- Popatrz Baśka, to są te pierścionki, których jeszcze nie sprzedałem – powiedział Tadek pokazując na dłoni z dziesięć złotych pierścionków – sprzedałem już cztery. A żebyś wiedziała ile Zośka Biedrońska naprzywoziła i złota, i kożuchów tureckich to by ci oko zbielało.

- Eee, co ty Tadek opowiadasz! A celnicy was nie złapali na tym przemycie?

- Celnicy wszystkich nie złapią. Jak kto jeździ często, to wiedzą, że na handel i go rewidują, a my pierwszy raz pojechaliśmy. Wiesz Tadek, sama bym pojechała, przydałoby się coś dorobić do tej marnej pensji.

- Jasne. Kto tylko może to jedzie. Ile ludzi znam co zbili forsę na tym handlu zamiennym.

- A co tam można przywieźć, Tadek?

- Najlepiej to idą szwajcarskie zegarki, jakieś elektryczne urządzenia mechaniczne, bielizna dla mężczyzn i takie różności.

- Tylko czy uda się to przez granicę przewieźć? A nasi celnicy nie kontrolują?

- Nasi też, ale nieraz się udaje. Zresztą, Baśka, kto nie ryzykuje ten nic nie ma.

- Pewnie, ale muszę pożyczyć pieniędzy na kupno tych rzeczy, no i jak stracę, to skąd wezmę oddać?

- To już twoje zmartwienie. Ja ładnie zarobiłem. Teraz jest rok 1977 i o wiele łatwiej gdziekolwiek wyjechać niż przedtem.

- Właśnie. Ludzie jeżdżą masami. U mnie w biurze też mówią o wyjeździe.

- No to zbierzcie się grupą, żeby choć czworo jechało i jakiś mężczyzna by się przydał, bo w Turcji to na kobiety polują.

- Co ty mówisz Tadek, kto poluje?

- Nie wiesz, tam jest muzułmańska wiara i mają haremy.

- No i co z tego, w tym wieku niemożliwe jest coś takiego.

- Mówię ci, możliwe. Oni muszą kupować sobie żony za duże pieniądze. Jak nie mają, to kradną, jeżeli się uda, oczywiście turystki tylko.

- Ale mnie ładnie nastraszyłeś, Tadek. Chyba wezmę ze sobą Jarka. Tylko co z dziećmi i domem będzie?

- Przecież dzieci duże, Ania ma chyba ze szesnaście lat, a Andrzej ile?

- Andrzej trzynaście skończył.

- No to już duże dzieci, a wy tam ze cztery dni będziecie, bo tylko podróż, nocleg jeden i powrót.

- A gdzie tam można przenocować?

- To nie problem. Już na dworcu cała masa naganiaczy czeka na turystów.

- I co, jak trafić do „pewnego” hotelu, żeby się nam coś nie stało?

- Ja mam tu, Baśka, wizytówkę takiego hotelu. Ten właściciel to nawet mówi po polsku.

- Coś ty, po polsku mówi?

- Żebyś wiedziała. On jest potomkiem polskiej branki. Jest taki wysoki i ma niebieskie oczy. Normalni Turcy to bruneci z ciemną karnacją.

- Coś takiego. Aż się wierzyć nie chce, że naprawdę spotkaliście Turka z polską krwią.

- Sama zobaczysz jak się wybierzesz.

- Muszę już iść bo się późno zrobiło. Do widzenia, Tadeusz.

Baśka tak się napaliła na wyjazd, że namówiła koleżankę Lucynę z innego działu, aby z nimi się wybrała. Lucyna namówiła swoją szwagierkę Lokę i zaczęli się wszyscy przygotowywać do tej podróży. Najważniejsze to było otrzymać paszport- z tym nawet nie mieli takiego problemu. Później trzeba było zdobyć artykuły do sprzedaży w Turcji. Zabrało im to więcej jak miesiąc czasu. Gdzieś pod koniec lutego wzięli urlop w pracy i byli gotowi do wyjazdu. Walizy wyładowane do niemożliwości dźwigali z trudem. W dodatku Jarek miał grypę i był słaby, Baśka miała ją wcześniej.

Jechali w grupie pięciu osób, Lucyna ze szwagierką Loką i jej koleżanką Hanką. Odjazd był z Katowic i tam też była odprawa celna. Nawet im bez większego kłopotu udało się wyjechać z Polski. Ciasno było w pociągu z początku, ale niektórzy wysiadali w Związku Radzieckim. Cała grupa zajęła jeden przedział. Lucyna była dobrą koleżanką Baśki i Baśka jej doradzała co najlepiej zabrać i namówiła ją na podróż. Lucyna od innych dowiedziała się co najlepiej się w Turcji sprzedaje i postarała się to kupić, nic nie mówiąc Baśce. Jarek się pocił chorobliwie i ten zapach denerwował Lucynę. Czekali w napięciu na kontrolę celną na granicy tureckiej. Każdy miał coś, co należało oclić, jeżeli było do sprzedaży. Wcześniej była kontrola jugosłowiańskich celników. Dali formularze i kazali wpisać wszystkie rzeczy jakie tranzytem wiozą, żeby sprawdzić czy nie zostały sprzedane w Jugosławii. Baśka wpisała właściwie wszystko, tyle że tak niewyraźnie, że w razie czego postanowiła wmawiać celnikom inne znaczenie słowa. Oni i tak po polsku nie rozumieli. Celnik odebrał formularze i sprawdzał je z zawartością bagaży. Baśce udało się i Jarkowi też, przejść przez tę kontrolę bez kłopotu. Hance i Lucynie również. Jedynie szwagierka Lucyny ukryła radio tranzystorowe w poszewce płaszcza. Celnik obmacał płaszcz i wyczuł radio.

- Czyje to jest? –spytał.

Nie było innej rady musiała Loka przyznać, że jej. Nie wpisała, bo wynikły by dla niej kłopoty już w Polsce, należało tam opłacić cło. Teraz czekały ją stokroć większe kłopoty i sankcje za oszustwo właśnie w Polsce. Przerażona zaczęła płakać i błagać jugosłowiańskiego celnika o litość. Nieomal go po rękach całowała, błagała i błagała. Cała reszta towarzystwa też płakała i błagała o litość. Celnik był nieubłagany. Loka prosiła i prosiła. Wreszcie mówi mu, że jak się zlituje, nie zrobi protokołu i nie wpisze uwagi do paszportu, ona mu się odwdzięczy jak będą za trzy dni wracać. Spotka się z nim gdzie będzie chciał i mu sobą zapłaci. Mówiła to tak przekonywująco, że w końcu celnik dał się ubłagać i powiedział :

- Ale pamiętaj za trzy dni się spotkamy.

- Dobrze, dobrze – mówiła ucieszona Loka.

Baśka słuchała jej błagań i obietnic oddania się celnikowi z niedowierzaniem. „ Czy aż tyle warte dla niej to radio, że tak się upokarza?”- myślała. Po prostu było jej wstyd za nią. Była przecież żoną brata Lucyny i przy niej ujawniła, że jest też prostytutką – bo któż choćby obiecuje swoje ciało, nie będąc do tego zdolnym. Baśka znała brata Lucyny i Lokę. Przyjeżdżali z dziećmi do rodziców i Lucyny, która była sąsiadką Baśki. Zawsze odgrywali rolę nieomal jaśniepaństwa , a tu taka degrengolada moralna wobec świadków. Baśka czuła wstyd za nią w imieniu wszystkich Polek. Ale cóż zrobić, widać człowiek jest zdolny do wszystkiego, gdy go taka konieczność przyciśnie. Po wyjściu celnika Loka podziękowała wszystkim, że tak się za nią wstawiali i usprawiedliwiała swoje zachowanie tym, że to radio było koleżanki i ona miałaby kłopoty- jakieś nowe odkryte nie wiadomo po co, bo przecież to nie miało znaczenia. Dalej jechali już w lepszych humorach. Śmiali się i żartowali. Jarek wyciągnął pół litra czystej i częstował wszystkich. Napięcie się obniżało, a humor poprawiał. Na granicy z Turcją do przedziału wszedł turecki celnik i nic nie sprawdzając zażądał 50$ opłaty do ręki- Baśka oponowała, bo nie miała nawet razem z Jarkiem tyle towaru ile miały panie, ale musieli dać po 10$ każdy. Wjechali wreszcie szczęśliwie do Turcji na stację w Istambule. Stacja była ponura i obskurna. Przed dworcem czekało mnóstwo taksówek i naganiacze zachęcali do wsiadania do ich taksówki. Oni mieli wizytówkę Muhameda i jego naganiacz wsadził ich do ledwo dyszącej taksówki i sam też wsiadł. Było ciasno niemożliwie i walizki nie mogły się zmieścić. Taksówka sapała i ledwie dojechała pod obskurny hotel, chociaż stwarzał pozory luksusu po wejściu do środka. Jakieś czerwone dywany i kolorowe ściany miały mu nadać pozory światowego standardu. Jarek z Baśką dostali jeden pokój, reszta drugi większy. Mieli swoje zapasy jedzenia i posilili się nieco popijając herbatą z termosu.

Muhamed też się zjawił. Był wysokim mężczyzną z rzeczywiście niebieskimi oczami i jaśniejszą niż inni Turcy cerą i włosami mniej czarnymi. Miał może czterdzieści lat i mówił po polsku dobrze. Zabrał ich z walizami do bazaru, gdzie miał swój sklep jubilerski. Patrzyli na wykopany w skale bazar jakby był nie z tego świata, ale z bajki. W środku we wnękach były sklepy różnego rodzaju. W korytarzach i szerokich przejściach też było mnóstwo przeróżnych towarów. Były wspaniałe kolorowe dywany, wazony i wazy z różnych kamieni, lampy i co tylko można było wymarzyć znajdowało się w ogromnej ilości na tym bazarze. Były też sklepy z kożuchami, Muhamed miał swój też. Teraz zaprowadził ich do tego sklepiku, ciasnego ale otwartego i na oczach konkurentów rozpoczęło się wyjmowanie i handel towarami. Muhamed określał cenę i brał towar, nie było szansy zmiany ceny, były one bardzo niskie. W pewnym momencie wpadł naganiacz przerażony i coś powiedział po turecku. Muhamed kazał szybko zamknąć walizki, a do sklepu wpadł chyba jakiś tajniak, bo Muhamed wyglądał też na wystraszonego. Szybko wyszedł z policjantem, prawdopodobnie dać mu łapówkę. Kiedy wrócił usiadł i nie wiedział co robić. Baśka powiedziała, że przecież mogli ten towar w hotelu sprzedać i nie było by kłopotu. Widać jednak Muhamed miał ochotę się pochwalić tutaj sukcesem. W końcu wrócili do hotelu. I tu zaczął się długotrwały targ z Muhamedem. Najpierw Lucyna oferowała swój towar. Okazało się że miała cenne narzędzia za które wiedziała ile wziąć. Miała elektryczną wiertarkę, na którą Muhamed patrzył pożądliwie. Dostawała dobre ceny. Loka cały czas uwodziła Muhameda, rozmawiała z nim przymilnie i uśmiechała się zabójczo. Też dobrze sprzedała swój towar. Hanka zaczęła handel, a zniecierpliwiony Muhamed odesłał Baśkę z Jarkiem do ich pokoju ze swoim pomocnikiem i tam prowadziła targ Baśka sama, bo Jarek jakoś nie umiał w ogóle się targować. Pomocnik był młody i oferował ceny o wiele niższe niż Lucyna dostała za takie same towary. Przy końcu zrozpaczona Baśka rozpłakała się, bo na tym handlu niewiele zyskała. To widać poruszyło młodego Turka, bo za ostatnie sztuki męskiej bielizny zapłacił więcej, mówiąc, że to dla siebie bierze. Cały czas pilnował go młody naganiacz. Niektórych rzeczy nie chciał brać. Zegarki na baterie, które w Polsce były drogie, tu nie miały żadnej wartości. Tych nie mogli sprzedać wcale. Baśka płakała w swoim pokoju, a reszta towarzystwa zadowolona przyszła sprawdzić jak im poszło. Jak się dowiedzieli, że tak marnie, to jeszcze bardziej im się humor poprawił. Zwłaszcza Lucyna nie mogła powstrzymać wesołego śmiechu. Co chwila wybuchała radosnym ha, ha, ha. Baśka w swojej rozpaczy nie mogła pojąć, jak ona może się tak cieszyć, kiedy jej tak źle poszło. Ale Lucynie poszło dobrze, więc miała wiele powodów do radosnego śmiechu. W końcu i Baśka się uspokoiła i poszła się wykąpać pod prysznicem, który był wspólny na korytarzu. Jarek wykąpał się wcześniej; on się zbytnio nie interesował tym całym handlem. Na korytarzu był stolik, przy którym siedziało dwóch młodych mężczyzn i zaprosili Jarka do towarzystwa. Baśka wyszła z kąpieli odświeżona i podeszła do tego stolika chcąc Jarka zabrać do pokoju. Mężczyźni poprosili ją aby usiadła, częstowali wódką, ale nie chciała pić. Jeden z nich szczególnie usiłował ją zainteresować sobą. Mówił po rosyjsku, a Baśka znała ten język, Jarek nie. Powiedział, że jest Bułgarem, inżynierem na delegacji w Turcji i że o czwartej rano wyjeżdżają razem z kolegą do Bułgarii. Powiedział, ze w ich kulturze nie ma zwyczaju, aby kobiety siedziały razem z mężczyznami przy stole, ale on zna europejskie zwyczaje, więc ją tu zaprosili. Dla Baśki taka dyskryminacja była nie do pojęcia. Opowiadał, że ma żonę i dziecko, ale raczej jeździ po świecie, mówił, że mu się Baśka podoba, jest wysoką blondynką, ma ładną twarz i jest zgrabna. On nie ma wiele czasu, obserwował ją wcześniej, wie że to jest jej mąż i dlatego zaprosił go do stolika.

- Przyjdź do mnie w nocy do mojego pokoju – prosił.

- Nie ma mowy, nie przyjdę. Jestem mężatką, mam dwoje dzieci i nie robię takich rzeczy!

- Słuchaj, jedź ze mną do Bułgarii, o czwartej rano wyjeżdżam - prosił żarliwie.

Czegoś takiego Baśka nie widziała.

- Pewnie jest pijany i gada od rzeczy. Nigdzie nie wyjadę, jeszcze nie zwariowałam – mówiła.

Jarek przysłuchiwał się, może coś rozumiał z tej rozmowy, ale sam był mężczyzną i miał niejedną zdradę na sumieniu. Baśka powiedziała do Jarka:

- Wiesz, on chce, żebym z nim uciekła do Bułgarii, podobno się zakochał.

Gdyby Jarek był mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, dobrym mężem, musiałby jakoś zareagować, ale on zaśmiał się głupio i powiedział:

- No to czego nie jedziesz z nim?

Bułgar łapał Baśkę za rękę i całował, co chyba nie było w zwyczaju Bułgarów. Jarek na prośby Baśki, żeby poszedł z nią do pokoju hotelowego, nie chciał iść, dalej siedział i pił jakiś bimber. Baśka sama odeszła, Bułgar pobiegł za nią, zasłonił drzwi pokoju i trzymał ją za ręce tłumacząc, że się zakochał i musi ją mieć. Baśkę to śmieszyło, ale stała i słuchała jego wyznań i próśb, aby otworzyła drzwi w nocy, bo on do niej przyjdzie. Mówiła, że nie otworzy i śmiała się. Panie z grupy obserwowały i komentowały scenę z przystojnym, młodym Bułgarem.

- Widzicie, na oczach męża flirtuje z takim młodym facetem, a jak on ją obskakuje? Jakby była jaką księżniczką.

Baśka była w tym rejonie uważana za atrakcyjną blondynkę. Loka była niebrzydką brunetką i to wyraźną brunetką, co tu było zbyt pospolite. Obgadywały Baśkę, a same chętnie by kogo poderwały. Loka przecież tak cały czas uwodziła Muhameda, że wyglądało na to, że ma ochotę się z nim przespać. Jej chodziło o uzyskanie wysokiej ceny za swoje towary i udało jej się to. Bułgar Georg nie chciał Baśki puścić do pokoju, wreszcie zawołała Jarka, aby z nią szedł. Była zmęczona i chciała się położyć. Wreszcie Jarek podszedł i razem weszli do pokoju. Przyszła Lucyna, która miała pojedynczy pokój i powiedziała, że ona nie będzie sama spała w tym pokoju, bo się boi. Baśka też powiedziała, że się boi, bo Georg chce w nocy przyjść do jej pokoju, a po to ma męża, żeby ją chronił. Lucyna nie zwracając na nic uwagi, przyniosła swoje torby do ich pokoju i zadomowiła się tu bez żenady. Chcąc nie chcąc Jarek poszedł do jej pokoju. Udawał, że go nie obchodzi co się wokół żony dzieje, ale jednak zazdrość zżerała go tak, że nie mógł spać. Bał się tu zaczynać awantur, zresztą z natury był tchórzem, ale nie chciał być zazdrosnym w oczach znajomych. Baśka i Lucyna, która miała apodyktyczny charakter i była dużo starsza od Baśki położyły się do łóżek niewiele do siebie mówiąc. W nocy uparty Georg podchodził do drzwi co kilka minut i pukał. Prawdopodobnie sądził, że jeżeli mąż śpi w innym pokoju, to ma dużą szansę na sukces erotyczny. I tak pukanie trwało prawie do rana, nie spały wcale i Lucyna wściekła powiedziała, że przez jej apsztyfikanta ona się nie wyspała.

- No to mogłaś spać u siebie, nikt by cię nie budził, bo na ciebie nikt nie ma ochoty.

To tak rozwścieczyło Lucynę, że zabrała swoje bagaże i poszła do towarzyszek. Teraz mieli dzień na robienie zakupów, a wieczorem pociąg do Jugosławii, gdzie mieli przenocować przed następnym pociągiem do Polski. Tylko raz w tygodniu był taki pociąg.

Poszli wszyscy razem na bazar i po drodze Loka opowiadała jak to do niej dobijał się Muhamed i musiały zabarykadować drzwi z panią Hanią. Teraz szedł z nimi jak gdyby nigdy nic i prowadził ich do bazaru.

W jego sklepie z kożuchami przebierały i wybierały, ale jakoś nic im nie pasowało. Lucyna wybrała dla siebie kożuch i szukała coś odpowiedniego na sprzedaż. Biżuteria była droga, nastawili się na kożuchy. Baśka z Jarkiem poszli szukać w innych sklepach. Znaleźli na końcu sklep gdzie był kożuch ładny i pasował na Baśkę, ale dość drogi. Targowali się i w końcu odeszli, sprzedawca dogonił ich i spuścił z ceny tak, że zdecydowali się go kupić. Kupili jeszcze kurtkę z jagniąt za jeden niesprzedany zegarek dopłacając trochę. W zasadzie nie mieli za co kupować, tak mało zarobili na tych swoich towarach. Jeszcze poszli do jednego sklepu i tam wzięli tani kożuch na handel. Umówili się z resztą towarzystwa na stacji i poszli piechotą w stronę dworca. Drogę już znali, nie było nigdzie daleko. Po drodze oglądali zabytkowe ruiny starożytnego Konstantynopola, teraz zwanego Istambułem. Widzieli po drugiej stronie Cieśniny Bosfor domy i drzewa. Pogoda była piękna, dzikie kwiaty porastały rowy. Wszędzie widać było zaniedbanie i brud. Przecież w samym hotelu przeżyli gehennę z powodu karaluchów. Mijali sklepy i widzieli towary na wystawach- bardzo drogie.

- Popatrz Jarek na te ceny, a myśmy tak tanio sprzedali, prawie za darmo wszystko. No trudno, daliśmy się nabrać, zresztą jakie mieliśmy wyjście.

Spotkali też sklep z kożuchami. Był duży wybór i dużo tańsze niż na tym „ Czarodziejskim Bazarze”. Sprzedawcy zachęcali ich do wejścia, więc weszli i Baśka przymierzała kożuchy. Były ładne, dużo lepsze i tańsze niż te co kupili. Mieli ze sobą na wszelki wypadek dolary i postanowili za nie kupić te kożuchy. Jeden dość obszerny, szary, z ładnym kołnierzem i drugi brązowy. Za obydwa zapłacili tyle, że jeżeli udało by się je sprzedać po cenach jakie były w Polsce, to zarobią podwójnie. Ucieszeni, że zamiast straty będą mieli zysk, szli dalej na dworzec. Biletów jeszcze nie sprzedawano, ale już parę osób stało w kolejce. Stanęli i oni. Minęła godzina i dwie, a kasa była dalej nieczynna. Wreszcie otwarto ją na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Za nimi kolejka była ogromna. Reszta towarzystwa przyszła dość późno i zażyczyli sobie, aby kupić im bilety. Jarek z Baśką stali już te dwie godziny i byli zmęczeni. Ale panie były jeszcze bardziej zmęczone. Kolejka z trudem posuwała się naprzód, a ilość biletów była ograniczona miejscami w pociągu. Do Baśki podszedł młody mężczyzna i poprosił o kupno biletu, bo ma bardzo pilny wyjazd, a nie zdąży już kupić, bo za duża kolejka. Baśka wzięła pieniądze i kiedy doszli do kasy kupiła mu ten bilet. Był bardzo wdzięczny i dziękował serdecznie.

Nareszcie siedzieli wszyscy w pociągu do Belgradu. Tam mieli dzień dla siebie i znowu po południu pociąg do Polski. Dojechali szczęśliwie z tym, że musieli na granicy wpisać ile kożuchów wiozą, aby żadnego nie sprzedać w Jugosławii. Panie trzymały się teraz razem, nie potrzebowały już mężczyzny do obrony. Na dworcu z tymi swoimi wielkimi bagażami mieli kłopot. Musieli iść zarezerwować w hotelu pokoje, a z bagażami było ciężko, no i kto był pierwszy miał szansę znaleźć pokój. Panie poleciły Baśce i Jarkowi pilnować bagaży, obiecując zarezerwować dla nich pokój. Pobiegły załatwić sprawę spokojne o bagaże. Wróciły po dwóch godzinach i oznajmiły, że dla nich nic nie załatwiły, bo trzeba było mieć paszporty. Bez nich nie można było nic zrobić. Zabrały bagaże i poszli wszyscy do hotelu. Panie miały klucze i ze śmiechem wyjechały na ostatnie piętro do swojego pokoju. Jarek z Baśką usiłowali się dogadać z recepcjonistkami w sprawie pokoju. Powiedziały, że nic nie ma i koniec. Baśka podsunęła perfumy jako łapówkę – nic nie pomogło, żadne prośby, żadne błagania, nie mieli żadnej szansy na pokój. Już z godzinę tak stali bezradni i zrozpaczeni nie wiedząc co zrobić. Już się zabierali wracać na dworzec i tam jakoś przenocować, kiedy ze schodów zszedł właśnie ten pan, któremu Baśka kupiła bilet. Widział, że tu stoją bez skutku i powiedział, że właśnie odjeżdża i jest wolny pokój. Dał im klucze, recepcjonistki nie miały nic do powiedzenia, musiały wziąć zapłatę i wpisać ich na listę klientów. Baśka podziękowała serdecznie i już radośnie szli z walizkami na pierwsze piętro do swojego apartamentu. Był to piękny pokój, czysty, elegancki z wygodnym dwuosobowym tapczanem. Była nawet łazienka obok, więc zaraz się wykąpali. Panie towarzyszki pytały w recepcji, gdzie poszli ich znajomi. Dowiedziały się w którym pokoju mieszkają i przyszły go zobaczyć. Niezwykle zdziwione pytały ile zapłacili. Okazało się, że tyle samo co i one. Baśka chciała widzieć ten ich pokój. Niechętnie ją tam podwiozły windą. Pokój był na ostatnim piętrze, obskurny i ciemny, a łazienka była w korytarzu.

- Coś takiego, za taką norę zapłaciłyście taką samą kwotę jak my za nasz piękny apartament. No widzicie, wasza złośliwość nie wyszła wam na dobre, przecież pani Hania była już raz w Turcji i wiedziała, że bez paszportu nie przyjmą w hotelu.

Tak, to była prawda, mogły tylko wziąć ich paszporty i nie było by problemu. Lucyna pod pozorami przyjaźni ukrywała zawiść i nienawiść, taka widać była jej natura.

Baśka z Jarkiem wyspali się znakomicie, a Jarek zdopingowany zalotami Georga, chciał pokazać jakim jest dobrym kochankiem, mimo tej swojej grypy. Mieli od rana kilka godzin na jakieś zakupy w Jugosławii. Można było używać tureckich pieniędzy i dolarów. Baśka kupiła tylko vegety i coś do jedzenie. Panie poszły osobno i umówili się, że spotkają się na dworcu. Pociąg był już podstawiony. Należało znaleźć wagony, które szły aż do Polski, bo inne były gdzieś po drodze odczepiane. Pociąg był długi i wreszcie znaleźli te odpowiednie wagony. Jarek i Baśka siedzieli już spokojnie w wagonie, mieli miejsca sypialne, bo podróż miała trwać kilkanaście godzin. Zbliżała się godzina odjazdu, a pań towarzyszek nie było. Baśka wyglądała przez otwarte okno coraz bardziej niespokojna. W ostatniej chwili zjawiły się i zdezorientowane rozglądały po tablicach informacyjnych pociągu, na których widniały różne nazwy miast docelowych. Baśka machała ręką, aż ją zauważyły na końcu pociągu. Dobiegły w ostatniej chwili i wsiadły. Lucyna nie posiadała się z wściekłości:

- To nie mogliście na nas czekać przed dworcem, tylko wsiedliście sobie. A gdybyśmy się spóźniły, to co? Musiałybyśmy same jechać.

- No nie przesadzaj moja droga, to już chyba był wasz interes pilnować czasu odjazdu pociągu. Dlaczego mielibyśmy i my ponosić koszty waszej lekkomyślności.

Ale Lucyna nie chciała słuchać, była zła. Wsiadły do przedziału obok, bo ten gdzie siedział Jarek i Baśka był już zajęty. Było to nawet szczęśliwe zrządzenie losu, bo Lucyna nie znosiła Jarka i komentowała poprzednio każdy jego żart i sposób bycia. Kiedy się śmiał, mruczała pod nosem: „ śmieje się jak cap”. Jednym słowem drażnił ją niebywale. W ogóle zatraciła w tej podróży poczucie jakiejkolwiek grzeczności. Być może wysiadły jej nerwy i nie potrafiła ukryć swojego złego charakteru.

Baśka zastanawiała się czy warto utrzymywać tę niby przyjaźń dalej. Na polskiej granicy była kontrola celna i Jarek z Baśką zapłacili cło za pięć kożuchów. Lucyna była już po kontroli i przyszła do ich przedziału sprawdzić jak im poszło z celnikami. Nie mogła się powstrzymać, aby nie wyrazić zdziwienia, że aż tyle kożuchów wiozą. Humor jej się zupełnie popsuł i w ogóle nie chciała z nimi rozmawiać.

- Aha, widzisz teraz jaka ta twoja koleżanka fałszywa - mówił Jarek - tak jej wierzyłaś.

- Tak, wierzyłam, ale już przestałam wierzyć – odpowiedziała Baśka – Ona już nie będzie moją najlepszą koleżanką.

Zamieszczono 29 marca 2026-03-29 r.


DZIWNY PRZYPADEK

Jak długo pamięta, Kaśka Bakuła zawsze musiała ciężko pracować. Przed wojną u pana na dworskim robiła na polu. Wtedy to właśnie dorobiła się dziecka. Był to chłopak, Staszek mu dała na imię. Teraz miała jeszcze cięższy los. Tułała się z chłopakiem po świecie, ale jakoś przeżyli i wojnę i okupację.

Po wojnie nastały inne czasy. Teraz nie robiła na pańskim tylko w PGR-ze. Tak samo musiała pracować i mieszkać w jakiś norach w czworakach podworskich. Staszek chodził do szkoły i sam się jakoś wychował, prawie na ulicy. Kaśka była analfabetką, żyła dniem dzisiejszym, świat ją o tyle interesował o ile zaspokajał jej prymitywne potrzeby.

Staszek wyrósł na wysokiego, przystojnego chłopaka. Nie chciało mu się do szkoły dłużej chodzić, a zresztą dla matki jego podstawowe wykształcenie to był szczyt możliwości. Bardzo była dumna, że umie czytać i pisać. Staszek nie lubił się przemęczać, wolał żyć przy matce i na jej koszt. Czasem poszedł gdzieś coś zarobić dorywczo. Kupował jakieś niezbędne ubrania, buty, a resztę przepijał, bo lubił sobie wypić. Czasy były takie, że nierób żył beztrosko.
W końcu poznał dziewczynę. Żyli razem i mieli dziecko. Mieszkali u matki, ale nie wystarczało na utrzymanie. Staszek Bakuła poszedł więc do milicji pracować. Tam mu było nieźle i mógł już wziąć cywilny ślub z Zośką. Dziecko zaniedbane i ciągle głodne umarło. Drugie wnet się urodziło, a i po nim zaraz trzecie. Jedne umierały inne się rodziły. Zośka była przeraźliwie chuda i aż dziwne, że żyła.
Staszek był tylko dwa lata w milicji. Od tego dobrobytu w głowie mu się przewróciło i po pijanemu w jakiejś restauracji groził rewolwerem, a nawet wystrzelił, tyle że w sufit. I na tym się jego kariera w milicji skończyła. Poszedł siedzieć do kryminału, ale nie na długo.

Matka przeniosła się do innego PGR-u. Tu dostała na mieszkanie starą chałupę podworską. Była tam sionka, kuchnia i dwie izby. Chałupa była bardzo stara. Ponieważ strzecha na dachu przegniła, zrobiono dach z papy. W środku w kuchni był duży piec, ściany pobielone wapnem, a podłogi przegniłe. Gnieździli się tu razem z karaluchami i stonogami, które oblepiały ściany.
Kaśka już od jakiegoś czasu żyła z Jaśkiem Bieluniem. Był to wysoki, chudy i schorowany chłop. Zostawił swoją żonę i dorosłe dzieci i przeniósł się do Kaśki. Ona latała codziennie do roboty, a wieczorem wracała i przynosiła bańkę mleka. Ciężko im było i jeść nie mieli co.

Staszek nie kwapił się jednak iść gdzieś do pracy. Od czasu do czasu poszedł gdzieś na budowę i coś tam zarobił. Jak im bieda dokuczyła i jeść nie było co, to Staszek umiał się podkraść do kurnika sąsiadów i ukraść kurę, kurczaka czy królika. Robił to tak sprytnie, że nikt nic nie usłyszał, ani też nigdy go nie złapali. Domyślali się tylko ludzie, że to on musi kraść, bo jak by przeżyli bez dochodów. Staszek miał sprecyzowane poglądy. Jeżeli ktoś miał więcej jak on, to jego święte prawo było wziąć mu, bo niby z jakiej racji on głodem przymierał, a inni mieli wszystko. Od czasu kiedy Jasiek Bieluń sprowadził się do matki, ona nie chciała oddawać mu swoich zarobków. Jasiek ją buntował i siedzieli osobno, w drugiej izbie. Staszek nieraz przylał Jaśkowi, ale to nie pomogło wiele, matka się wściekła i w ogóle nie chciała w niczym pomagać. Jasiek też lubił wypić i często był pijany. Nie robił awantur i z nikim się wiele nie zadawał. Żyli tak obok sąsiadów bogatszych i pracujących, którzy ich zupełnie ignorowali. Gdyby Staszek chciał pracować, to mógłby w jakiejś fabryce, czy choćby w tym PGR-ze, gdzie matka pracowała. Ale Staszek był leniwy i wygodny.
 
Stary Jasiek Bieluń  miał astmę i trudem oddychał. Nikt nic nie robił koło tej chałupy. Stała wśród wysokich pokrzyw i chwastów, dookoła pełno było śmieci, odpadków, butelek i smrodu. W starym, walącym się chlewie chowało się parę kur i królików. O paszę dla nich nie było trudno. Sąsiednie PGR-skie pola obsiane były pszenicą, kukurydzą czy burakami cukrowymi. Staszek i nawet Jasiek Bieluń nocami buszowali po tych zagonach z workami i kradli co było tylko możliwe do wzięcia. W pobliskim sadzie rosły piękne jabłonie. Dla Staszka nie było problemem zrobić dziurę w siatce i kraść nocami jabłka. Więc żyli sobie tak, bo kogo Pan Bóg stworzył, to go nie umorzył.

Jasiek miał zwyczaj w sobotę wieczór iść na piwo do baru w pobliskim miasteczku. Dziś też się wybrał, po otrzymaniu emerytury, późnym popołudniem na piwo. Był już październik, ale jeszcze było ciepło. W barze, w gronie takich jak on miłośników piwa, czuł się wspaniale. Zwykle pili aż do zamknięcia baru, tj. gdzieś do godziny 11-tej w nocy. Staszek też by chętnie poszedł się co napić, ale nie miał grosza przy duszy. Nawet na papierosy mu brakowało, a nie mógł się bez nich obejść. Patrzył więc ze złością na Jaśka, jak wystrojony w swoje jedyne ubranie, szedł na piwo. Kaśka nie odzywała się nic. Nie był jej prawowitym chłopem, to jak mogła mu czegokolwiek zabraniać. Staszek podejrzewał, że Jasiek ma wszyte w spodniach oszczędności. Jasiek nawet w nocy spał z tymi spodniami pod poduszką. Staszek myślał o tych pieniądzach dniem i nocą. W jego wyobraźni urosły do ogromnych rozmiarów. Śniło mu się nieraz, że rozpruwa te zaszyte pieniądze ze spodni Jaśka, a tu wylatują stówki i pięćsetki i rozsypują się po podłodze. Staszek próbuje je pozbierać, a one jak żywe uciekają mu spod ręki. Staszek wściekły próbuje nogami przytrzymywać banknoty, ale one rozstępują się jak powietrze i Staszek nie ma nic w rękach. Kiedy się budził, był aż cały mokry z emocji i pożądania tych pieniędzy.

A Jasiek zadowolony siedział w barze przy stoliku z kumplami i pili piwo z kufla. Kazał sobie podać kaszanki bo strasznie lubił kaszankę, a nie była droga i zajadał popijając piwem. Godzina zamknięcia zbliżała się i chcąc nie chcąc musieli wyjść z baru. Jaśkowi dobrze się w głowie zawracało, ale pożegnał się z kolegami i poszedł do domu. Noc była ciemna, a droga dosyć wyboista. Ciężko się szło Jaśkowi, ale znał ją dobrze, to chociaż powoli, ale zbliżał się do chałupy.

Przy drodze był duży rów, którym spływała woda z okolicznych pól. Do domu miał jakieś 150 m, kiedy zza drzewa, po drugiej stronie rowu, przy mostku ktoś cichutko wyszedł. Jasiek minął ten mostek, a dalej rów z wodą łączył się z niską podmokłą łąką, poczuł jak ktoś mu poderwał nogi i upadł do wody. Próbował się podnieść, zdążył tylko podźwignąć się trochę i podnieść głowę do góry, kiedy ktoś usiadł mu na plecach i wsadził głowę do wody. Jasiek się chwilę szamotał, w końcu przestał się ruszać. Ktoś pomacał jego spodnie w pasie, szukał gorączkowo rękami, nie było nic, zwykły materiał, pusto w środku. W portfelu były tylko trzy stówki i nic więcej.

Jasiek leżał z głową w tej wodzie do rana. Jakiś rowerzysta wczesnym rankiem zobaczył jego ciało leżące w nienaturalnej pozie przy rowie. Podjechał pod milicję powiedział co widział. Wóz milicyjny szybko przyjechał na miejsce. Nie ulegało wątpliwości, że człowiek nie żyje. Sąsiedzi zbiegli się zobaczyć co się stało. Od nich milicjanci dowiedzieli się gdzie mieszka Jasiek Bieluń. Kiedy tam przyszli chałupa była zamknięta, wszyscy spali. Dopiero po dłuższej chwili Kaśka zaspana otworzyła drzwi.
- A co tam chcecie? – spytała.
- Czy tu mieszka Jan Bieluń? – spytał milicjant.
- Mieszka, nie mieszka, a co?
- Czy jest w domu?
- Nie ma go od wczora wieczór, jak kajś poszedł pić, tak pewnie i pije jeszcze.
- Pewnie pije, ale wodę z rowu. Chodźcie zobaczyć czy to on.
- Jezu Chryste, co wy gadacie!- i Kaśka poleciała za milicjantem.

Faktycznie to był Janek. Cały ubrudzony błotem, siny na twarzy i nieżywy. Kaśka zaniemówiła, co teraz będzie, ani to nie jej chłop, ani za co pogrzeb mu zrobić.

- To nie mój chłop. On ma swoje dzieci i żonę to go tam zabierzcie- powiedziała.
- A kiedy ludzie mówią, że u was mieszkał- powiedział milicjant.
- A co ta ludzie pletą, czasem ta przychodził jeno.

Faktycznie w dowodzie był inny adres zamieszkania Jaśka. Zabrali ciało do kostnicy. Lekarz sądowy stwierdził, że się utopił będąc w stanie nietrzeźwym.
Żadnego dochodzenia nie było.

Zamieszczono 6 kwietnia 2026 r.
PIĘTNO

Był wczesny wieczór grudniowy i jak zwykle w dużej izbie u Józka Biedronia było pełno ludzi. Siedzieli i umilali sobie czas opowiadaniem różnych historii. Tym razem gościem był Adam Krasowiecki, on to właśnie tubalnym głosem opowiadał zdarzenia ze swego bogatego życia. Sam Józek słuchał, niewiele się wtrącając, jego dwudziestoletni syn patrzył w inżyniera jak w obraz i słuchał pilnie. Żona Józka, gruba Kaśka siedziała naprzeciw pana Adama, z nogami grubymi i odkrytymi kolanami, patrząc na niego zalotnie. Od czasu do czasu o coś go spytała. Całkiem niezauważona, mała jedenastoletnia córka Zosia, siedziała przy stole i odrabiała zadania domowe. W żaden sposób nie mogła się skupić, gdyż pan inżynier opowiadał tak niezwykle ciekawie, że cała zamieniała się w słuch. A inżynier ciągnął swoje opowiadanie:

- Wiecie, ja nie zawsze byłem takim wysiedlonym, żyjącym biednie człowiekiem, jakim teraz po tej wojnie jestem. Na wschodzie posiadaliśmy duży majątek ziemski, a ja w Niemczech kształciłem się na chemika. Moja rodzina była skoligacona z polską arystokracją. Ojciec mój był człowiekiem niezwykle pobożnym. Zanim się ożenił, był w klasztorze zakonnikiem. Miał jednego brata, który przeżył zawód miłosny i to tak boleśnie, że się zastrzelił. Rodzice nie mieli więcej dzieci, a majątek był bardzo duży. Błagali syna zakonnika, aby zrezygnował z klasztoru i założył rodzinę dla ratowania rodu. Uzyskali dla niego dyspensę i zwolnienie ze ślubów zakonnych. Były jednak trudności ze znalezieniem żony, gdyż panny z arystokracji nie chciały wychodzić za byłego zakonnika. Ojciec ożenił go ze zdrową wiejską dziewczyną. Tylko z poczucia obowiązku rodzinnego spłodził kilkoro dzieci. Zawsze jak tylko pamiętam – mówił inżynier - ojciec chodził w czymś w rodzaju habitu i z różańcem w ręku. W sąsiedztwie miałem kolegę Lucjana. Mieliśmy po dziesięć lat i często bawiliśmy się razem. Lucjan był jedynakiem, którego wszelkie zachcianki rodzice spełniali z radością. Ja miałem kucyka i on też miał kucyka. Jeździliśmy na tych kucykach po polach jak szaleni. Ja zawsze przewodziłem, a Lucjan mnie naśladował. Była późna jesień, pamiętam jak pędziliśmy przez pola wrzeszcząc jak szaleni z radości. Nagle przede mną wyrósł głęboki rów melioracyjny. Mój kucyk zdołał go przeskoczyć, a Lucjan widocznie w ostatniej chwili wstrzymał swojego i ten nie pokonał rowu. Lucjan upadł tak nieszczęśliwie, że skręcił kark. Nie mógł się ruszyć. Ja stałem przerażony nad nim i nie wiedziałem co robić. Jego ojciec podjechał na koniu i kiedy zobaczył co się stało, zaczął tak strasznie krzyczeć:

- O mój syn jedyny, Lucuś, Lucuś, on nie żyje. To ty go zabiłeś, tyś go tu wyprowadził.

A Lucuś otworzył oczy i powiedział:

- Ja żyję tato, to nie on winien, to kucyk się przestraszył.
- O ty żyjesz, dzięki Ci Boże.

Próbował go podnieść, ale Lucuś krzyczał z bólu, więc ojciec kazał mi pędzić po pomoc do dworu. Wiecie państwo, to wydarzenie wpłynęło na całe moje życie, wstrząsnęło mną ogromnie. Kiedykolwiek przyszedłem do Lucka odwiedzić go, bo już nigdy nie mógł chodzić, tylko siedział w wózku inwalidzkim, jego ojciec płacząc krzyczał, mierząc we mnie palcem:

- Ty jesteś winien, ty mi syna zmarnowałeś.

A Lucek coraz to bardziej tracił rozum, głowa mu rosła duża i ślinił się. Przestał rozpoznawać ludzi. Mnie jak zobaczył to pamiętam jak jeszcze ostatni raz przed śmiercią powiedział bełkotliwie: „- Adaamm.” Myśmy się tak bardzo lubili, ja do dziś czuję piętno na duszy z jego powodu.

Tu wtrąciła się Kaśka:

- A przecież pan tu nie winien, po co rodzice kupili mu tego kucyka.

- Tak, proszę pani, ale to ja miałem pierwszy kucyka i on też chciał mieć. Rzeczywiście, trudno tu mówić o winie, ale dziecko łatwo uwierzy, że jest winne jak mu się to wykrzykuje przy każdej okazji.

- No i widzi pan, panie inżynierze, że i dobrobyt nie zawsze wychodzi człowiekowi na dobre – zauważyła Kaśka.

- To prawda, proszę pani. Ja byłem bardzo bogaty i kiedy studiowałem w Niemczech, w Dreźnie prowadziłem strasznie hulaszcze życie. Wszystkie najlepsze restauracje z kolegami okupowaliśmy nieraz do rana. Najlepsze wina i szampany lały się litrami. A jak się bawiliśmy, jak śpiewaliśmy i jakie kawały zabawne opowiadaliśmy, to trudno to sobie wyobrazić komuś, kto tego nie przeżył.

A syn Józka, Kazek słuchał z otwartymi ustami i w żaden sposób nie umiał sobie tego wyobrazić. O, jak chciałby tam być, a nie tu na wsi w polu harować.

- Proszę państwa, ja te studia skończyłem, ale ojciec dowiedział się, że tak żyję i nie dał mi już więcej ani grosza. Wtedy skończyła się zabawa, znikli koledzy, a ja zostałem sam w zupełnej nędzy. Nie miałem grosza na życie, ubranie się zniszczyło, a pracy nie mogłem znaleźć żadnej. To były lata kryzysu i może sami państwo je pamiętacie. Dziś jest rok 1949, to było ponad dwadzieścia lat temu. Wreszcie już na ostatnich nogach dostałem pracę w fabryce. To była bardzo głośna produkcja, a ja po jakimś czasie zostałem kierownikiem działu. Słyszycie państwo jaki mam głos. Nie umiem mówić cicho, tylko bardzo głośno. Tam właśnie nabrałem tego nawyku. Miałem taką tubę i przez nią krzyczałem. Wiecie państwo, co ja sobie kupiłem za pierwsze zarobione pieniądze?

- Pewnie jakiego szampana – wykrzyknęła Kaśka.

- A gdzie tam szampana, proszę panią. Kupiłem sobie dużą butelkę wody kolońskiej i tą wodą się cały umyłem. Bo ja przez ten czas żyłem jak nędzarz, nie kąpiąc się, nawet nie miałem spodniej bielizny. A przecież przez całe życie wychowany byłem w luksusie. Bo ja jestem z arystokratycznej rodziny, co prawda moje rysy są skażone pochodzeniem matki, ale mój ojciec to był prawdziwy, piękny arystokrata.

Pan inżynier był faktycznie niezbyt urodziwy, chociaż wysoki i tęgi, na twarzy był czerwony i nie miał zbyt obfitych włosów.

- Wiecie państwo, moje życie było tak ciekawe, że mógłbym napisać piękną książkę o nim.

- To czemu pan nie napisze?- spytała Kaśka.

- Bo, wie pani, ja mam ogromnie nieczytelny charakter pisma i kto by to potrafił odcyfrować, ale może ty - tu zwrócił się do Zosi – napisałabyś tę książkę o mnie, co?

Zosia zaczerwieniła się ogromnie i nic nie powiedziała, bo była bardzo nieśmiałą.

- No, drodzy państwo, muszę już iść, bo kawał drogi do mojego skromnego mieszkania, a na polu ciemno. No i późno się zrobiło.
 
- Proszę przyjść, panie inżynierze jutro- powiedział Józek – może nam pan znów co opowie.

- Przyjdę, przyjdę, nudzę się ogromnie i chętnie sobie powspominam moje młode lata.


Zamieszczono 12 kwietnia 2026 r.

WIELBICIEL HITLERA


Nieduży krępy kierowca vana w dziwny sposób przypominał karykaturę Hitlera, tyle że bez wąsów i grzywki. W dodatku podśpiewywał sobie „Deuschland, Deuschland uber alles” fałszując niemiłosiernie. Jedna z pasażerek uśmiechnęła się i nawiązała do podśpiewywania:

- Wie pan, panie Fredku, ja miałam dwa lata i nie pamiętam, ale mój wujek mi mówił jacy Niemcy byli dla mnie dobrzy w czasie wojny. Tak mnie lubili, bo ja byłam śliczną blondyneczką z długimi loczkami. Zawsze mnie głaskali po buzi. A jeden wziął mnie na ręce i dał mi papierosa do kurzenia, no i ja całego wypaliłam. Uwierzy pan?

- A czemu nie, na pewno był ekstra dobry papieros, bo Niemcy to wszystko mają dobre.

- A żeby pan wiedział, ja byłam w Niemczech kilka razy, zanim tu do Ameryki przyjechałam i wiem jacy to kulturalni i mili ludzie.

- Pewnie, tyle wieków kultury, ile oni mają sławnych  ludzi.

- No, wie pan, panie Fredku, ja byłam we Włoszech i w ogóle mi się ten naród nie podoba. Tak tam brudno i oni tacy leniwi i krzykliwi jak nasi Cyganie.

- Tak, to takie tałatajstwo brudne. Dobrze Niemcy robili, że tępili to jak robactwo – powiedział pan Fredek – i tak zostało tego na świecie dużo.

- Niech pan tylko spojrzy ile tu czarnych łazi. To sami bandyci i zboczeńcy. A Żydzi to cały Amerykański biznes trzymają w łapach. I nas Polaków gnębią jak mogą, co oni teraz nie wydziwiają, wszystko chcą Polakom zabrać co po nich w Polsce zostało.

- Widzi pani jaki to naród, nagrabili, nakradli przez lata i dziś się im należy. No i czy nie dobrze Niemcy zrobili, że ich przetrzepali ?

- Dobrze, dobrze, tylko szkoda, że nie wszystkich, nie było by dziś kłopotu.

Z tyłu siedziała jeszcze jedna pasażerka tego wehikułu. Nie zabierała głosu, chociaż ta głupia gadanina działała jej na nerwy.
Znalazła się tu w tej sytuacji i z własnej woli, a jednak trudno jej było znieść atmosferę w vanie. Kierowca, pan Fredek, jeździł już od lat z tymi głupimi babami, co nie umiały sobie radzić w życiu, tylko się trzymały takiej podłej roboty „ na domkach”. On by tego za żadne pieniądze nie robił. On był pan we własnym wozie i po chamsku dawał do zrozumienia pasażerkom ( a czasem i pasażerom ) kto tu rządzi. Jego odzywki były tak grubiańskie, jakby miał do czynienia nie z ludźmi, a z bydłem. Zresztą on równał ich z bydłem i bez najmniejszego szacunku wyrażał swoje zdanie. Kobieta z tyłu już nie jeden raz musiała korzystać z tego pojazdu i z tej agencji pracy, w której pan Fredziu pracował. Po prostu kupione prace trwały kilka dni, albo nawet w drodze okazywało się że już są nieaktualne.

Ale cóż zrobić, ta czy inna agencja, działały na jednakowych zasadach. Wyciągnąć od Polek czy innych nacji dolary za pracę, a później to już nie ich sprawa. Kazimiera, bo tak miała na imię kobieta z tyłu, właśnie była w takiej sytuacji, że przepracowała cztery dni i pacjentka poszła do domu starców. Zapłacono jej za 2 dni, gdyż pierwszy i ostatni dzień był niepłatny, czyli nie było 24 godzin, więc za co mieli płacić. A robota była koszmarna, chora była sparaliżowana i wszystko-  łącznie z wysadzaniem – co pół godziny na przenośną toaletę ciężkiej bezwładnej osoby. Kazimiera czuła ból w kręgosłupie i wszystko inne też ją bolało. W nocy dzwonki wyrywały ją co chwilę, a to podać pić, a to poprawić, a to wysadzić na sedes. Czuła się upokorzona i bezsilna, gdyż kiedy upomniała się o należność dostała arogancką odpowiedź, że za co chce pieniądze, przecież nie było pełnych godzin pracy. Tylko czy za godziny jej płacono, przecież nie, tylko za każdy dzień, który miała stracony i nie zapłacony. Ileż by to wyszło na godzinę, jeżeli przeliczyć tę dniówkę po 5$ – około 120 $ na dobę - to za noce, soboty i niedziele jednakowo. Co za wyzysk, ona dostała 60$ za 24 godziny, pielęgniarka bierze o wiele, wiele więcej za siedzenie przez parę godzin przy chorych. Tak, ale to są Amerykanki, a nie biedne Polki. Najgorsze w tym było, że kiedy poprosiła o interwencję kierowcę z agencji, właśnie pana Fredka, ten był oburzony.


- Jak pani śmie się sprzeciwiać Amerykance, jak się pani zachowuje, nie ma pani ambicji, kłóci się pani za parę marnych dolarów! Ja bym jej te parę marnych dolarów do gardła wepchnął, niech zna co to Polak !

- Tak – wtrąciła się wtedy pasażerka, która z tej okazji wysiadła z vana – nie powinna pani tak się zachowywać. Przecież psuje pani dobrą opinię agencji, nie będą chcieli brać od niej ludzi do pracy.

- Ja się o swoje upominam i mam prawo – krzyczała wściekła Kazimiera.

- Jakie pani ma prawo, nie podoba się, to po co pani tu przyjechała. Trzeba było zostać w Polsce. Tutaj trzeba robić co każą i jeszcze dziękować, że jest co robić.

- Tak za darmo albo za pół darmo. Ciekawe czemu pani tak nie robi?

- Mnie też nie zapłacili, dwa dni robiłam za 10 $, bo tyle mi dali. I wie pani co zrobiłam?

- No co takiego?

- Zostawiłam im je i powiedziałam, że im jeszcze dołożę jak tacy biedni.

- No jak pani ma tyle pieniędzy, to może je pani tak rozdawać. Ale ja dopiero przyjechałam za pożyczone pieniądze i ani pracy, ani pieniędzy tu nie mogę dostać.

- To niech pani nie podskakuje – powiedział pan Fredek – tu nie Polska.

Siedzieli już w vanie i jechali. Kazimiera ochłonęła już z gniewu i przestała się odzywać do sąsiadki i kierowcy. Wtedy oni zaczęli tę rozmowę o Niemcach i Żydach. Miała ochotę się wtrącić i powiedzieć jakie głupoty opowiadają ale po co, to byli ludzie o tak niskim morale, że szkoda by było każdego słowa i tak by do nich nie dotarło. Pan Fredziu znudzony zaczął pogwizdywać i podśpiewywać:

„Święty Kazimierzu
 Wszy masz na kołnierzu...”

I tak w kółko, tam i z powrotem. Widać chciał sprowokować Kazimierę, której nazwisko widniało na żółtej kopercie z agencji, do odezwania się.

A ona myślała: „ ty głupku, czym ty się popisujesz, czy wiesz kogo obrażasz, mnie na pewno nie”.

- Niech mi pani wreszcie zapłaci za jazdę – powiedział do niej pan Fredek.

- Jeszcze nie dojechaliśmy, a i to ta sama robota za którą tydzień temu agencji zapłaciłam i panu  za przywóz na te parę dni. A chciałam robotę na dłużej.

- Co mnie to obchodzi, ja za darmo jeździł nie będę.

- A ma pan pozwolenie na te jazdy?

- Jakbym nie miał, to bym was nie woził.

- Ale przecież robi pan dla agencji, a nie na swój rachunek.

- Co pani taka wredna, - wtrąciła się znów pasażerka z przodu- człowiek się naharuje, a pani nie chce dać co się należy?

- Ile razy mam płacić, ja wcale nie chcę się wozić, niech agencja da mi dobrą robotę, a nie tylko ciągnie dolary ze wszystkich stron.

- Jak ja powiem Walterowi co pani tu wyprawia, to się pani nie pozbiera.

- Niby co takiego robię?

- Za dużo się pani rzuca, to nie PRL.

- Tak, ciekawe czego pani tu szuka?- wtrąciła znów pasażerka, kiedyś śliczna dziewczynka, a dziś Herod-baba – dla takich tu nie ma miejsca, tu za wszystko się płaci.

- Wiem to już przecież, właśnie mi dobrze zapłacili za moją harówkę.

- Dawaj pani te dolary, bo wysadzę i pojedzie pani taksówką!

Kazimiera podała mu dolary i już nie miała ochoty na żadne dyskusje. Oparła się o siedzenie i zamknęła oczy. „ Boże Święty, ja całkiem zgłupiałam i dla tych przeklętych dolarów tyle muszę znosić i ścierpieć.” Płakać jej się chciało, więc się schyliła żeby nikt nie widział i płakała. Wielka sąsiadka zauważyła to jednak i odezwała się:

- Widzicie ją jak żałuje tych dolarów, aż płacze. Nie wstydzi się pani być taką chytrą i bez ambicji?

- Właśnie moją ambicję przygnieciono i dlatego płaczę, ale to moja sprawa, chociaż nie tylko mnie się zdarza.

- Niech pani nie mówi o innych, tu nie PRL – wtrącił pan Fredek.

Kazimiera nic się nie odezwała. „Nie ma co się narażać na takie uwagi”- pomyślała.

A oni gadali wprost jakby byli nienormalni. Pan Fredek raczył wtrącić coś do gadania Herod-baby, a ona próbowała jakoś zagadać tę nudną jazdę. To podśpiewywała coś, to wspominała o rocznicy ślubu, ale pan Fredek już nie słuchał. Wrócił do słuchania swego pięknego głosu i bez przerwy podśpiewywał:

„Święty Kazimierzu
Wszy masz na kołnierzu
Upapraj się w błocie
Będzie po kłopocie....”

Zamieszczono 22 kwietnia 2026 r.
BRAT WILKA

„Jak to się ludziom udaje niektórym”- myślał Tomasz Stasik idąc ścieżką koło płotu sąsiadki Kubicowej.Ta Kubicowa np. wygrała niezłą sumkę w Totolotka i teraz głowę podnosi. Wydaje jej się, że jest Bóg wie kim, a jest tylko wdową po pięćdziesiątce, w dodatku niedawno ciężko chorowała. Ale chodzi koło domu jakby nic jej nie było i stale coś grzebie w tych grządkach z kwiatkami i warzywami.
 

O, patrzcie ludzie, co ona wyrabia. Plewi chwasty koło siatki i wyrzuca je za płot, akurat tu gdzie on chodzi. „chyba mnie szlak na nią trafi”- myślał Stasik wściekły- „ bo ona myśli, że jej wszystko wolno, bo ma pieniądze.” A Kubicowa rzeczywiście rzucała za siatkę chwasty, bo chciała przygłuszyć nimi, aby tak nie rosły właśnie chwasty koło płotu. Te kilkanaście centymetrów, które zasypywała należały jeszcze do niej, a ścieżka była dziką i zaużywaną ścieżką i należała już do PGR- u.

Stasik aż przystanął oburzony.


- Dokąd to pani będzie tu śmiecić, w ogóle przejść nie można.


- Przecież rzucam blisko siatki i nie powinno to panu przeszkadzać.     


- Wszystko by pani chciała zagarnąć pod siebie. Nic tu pani nie ma do szukania.


- Co też pan mówi, panie Stasik, to jest jeszcze moje i mogę tam rzucać te chwasty.


Stasik wściekły, miał ochotę przygadać tej starej, chociaż sam też nie był już taki młody.


- Wie pani co jest pani, a dwa metry w dół na cmentarzu.


- Co pan chce ode mnie, nawet to nie jest pana ta ścieżka, a tak pan się szarpie.


- Zaużywaliśmy ją dawno, to jest nasza.


- No to i moja też, bo ja jej używam od dziecka, przecież się tu urodziłam.


- No to co, wszystko brać by pani chciała, mało pani tego bogactwa i tak patrzy pani na księżą oborę


- A cóż to wam szkodzi, że żyję jeszcze. Czy coś złego wam zrobiłam?


Kubicowej zrobiło się tak przykro, że zaczęła płakać. Jej syn siedział na tarasie i widział co się dzieje. Podszedł do siatki i wtrącił się do kłótni.


- Czy pan już zapomniał jak mnie prosił, żeby pomóc synowi skończyć tę zawodówkę, bo miał przecież osiem dwój i nigdy by jej nie skończył. I co, dzisiaj się tak pan do mojej mamy odnosi.


- A dlaczego rzuca tu te chwasty i nie ma jak przejść?


Kubicowa odeszła od siatki, nie mogła znieść takiego traktowania. Stasik krzyczał głośno, aż się pienił. Nie słyszała co tam gadali z synem. „Co za ludzie”- myślała, nigdy nie miała z nimi kłopotu, a teraz jak te pieniądze wygrała i to wcale nie takie duże pieniądze, to nie tylko Stasik, ale prawie wszyscy sąsiedzi mieli jej coś za złe. Przy każdej okazji okazywali wrogość i w tym byli solidarni. „ No tak – myślała – jak człowiekowi bieda dokucza, to się cieszą i rzadko kto pomoże. No, ale taki jest ten świat, cóż poradzić.” Jednak ta konkluzja niewiele polepszyła samopoczucie Kubicowej. Cokolwiek robiła, wywoływało złość sąsiadów. Oni też chcieli mieć to co ona, a nie mieli. Bieda im nie raz dokuczała i wiązali ją z osobą Kubicowej. Przecież wygrała to mogła się z nimi podzielić. A ona nic nikomu nie dała, nawet piwa nie postawiła. A Tomasz Stasik tak lubił piwo, gdyby tak jemu i kumplom postawiła od czasu do czasu piwo, to by jej darował i te chwasty i nawet tę wygraną. A ona nie tylko że nie postawiła, to jeszcze im dogadywała że pijaki i nieroby. Przecież to co zarobił ledwie na życie wystarczyło. Stasik poszedł pod niedaleki kiosk z piwem i żalił się do kumpli.
 

- Widzicie ją, ta stara sknera chce tu rządzić. Ona myśli, że tylko ona jest tu jakaś ważna. Powiedzcie chłopy, jakbyście wygrali w Lotto to nie postawilibyście piwa sąsiadom?

- Pewnie, Tomek, każdy by postawił.


- No właśnie, a ona nie. Sama chce to zeżreć ze swoją rodzinką.


- Wiecie co chłopy – powiedział pijany Józek Toporek – ja to bym wszystko przepił z całą wsią, mówię wam pod Bogiem!


- I my też, to jakby lekko przyszło to i może lekko iść, no nie?


- Pewnie, pewnie, wiecie co chłopy, my musimy dać jej nauczkę. Niech ta baba nie zadziera teraz, przecież nie tak dawno sama była biedna i latała na zarobek gdzie się dało.


- No, ale co jej zrobić?- pytał Stasik – ja jej już zatłukłem psa, który też ciągle na mnie szczekał jak głupi. A i ze złości na nią go złapałem. I tak się cieszyłem, jak wszędzie chodziła i pytała czy go kto nie widział. A głupia stara płakała, jakby jej nie wiadomo kto umarł.


- Tak, widzicie, o psie myśli, a o ludziach to nie. Nikomu piwa nie postawi.


- Co tam pies, trzeba co lepszego wymyślić.


- A co takiego, nie wiecie? – Stasik cały czerwony patrzył po kolei na pijanych kumpli.


- Można by ją spalić – powiedział Olek Serbik, który był trochę głupawy.


- Coś ty Olek, do paki byś poszedł za to.


- A kto będzie wiedział, pójdę w nocy i podpalę.


- Nie wiem czy byś dobrze zrobił, ona ma ubezpieczenie i wrócą jej co straci.


- I tam wrócą, może się spalą wszyscy.


- Chłopie – powiedział Staszek Klimek – lepiej jej solidnie przylać.


- Gdzie jej przylejesz, w domu? – spytał Olek.


- E tam w domu, przecież gdzieś chodzi no nie?


- No przecież, że chodzi – powiedział Tomek Stasik – do tej Zośki Grzywny chodzi i tam obie całą wieś obgadują, a wraca nieraz w nocy.


- No widzicie – powiedział triumfalnie Staszek Klimek – wszystko się da zrobić jak ruszyć pałą.


Tomkowi Stasikowi aż ulżyło, poczuł się prawie szczęśliwy. Jakie fajne kumple te chłopy, trzeba im postawić jakieś piwo.


- Chłopy, jak Kubicy przylejecie to piwo murowane.


- Ja naleję, jak mówiłem tak zrobię – powiedział Staszek Klimek.


- Dobra, umowa stoi. Nawet 10 piw postawię, jak jej dobrze przylejesz.


Mała Ania od Szypułowej jeździła rowerkiem koło grupy pijaków. Nie zwracali na nią uwagi. Przystanęła niedaleko i słuchała o czym oni tak głośno gadają. Ania nie raz dostała cukierka czy loda od Kubicowej i lubiła ją. Kiedy usłyszała, że coś przeciw niej gadają, zaczęła słuchać uważnie.


„O jejku, co oni chcą zrobić z panią Kubicową, przecież to okropne!” – pomyślała Ania.


Tomek Stasik uszczęśliwiony, kupił sobie nowe piwo i popijał powoli.
 

- Postawił byś Tomek na konto to piwo dziś – domagał się Staszek Klimek.

- A pewnie, piwo wypijesz, a potem co, nic.


- Coś ty, Tomek, jak Boga kocham, że jej przyleję i to tak, że popamięta ruski miesiąc.


- Dobra, dobra, wolę poczekać.


W trakcie rozmowy, co chwilę padało jedno ciężkie, brzydkie słowo i Ania nie chciała już dłużej słuchać. Pojechała do domu i powiedziała matce o czym gadali przy kiosku pijacy.


- Aniu, dziecko, tyś nie powinna tam jeździć, ale właściwie to dobrze, żeś to usłyszała. Trzeba pani Kubicowej powiedzieć, żeby uważała.


- Tak, mamusiu, wiesz przecież że ona dla mnie taka dobra.


- Oczywiście, i dla mnie też jest miła. Ja tam nie mam nic przeciwko niej. Inni są źli, bo ma pieniądze, ale co to ma do rzeczy. Ludzie z zazdrości tyle zła mogą zrobić. Wiesz co Aniu, jedź do pani Kubicowej i powiedz, że ją proszę na chwilę do  mnie na kawę, dobrze.


- Dobrze mamusiu, już jadę.


I Ania szybko pojechała do domu pani Kubicowej.


Zapukała do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Weszła więc do przedpokoju i ciekawie się po nim rozglądała. Duże lustro odbijało jej małą postać i Ania zaskoczona swym odbiciem z trudem siebie poznała.


W tym momencie otworzyły się drzwi pokoju skąd pani Kubicowa w roboczym ubraniu wychodziła na dwór.


- A to ty Aniu, czy coś chciałaś dziecko?


- Tak, proszę pani, mamusia panią prosi do nas na chwilę na kawę.


- A to miła niespodzianka, tylko, że ja pracuję teraz w ogrodzie i nie bardzo mogę przyjść, chyba że wieczorem.


- O nie, proszę pani, nie wieczorem!


- A dlaczego nie wieczorem, dziecko?


- Właśnie mamusia o tym chciała z panią porozmawiać.


Kubicowa popatrzyła na Anię i uśmiechnęła się do niej.


- O, to widać jakaś ważna sprawa, co?


- Tak, proszę pani, bardzo ważna.


- To wobec tego powiedz mamusi, że za jakieś 10 minut będę u was, dobrze Aniu?


- Tak, proszę pani, a może mi pani dać trochę kwiatków, to zaniosę mamusi?


- Oczywiście, moje dziecko. Chodźmy do ogródka to mi pokażesz które chcesz, Aniu.


W ogródku aż się mieniło od kwiatów. Ania tak lubiła kwiaty, a w domu nie było czasu na sadzenie i pielęgnowanie ich. Mamusia była bardzo zajęta, bo mieli jeszcze małego braciszka i całe gospodarstwo. Pokazała na kilka pięknych róż i patrzyła jak pani Kubicowa ucina je ostrym nożem.


- Już wystarczy, proszę pani. Ale śliczne, nikt tu takich nie ma, ani takiego ogródka jak pani.


- Tak ci się podoba mój ogródek?


- Tak, wszystkim się podoba, ale już jadę powiedzieć, że pani przyjdzie.


- Dobrze, dziecko, do zobaczenia u was.


Kubicowa przebrała się w czystą suknię i popatrzyła do kredensu. Co mogła by im zanieść z tego co tu jest, myślała.

„Najlepiej to wezmę kawałek tego keksa, który wczoraj upiekłam. I te dwie czekoladki- tylko że Jaś jest jeszcze na nie za mały”, myślała.

Kiedy weszła do Szypułowej, ta właśnie karmiła dużego niemowlaka z butelki.


- Dzień dobry, Szypułowa, a co tam dobrego u was?


- Dzień dobry, jak zwykle jakoś leci. Roboty dużo, ani nie mam czasu posprzątać za bardzo.


- Przecież jest czysto, co pani narzeka.


- A gdzie tam czysto, ja to lubię czysto i ładnie, ale nie mam teraz czasu. Ania takie śliczne róże przyniosła, dziękuje pani za nie.


- A nie ma za co. Bardzo lubię kwiaty i chciałabym aby wszyscy takie ogródki mieli z kwiatami.


- Może jak dzieci odchowam to się i za ogródek zabiorę. Na razie i w polu i przy dzieciach to za ciężko. A chłop w robocie i jak przyjdzie, to też musi w polu co zrobić.


- Pewnie, pewnie, każdy tak sobie układa życie jakie ma możliwości.


- Siadajcie pani Kubicowa przy stole, ja zaraz skończę karmić Jasia to zrobię kawę i sobie porozmawiamy.


- O, dziękuję bardzo, ale po co ta fatyga - Kubicowa usiadła przy stole i patrzyła jak Jasio szybko wypija mleko z butelki.


- Ale ten Jasio urósł, wygląda jakby miał z rok.


- Rośnie, dzięki Bogu, a ma dopiero 10 miesięcy.


- Tak, tak, dzieci rosną a my się starzejemy.


- Pani Kubicowa, chciałam panią ostrzec przed pani wrogami i dlatego prosiłam, aby pani tu przyszła.


- Co też pani mówi, a o co chodzi?


- Ania jeździła przy kiosku z piwem i słyszała jak kilku pijaków się zmawiało, że panią zbiją.


- Mnie? Matko Boska, a cóżem ja im zrobiła?


- Nie wie pani jacy ludzie są. Zawsze im czyjś dobrobyt w oczy kole.


- No, ale co to ma z biciem wspólnego?


- Kto ich tam wie, ja tylko powtarzam co Ania usłyszała. Mówili, a ten Stasik ich namawiał, że trzeba pani przyłożyć. Więc niech pani uważa i nie chodzi nigdzie wieczorami. Ania mi tu powiedziała, że ten Staszek Klimek obiecał Tomaszowi Stasikowi pobić panią za 10 butelek piwa.


- Chryste Panie, to już koniec świata z tymi ludźmi. Przecież nikomu nic złego nie zrobiłam. A nawet gdyby, to niech powiedzą, a nie zaraz bić. Dziękuję pani bardzo, tyle że aż się roztrzęsłam ze strachu.


- Nie chcę pani straszyć, tylko ostrzec. Bo przecież strzeżonego Pan Bóg strzeże.


- Tak, na pewno, jestem pani wdzięczna, bo wiem, że większość tych sąsiadów jakoś źle na mnie patrzy od czasu tej wygranej.


- Widzi pani, ludzie już tacy są, serce ich boli od cudzego dobrobytu, mnie tam nie, ja wiem, że jak będę pracować i modlić się to i chleba mi nie braknie. A więcej nie muszę mieć i nikomu nie zazdroszczę niczego.


- Tak, tak, pani Szypułowa, to jest prawda. Dziś to wolałabym nawet nie wygrać tego, niż tyle nienawiści wzbudzać.


- A co się pani przejmuje. Tyle że lepiej uważać i nie chodzić wieczorami.


- No pewnie, że nie będę, ale ja muszę coś zrobić, bo inaczej to co innego uknują przeciw mnie.


- Tylko niech pani nie mówi nikomu, że panią ostrzegłam. Wie pani jacy ludzie są, jeszcze by się na mnie mścili.


- A gdzie tam, pani Szypułowa, nic nie powiem. Dziękuje pani z całego serca za życzliwość. Odwdzięczę się pani jakoś.


- Ależ nie trzeba, żeby się pani tylko co nie stało przez tych pijusów.


- Jak wiem co zamierzają, to będę uważać. Wie pani co, ja już pójdę. Dokończę w ogrodzie plewienie, a pani też ma co robić.


- To prawda, Jasia trzeba przewinąć i będzie spał, a ja też muszę iść do obory.


- No to do widzenia i niech Bóg pani błogosławi za to serce ludzkie.


- Do widzenia, do widzenia, dziękuję za keksa i czekoladki.


- Nie ma za co, do widzenia.


Kubicowa wyszła powoli z domu Szypułowej.

„Chyba pójdę pod ten kiosk i zobaczę kto tam stoi i pije.” I poszła. Stasika między pijakami nie było. Kiedy była blisko, Olek Klimek zawołał:

- Hej Kubicowa, jeszczeście nie oblali tej wygranej. My tu nie możemy się doczekać kiedy nam zafundujecie wreszcie jakieś piwko!


- Ja tam nie piję, to co mam niby oblewać.


- No widzicie chłopy, sama nie pije i innym żałuje.


- Nie żałuję, ale nie lubię ludzi do złego namawiać.


- Sama nie wiecie Kubicowa co gadacie. Piwko to najlepsza rzecz na świecie.


- Może dla was, ale nie dla waszych dzieci i żon.


- Co się czepiacie porządnych ludzi. Kto nie pije to jest gówno wart, tak jak wy.


- No to co chcecie ode mnie, pijcie sobie ile chcecie.


- Ale my nie mamy tyle co wy, to za co będziemy pić?


- Zagrajcie w totka i pijcie ile chcecie.


- Nie każdy ma szczęście, tylko głupi, a my widać nie głupi.


- Jednemu radość, cieszcie się, że tacy jesteście mądrzy, a mnie zostawcie w spokoju.


- Zostawimy, zostawimy, ale postawcie tu dla nas po parę piw. Co to dla was jest Kubicowa, nic, całkiem nic.


- Jakbym wszystkim dawała co chcą i stawiała ile chcą, to za parę minut wszystko by się skończyło.


- I tam głupoty gadacie, po piwku dla nas tylko i kropka, koniec, nikomu nie musicie nic dawać.


- No dobrze, postawię wam pierwszy i ostatni raz, ale dacie mi już święty spokój, dobrze?


- Dobrze, dobrze, ale fajna z was kobita. Wcale nie taka jak mówią.


Kubicowa zapłaciła za 20 piw i kazała je dać pijakom pod kioskiem. Z radości poklepywali ją po ramieniu i wrzeszczeli jak opętani. Szybko odeszła niezadowolona z siebie. Cóż jednak zrobić z takimi, może dadzą jej spokój.

Blisko domu natknęła się na Stasika. Szedł bardzo zadowolony i pogwizdywał sobie wesoło. Przeszedł z rękami w kieszeniach patrząc na Kubicową bezczelnym wzrokiem.

„ No, teraz ty starucho dostaniesz za swoje”- myślał sobie i szedł dalej do kiosku z piwem. Kubicowa poczuła złość i chęć odpłacenia mu tym samym co on dla niej planował. Bo, że to on planował to pobicie, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Ale wkrótce te złe myśli zniknęły z jej głowy. Kiedy weszła na swoje podwórko, widok ogródka z kwiatkami i warzywami ukoił jej złe samopoczucie.


„Przecież nic nie poradzę na te ludzkie zawiści. Może jakoś wygasną, może kto inny ich bardziej zainteresuje.”


Przebrała się w roboczą odzież i znowu poszła porządkować swój ogródek.

Zamieszczono 27 kwietnia 2026 r.
NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ

"Jak ja się cieszę, Boże, czy to możliwe. Matura już za mną - myślała Anka radośnie- pójdę wpierw do parku, tam na ławce, w kąciku posiedzę chwilę, bo uwierzyć trudno, że się tak dobrze udało zdać”.

Anka była nieśmiałą dziewczyną i taki egzamin był dla niej wielką próbą. Musiała przełamać brak wiary w siebie, aby przed komisją umieć znaleźć właściwą odpowiedź.

Poświęciła tyle czasu na przygotowanie, ale bała się momentu załamania. Wtedy wszystko było na nic.

A tak jej zależało, żeby zdać i to dobrze zdać. W domu nikt w jej możliwości nie wierzył. Była taka niepewna siebie, zawsze uciekająca od ludzi. Ludzie też niewiele uwagi na nią zwracali. Urodę miała przeciętną, raczej była taką szarą myszką. Ubierała się też skromnie i włosy wiązała w ogon. W ogóle nie zwracano na nią uwagi.

A dziś był jej wielki dzień.

Najważniejszy ze wszystkich jakie dotąd przeżyła. Przecież zdała, a nikt w to wcześniej nie wierzył. W dodatku za dobrą odpowiedź została nawet wyróżniona i to ona-Anka. Posiedzi sobie jeszcze, co się śpieszyć. Takiej drugiej chwili nie będzie prędko.

Ale ktoś szedł wąską ścieżką wśród drzew i krzewów. Kiedy się zbliżył, okazało się , że to Wojtek, który był taki dobry z matematyki. Na nią nawet nigdy nie popatrzył. A teraz szedł sam, niezbyt wesoły.

- O, cześć Anka, widzę że celebrujesz jak zwykle sama swoją wygraną.

- Cześć Wojtek, – odpowiedziała Anka śmielej niż zwykle – tak się cieszę tą chwilą i lubię tu siedzieć. A co z tobą, czy już zdałeś wszystko?

- Zdałem, wiesz, ale nie poszło mi za dobrze z polskiego. Nie wiem czemu coś mi się poplątało z tymi utworami. Nigdy mnie zbytnio nie interesowało czytanie. To są dla mnie głupoty. Wiesz, - przysiadł się do niej – że matematyka to jest to. Pójdę właśnie na matematykę. Coś wspaniałego, tam wszystko jest ścisłe i dokładne. Wynik zawsze ten sam, to jest fascynujące, a nie język polski.

- No wiesz, Wojtek, myślę że język polski to jest pierwsza rzecz, którą należy znać, aby uczyć się czegokolwiek. Czyż nie tak?

- No może, ale mnie wystarczy tyle ile już umiem. O widzę, żeś włosy rozpuściła. Ładnie ci tak, wiesz.

- Naprawdę podoba ci się. Dziś czuję się kimś innym i też zmieniłam fryzurę.

- No wiesz, Aniu tyle lat chodziliśmy do jednej klasy, a dopiero jakbym cię dziś zauważył. Cóż to takiego zaszło, nie wiesz?

- To mnie pytasz? Może dziś już dorosłam i jestem inna nieco niż zwykle. Ale jestem przecież ciągle ta sama Anka – czy nie?

- Wiesz Aniu, mam ochotę iść gdzieś, może na lody pójdziemy do kawiarni?

Anię ogarnęła dawna nieśmiałość na myśl, że znajdzie się między ludźmi i to jeszcze z Wojtkiem. Przecież on się wszystkim dziewczynom tak podobał. Jednak muszę iść z nim, co będzie to będzie.

- Dobrze,- powiedziała- ale nie mam na lody.

- Coś ty Aniu, ja funduję. W taki dzień można się postawić – zażartował.

Poszli powoli, a Wojtek z boku patrzył na Ani szczęśliwą, jakąś inną twarz. Widział jej oczy, duże, szare, w których było coś interesującego.

Doszli do kawiarni i Ania skierowała się do stolika na uboczu, aby nie rzucać się w oczy wszystkim. Lody były wspaniałe, czekoladowo-śmietankowe, takie jakie lubiła. Wojtek też wziął takie, chociaż właściwie to nie przepadał za lodami.

- Słuchaj, Anka, gdzie ty się wybierasz na studia, co?

- Chciałabym iść na biologię, bo to mnie bardzo interesuje, ale wiesz jak trudno się dostać.

- No tak, świadectwo jest ważne. Ale jak to lubisz, to na pewno zdasz świetnie, nie myślisz?

- Teraz to już wierzę, że mogę zdać i spróbuję. A ty idziesz na tę matematykę, prawda?

- No tak, ale chciałbym się dostać na Uniwersytet. Chcę skończyć dobrą uczelnię i być kimś. Może co odkryję w matematyce, jeżeli to jeszcze możliwe. Co myślisz Anka?

- Nie wiem, dla mnie matematyka to ciężka harówka i niestety tylko nieciekawe liczby.

- No wiesz, powinienem się obrazić, że tak moją miłość traktujesz.

- Tak, to jest twoja miłość, a co z Elą, czy ona to nie twoja miłość?

Anka sama się zdziwiła, że jej się to wyrwało i czerwona spuściła oczy. Wojtek spojrzał na nią i trochę się zmieszał.

No tak, Ela. Ela to co innego. W ogóle dziewczyny to co innego.

Właśnie weszła grupa rozgadanych koleżanek i kolegów z maturalnych klas. Była też w śród nich i Ela, dziewczyna Wojtka.

Popatrzyła zdziwiona w kierunku ich stolika. Anka jeszcze raz stwierdziła, że Ela była piękną, pewną siebie dziewczyną. Uczyła się też świetnie. „Cóż, niektórym los daje wszystko”- pomyślała.

Wojtek wstał, przeprosił Ankę, podszedł do grupy i zaprosił Elę do stolika. Podeszli razem, a Ania wolała wszystko niż tu być, była zmieszana i z powrotem nieśmiała.

- Cześć, Anka, jak ty się tu znalazłaś i to z moim Wojtkiem?

W tym momencie Wojtek się wtrącił:

- Wiesz, Ania i ja akurat spotkaliśmy się po egzaminie i postanowiliśmy uczcić ten radosny moment.

- O, no to pięknie, jakoś zapomniałeś o mnie, ja też chciałabym go uczcić z tobą.

- No to nic nie stoi na przeszkodzie, siadajmy tu wszyscy razem – powiedział Wojtek.

Ania za nic nie chciała tu siedzieć razem i wstała szybko.

- Wiecie, ale ja muszę iść do domu i powiedzieć jak mi poszło, a już jest późno.

- No to cześć.

I wyszła śpiesznie, z jakimś smutkiem w sercu, który omroczył ten najpiękniejszy w życiu dzień.

Zamieszczono 3 maja 2026 r.

CIEŃ PRZESZŁOŚCI
Chałupa stała przy drodze na góreczce. Była długa, bo dobudowywano ją jeszcze, żeby i krowy miały się gdzie zmieścić. Stara była, że nikt nie pamiętał kiedy i kto ją postawił. Dziś, już tyle lat po wojnie mieszkały w niej dwie rodziny. Były spokrewnione, ale nie tak blisko. Chałupa była kryta strzechą i na zimę ocieplana liśćmi od mrozu. Okienka małe, a w środku klepisko zamiast podłogi. No, nie całkiem, w jednej izbie u Badulowej była podłoga, a tylko w kuchni malutkiej ubita ziemia.
 
Badulowa była bogata w dzieci. Miała ich siedmioro, troje umarło wnet po urodzeniu. Przecież nie była taka silna, jeść nie było co. Chłop Badulowej pracował w fabryce i teraz było nie najgorzej. Na dzieci mieli zasiłek i już głodu nie odczuwali. A Badulowa dzieci chowała po bożemu. W domu wisiały święte obrazy i dzieci wszystkie modliły się razem klęcząc na gołej ziemi.
Mieli też kawałek pola, kozę, kury i kaczki co spały obok w stajence.

Najstarszy chłopak był zdolny i chodził do liceum. Tak się dobrze uczył, że za pieniądze innym pomagał. Badulowa wszystkim się chwaliła jaki to jej Adaś zdolny. Nawet córce doktora pomagał w matematyce i na pewno jej się podoba, bo taki wysoki i ładny.

Młodsza Natalka nie była taka zdolna, ale za to bardzo ładna. Takie miała piękne włosy, że podziw brał. Długie do kolan warkocze i grube jak rzadko. Nikt takich nie miał.
Była też zgrabna i oczy miała wielkie, z rzęsami czarnymi, długimi. A brwi ciemne, równiutkie. Jak się uśmiechała to widać było ząbki białe, nieduże. No, takiej panny nie było daleko jak Natalka.

Adam pomagał Natalce, aby i ona skończyła liceum.
Oboje dostawali stypendium, bo władza która nastała po wojnie była dla takich biedaków łaskawa. Dzięki tej pomocy mogli jakoś żyć. Już Babulowa nie musiała chodzić na „pańskie” w pole do roboty, bo panu zabrali wszystko, i fabrykę i pola. Za to ludzie pracowali teraz w PGR i w fabryce. Nie mieli już takiej biedy.
Choć z głodu nie przymierali, ale ledwie koniec z końcem Babulowa wiązała. Mąż zaczął chorować ciężko i choć był spokojny, nigdy nie pił ani co, to się zawiązała choroba najgorsza, bo rak. Płuca mu zajęło i w niedługim czasie umarł.
Została Babulowa z tymi dziećmi, a najmłodszy miał trzy lata. Dostała po mężu rentę  na dzieci i jakoś żyli. Ciasno było okropnie, Adaś i Natalka nie mieli gdzie się uczyć. Spali po czworo na łóżku, ale byli przyzwyczajeni do niewygód.

Adaś zdał pięknie maturę i bez trudu jako świetny uczeń i biedak dostał się na studia górnicze w Katowicach. Dali mu akademik i stypendium i już mógł sobie jakoś poradzić. Na studiach też za pieniądze uczył innych i miał na jakie takie ubranie.

A Natalka po zdaniu matury poszła do pracy do biura.

Babulowa chodziła dumna, że choć takie biedne, to wychodzą lepiej jak inni, bogatsi. A ludzie jak ludzie, zawsze są zazdrośni jak komuś się dobrze wiedzie. Ale znowu nie tak za dobrze było Babulowej. Reszta dzieci też chodziła do szkoły, trzeba było je ubrać i kupić co potrzeba. Chodziła Babulowa do ludzi robić w polu, dzieci już nie rodziła to miała więcej siły.

Natalce też w biurze jakoś szło. Była sekretarką pana dyrektora. Dyrektor był człowiekiem z inicjatywą i w tej fabryce zaprowadzał różne nowe porządki. Chciał, żeby się wyróżniała i żeby go we władzy wysoko cenili. Zorganizował też zespół pieśni i tańca. Należeli do niego młodsi i starsi. Jeździli na konkursy, festiwale i na różne występy. Więcej jeździli i ćwiczyli niż pracowali, ale wyniki były wspaniałe. Tyle nagród co zebrali, to żaden inny podobny zespół nie mógł się tym pochwalić. Natalka też była w tym zespole. I to była za pierwszą gwiazdę. Nagrody sypały się jak z rękawa.
Dyrektor był niezmiernie dumny z tych osiągnięć. Miał temperament i pociąg do kobiet wielki. Nie było ładnej dziewczyny, której by nie miał. Miał władzę i od niego zależała praca i wszelka inna pomoc. Nikt mu się nie sprzeciwiał.
 
Natalka wpadła mu w oko od razu. Chociaż był żonaty i miał dzieci, to przygody z innymi kobietami wypełniały jego wolny czas. Nawet w czasie pracy tak sobie organizował wszystko, aby dogodnie korzystać z usług swoich pracownic.
 
Dla Natalki wychowanej pobożnie, ale też chcącej uciec od tej biedy, taka sytuacja stwarzała trudności ale i szansę. Bała się sprzeciwić, bo bez pracy co pocznie. Bała się też ludzkiej opinii, słyszała przecież co ludzie o tych dziewczynach dyrektora mówią. A żadnej się nie upiekło. Wiedzieli o wszystkich. Myślała Natalka dniami i nocami jak tu postąpić, aby nie stracić więcej niż zyska. Dyrektor był niecierpliwy i pytał kiedy wreszcie przyjdzie do niego.

- Natalka, słuchaj, ja dłużej nie czekam. Dziś dostaniesz delegację do Ustrzyk i tam w hotelu będziesz na mnie czekała.

- Panie Dyrektorze, przecież ludzie się domyślą po co tam jadę.

- Słuchaj Natalka, mnie nie zależy czy się ludzie domyślą, ja chcę cię tam widzieć. Nie martw się, ja ci wynagrodzę dobrze. Wiem jak mieszkacie i te bloki co budujemy są już skończone. Dla was jest duże mieszkanie przeznaczone. No co, czyś zadowolona?

Natalka aż podskoczyła z radości.

- Naprawdę, panie dyrektorze?

- No, możesz mi mówić nieoficjalnie po imieniu, wiesz jak mi na imę.

- Tak, panie Arturze, ale ...

-  Nie ma żadnego ale. Pojedziesz autobusem, masz w Ustrzykach załatwić służbową sprawę.

- Dobrze, panie dyrektorze.

- No, znowu dyrektorze.

- Dobrze, panie Arturze.

I tak się zaczął romans Natalki. Dyrektor był o wiele bardziej zaangażowany w romans, niż z innymi dziewczynami.

Natalka wkrótce przeprowadziła się z rodziną do pięknego, trzypokojowego mieszkania służbowego w blokach. Mama Babulowa pękała z dumy, na dawne sąsiadki patrzyła z góry. Tłumaczyła im, że dostali mieszkanie, bo mąż w fabryce pracował i tyle dzieci to im się należy.

A Natalka ciągle jeździła na delegacje. Teraz to już nawet dyrektor woził ją swoim służbowym wozem wszędzie gdzie tylko wyjeżdżał. Była jego sekretarką i była mu oczywiście potrzebna.

Ale Natalka była młoda i niedoświadczona. Pokochała pana dyrektora. Już bez żadnych oporów sama dążyła do spotkań.
Łudziła się, że dyrektor weźmie z żoną rozwód i ożeni się z nią. Marzyła o tym po nocach – tak, będzie panią dyrektorową. Boże święty, a to dopiero ludzie jej pozazdroszczą. A teraz suchej nitki na niej nie zostawili. Więcej jeszcze dodawali jak było.

Ale niestety, wszystkie nadzieje na ślub zawiodły. Kiedy okazało się, że jest w ciąży, dyrektor nawet słyszeć nie chciał o tym.

- Wiesz, Natalka, ja nie jestem pewny czy ty jesteś w ciąży ze mną. Przecież jeździsz z zespołem i czy ja wiem co wyczyniasz.

Natalka zaczęła płakać rozpaczliwie.

- Ależ co ty mówisz, Arturze...

- Jaki Arturze, co za Arturze! Ja dla ciebie jestem panem dyrektorem, rozumiesz.

- Jak to, przecież sam pan mówił...

- Co mówiłem, to nie ważne dziś. Słuchaj Natalka, sprawę załatwimy po cichu. Zapłacę za usunięcie ciąży. Nikt się nic nie dowie, a dla twojej rodziny przydzielę dużą zapomogę. No i co, zadowolona jesteś? W dodatku z naszej puli przeznaczę  dla was przydział na pralkę i meble.

Natalka była zrozpaczona wszystkie jej plany wzięły w łeb. Ale jak się sprzeciwi, to co zrobi sama.

Płakała rozpaczliwie i jeszcze próbowała przekonać dyrektora, aby jej nie porzucał. Było dla niej zrozumiałe, że się chce jej pozbyć.

- Słuchaj Natalka, tylko nie rób skandalu, bo źle na tym wyjdziesz. Teraz idziesz na urlop i załatwimy ten kłopot, później zostaniesz przeniesiona do innej pracy.

Natalka z trudem zrozumiała co się dzieje. Dyrektor wyszedł bez jednego słowa więcej.

No co robić, co robić....
Natalka tak wierzyła, że ta miłość jest na zawsze, że da jej szansę w życiu. A teraz co. Klęska całkowita.

„Chyba sobie życie odbiorę” – myślała. Ale nie mogła się zdobyć na ten krok.

Jednak wszystko poszło tak, jak chciał pan dyrektor. Natalka po cichu usunęła ciążę, ale czuła się źle i żeby nie iść do szpitala, leżała w przyfabrycznej przychodni. Był tam pokój dla chorych leżących. Oczywiście tylko jej się zdawało, że nikt nic nie wie co się stało. Ludzie skądś wszystko wywąchali. Może pielęgniarka co powiedziała, a może to leżenie niby na nerki takie wzbudziło podejrzenie.

Do Babulowej też te nowiny dotarły. Jak mogła tak przed ludźmi broniła Natalki, ale sama nie wiedziała co myśleć. Widziała przecież, że z Natalką coś jest nie tak. Ale uszczęśliwiona z nowej sytuacji i zajęta w nowym mieszkaniu nie miała wiele czasu dla Natalki.

Dyrektor, aby uciszyć plotki, które tym razem dotarły aż do władz, znalazł dla Natalki kandydata na męża. Był to obcy chłopak, który się nie orientował co się dzieje i został przyjęty do pracy i zespołu.
Natalka była jego partnerką w tańcu i od razu mu się bardzo spodobała. Wiedziała Natalka, że musi zrobić wszystko, aby się z nią teraz Wiesiek, bo tak mu było na imię, ożenił.
A on był w siódmym niebie. Patrzył na nią jak w obraz i gotów był się żenić natychmiast.
Dyrektor obiecał im właśnie mieszkanie przydzielić, jak się pobiorą wnet. Nie czekali więc, tylko jak najszybciej wzięli ślub.

Wiesiek nie miał wiele, też pochodził z biednej rodziny. To mieszkanie w takich biednych czasach było jak cud dla niego. Natalka zdała mu się aniołem i szczęściem największym.
Wprowadzili się do pustego mieszkania i zaczęli wspólne życie. Teraz dopiero ludzie Wieśkowi donosili, co Natalka z dyrektorem wyczyniała.
Zapytał więc Natalki, czy to prawda co ludzie mówią o niej i dyrektorze.

- Coś ty, Wiesiek, nie wiesz jacy ludzie są zazdrośni. Ciągle coś wymyślają. To nie jest prawda, przecież dyrektor ani na mnie nie spojrzy, a ty od razu wierzysz ludziom.

- Nie wierzę, wiesz  jak cię  bardzo kocham. Ale chciałem się upewnić.

Natalka ciągle jednak żyła wspomnieniami miłości, nie mogła się pogodzić z tym odrzuceniem. Poszła by znowu na wszystko, ale on już kogoś innego sobie upatrzył.
Była to też dziewczyna z zespołu, nie taka ładna jak Natalka, ale harda i nie chciała się dyrektorowi poddać. Może to właśnie najwięcej go podnieciło i tym bardziej chciał ją mieć. Zagroził, że ją zwolni i zostanie na bruku, bo się postara o to , aby nigdzie jej do pracy nie przyjęli.

Zośka była rezolutna i nie taka nieśmiała jak Natalka, a obietnice mieszkania jej nie skusiły. Poszła osobiście do władz, czyli do Partii i opowiedziała co pan dyrektor w fabryce wyrabia. Władze dotąd przymykały oczy na wyczyny dyrektora, gdyż miał bardzo dobre wyniki w produkcji, ale Zośka zagroziła, że wszędzie pójdzie na skargę jak dyrektor nie poniesie konsekwencji. To zadziałało, bo władza mimo, że nie liczyła się z ludźmi, jednak nie mogła oficjalnie popierać takiego niemoralnego postępowania.

A sprawa była aż nadto nagłośniona, nie tylko przez Zośkę.
I Zośce się udało, naprawdę udało wysadzić dyrektora z siodła. Został przeniesiony na drugi koniec Polski do małego zakładu.

Natalka jednak nie przestała nigdy o nim myśleć. Pozostawił w jej duszy ślad niezatarty, a Wiesiek pod wpływem plotek coraz częściej wątpił w jej niewinność.
Starała się być dobrą żoną i matką. Mieli pięknego syna, ale ludzie mówili, że to syn dyrektora..
Czuł się Wiesiek źle wśród  tych ironicznych spojrzeń, dalej kochał Natalkę, ale zazdrość zżerała mu duszę i nie raz miał ochotę po prostu jej porządnie przylać. Coraz częściej kłócili się o byle co.Wiesiek poszukał sobie ucieczkę od rozmyślań w alkoholu.

Zaczął pić coraz więcej, wreszcie przestał kontrolować swoje picie i czy chciał, czy też nie , musiał pić. Bez piwa czuł, że jest bliski szaleństwa. Przychodził do domu pijany i robił ordynarne awantury.
Nie liczył się z niczym. Urodziła się jeszcze córka, a on nawet nie myślał, czy mają co jeść. Przepijał wszystkie zarobione pieniądze, a w domu zjawiał się brudny i wściekły.

Życie Natalki stało się prawdziwym koszmarem, dzieci patrzyły przerażone, jak ojciec rozbija naczynia i wyzywa matkę od najgorszych. Życie stało się z czasem nie do zniesienia. A ludzie przy każdej okazji wspominali jej przeszłość. Cień tej przeszłości padał na każdy nadchodzący dzień i gasił promyk radości i nadziei na inne życie.

Zamieszczono 9 maja 2026 r.
MIŁE DZIECKO

- Hanusiu, popatrz się, znowu mi zginęło 10 zł , pewnie Marek zabrał. Co ja z nim ciągle mam, to szkoda mówić. Nic mu żadne lanie nie pomaga.

- Tak mamusiu, on zawsze musi psocić. Taki już jest, chociaż najstarszy, ale ma tak lekko w głowie.

- Dobrze moje dziecko, że mam ciebie na pociechę. Wiesz, Haniu jak się cieszę, żeś takie dobre dziecko. I uczysz się tak dobrze w tym liceum, a z Markiem ciągle kłopoty. Tej szkoły też nie może skończyć, chodzi i chodzi do tej zawodówki, a już powinien pracować i pomóc w tej naszej biedzie. Ojciec co się da to wynosi z domu na wódkę, a teraz ostatnie pieniądze mi zginęły. Nawet na chleb brakło.

- Mamusiu, to ugotuj tych ziemniaków jeszcze na kolację i zjemy z mlekiem.

- Widzisz, Rysiek tak lubi chleb z marmoladą i nie mam mu co dać. Ale gdzie Rysiek z tym Markiem się podziewają, nie wiesz Haniu?

- Oni byli nad rzeką z kolegami i pewnie jeszcze się chlapią, choć już ciemno się robi, może tak siedzą i gadają.

- Idźże dziecko po nich i popatrz czy tam nie palą papierosów czy co.

Hania poszła do lasu nad rzeką, gdzie zwykle chłopcy się kąpali. Oczywiście siedzieli nad rzeką i palili ognisko. Było ich kilku, Rysiek i Marek też. Rysiek był najmłodszy i chodził jeszcze do podstawowej szkoły.

Był tam też Radek, tak, Radek.
 
Doszła do nich powoli i stanęła blisko ogniska. Rysiek i Marek popatrzyli niechętnie w jej kierunku.

- Po coś przyszła, Hanka – spytał Marek.

- Właśnie po was przyszłam, mamusia kazała wam przyjść do domu.

- Przecież sami trafimy, a jest jeszcze wcześnie.

Radek wstał i powiedział:

- Cześć, chłopaki, muszę już wracać, bo pewnie też w domu z kolacją mama czeka na mnie.

I odszedł szybko, nie patrząc na Hanię.

Zrobiło jej się przykro, tak to dziś wygląda. A co było między nimi, to nie ma znaczenia dla niego. Ona wtedy była bardzo młoda, miała dopiero trzynaście lat, a on szesnaście. Stale przychodził do Marka niby. Zawsze szukał okazji by ją wyściskać.

Zawrócił jej w głowie, była naiwna. W ogóle nic nie wiedziała na temat seksu. Mama nawet nie wspomniała słowem nic na ten temat. Natomiast niestworzone rzeczy opowiadała jej starsza kuzynka. Miało to być coś wspaniałego.

Była strasznie ciekawa, a i natura też budziła w niej zainteresowanie chłopcami i seksem.
A w Radku  aż kipiało od ciekawości doznania zbliżenia z dziewczyną. Szukał okazji do poznania tej strony życia. Hanka była naiwna i najłatwiej z nią nawiązał kontakt. Byli oboje ciekawi doświadczyć czegoś nieznanego, a co było zakazane i owiane taką tajemnicą.

Oboje sądzili, że przeżyją coś wspaniałego. Nie musiał jej długo namawiać na zbliżenie. Właśnie nie było w domu Hani nikogo, kiedy Radek przyszedł niby to do Marka. Okazja była doskonała, poszli do stodoły, aby czasem nikt ich, jak wróci nie zobaczył.

Radek prędko zabierał się do rzeczy. Nawet jej nie pocałował, a ona to co za chwilę poczuła, zapamiętała na całe życie. Był to ból i żadna przyjemność. Chciała się wyrwać i uciec, ale Radek szybko skończył sprawę i leżał obok. Sam nie wiedział czy to było coś tak wspaniałego, jednakże jakąś przyjemność odczuł, a ona płakała zakrywszy oczy rękami.

- Dlaczego płaczesz, Hanka?

- Bo to było okropne, nie tak jak myślałam.

- To co ci jestem winien, sama chciałaś, to już wiesz. Muszę iść do domu, bo jeszcze nas tu ktoś zobaczy.

I właściwie uciekł. Już nigdy nie szukał więcej spotkania z nią sam na sam, a nawet w ogóle jej unikał. A ona zapłaciła drogo za to doświadczenie.

„Już nigdy nie chcę znać żadnych chłopców”- myślała.

Ocknęła się i powiedziała:

- To jak chcecie, ja wracam do domu.

Odeszła z powrotem do domu.

Marek zbierze znów lanie od mamy za te 10 zł. Przecież się nie przyzna, że je zabrała. Wszystkie koleżanki w liceum mają nylonowe pończochy, a ona w takich grubych chodzi. Kupi sobie też i po drodze do szkoły zmieni, aby mama nie widziała, a Marek i tak jest łobuz i mu nie zaszkodzi lanie.

„Ale muszę iść do spowiedzi i przyznać się, bo jak tu iść do komunii w niedzielę”. Chodziła do kościoła na wszystkie „majówki” i „pierwsze piątki”. Mama była bardzo zadowolona, że jest taka pobożna.

Chłopcy musieli pomagać we wszystkim w domu. Ona nawet nigdy nie sprzątała. Chociaż bieda była wielka u nich, mama stawała na głowie, aby Hania miała co potrzeba. Zdrowie miała słabe i nie mogła pracować. A Hania chętnie korzystała z tych przywilejów. Uczyła się dobrze, więc dla mamy była wielką pociechą.

Mąż i chłopaki sprawiali ciągle kłopoty i zmartwienia.

Hania bardzo cierpiała z powodu pijaństwa ojca. A pił on nieumiarkowanie. Awantur nie robił w domu, ale i tak życie ich było trudne. Wszyscy w około wiedzieli co jest, chociaż mama ani dzieci nigdy nie uskarżali się do nikogo, a raczej przeciwnie, starali się ukryć wszystko.
Ludzie nie szanowali ich za tą biedę przede wszystkim, a i za picie ojca też. Matka na wszelkie sposoby chroniła ich od głodu i nędzy. Pracowała bardzo ciężko. Gdzie mogła i jak mogła. To pozwalało im jakoś przeżyć każdy dzień.

Hania postanowiła, że musi za wszelką cenę inaczej urządzić sobie życie, nie tak jak mama.
Dochodziła już do domu, kiedy zobaczyła pijanego ojca. Toczył się od jednego brzegu  drogi do drugiego. W pewnej chwili stracił grunt pod nogami i wpadł do rowu z wodą. Leżał tam i wcale się nie poruszał.

„Co tu robić, wołać mamę na pomoc czy nie?” Coś ją trzymało w miejscu. Powoli cofała się i weszła w kukurydzę rosnącą przy domu.

Przysiadła tam i myślała „Boże Święty, co tu robić, co robić?”

Myśl, że jak się utopi, to wreszcie będą mieli spokój, tkwiła w jej głowie. Nie mogła się z tego otrząsnąć, nie mogła się ruszyć z miejsca.

Usłyszała głosy chłopaków, nadchodzili od strony lasu:

- Patrzcie, tu ktoś leży w rowie.

Podeszli bliżej i zobaczyli ojca, kompletnie pijanego. Wyciągnęli go szybko z rowu, był cały mokry. Leciał im przez ręce. Był tak pijany, że nie czuł niczego, wreszcie szarpany zwymiotował. Zanieśli go do domu.

Hania widziała wszystko.

„Boże Święty, co się ze mną stało. Dobrze, że się nie utopił. Przecież chyba nie mogłabym znieść tego przez całe życie, że mu nie pomogłam. Ale dalej wszystko będzie po staremu, będziemy cierpieć nie wiadomo dokąd. Boże, nie wiem jak żyć tak dalej, ciągle tak samo. No, trudno, widać tak już musi być na tym świecie”.

Zamieszczono 16 maja 2026 r.
PRZYSŁUGA

Jasiu, czy załatwiłaś sobie ten samochód w pracy. Już tak dużo czasu minęło od śmierci wujka, trzeba wreszcie przywieźć te meble, co po nim zostały.

- Wiesz, mamusiu, przecież nie mogę tak dla siebie tylko brać samochodu. Jak będzie trzeba coś zawieźć do Katowic, to z powrotem mogą mi zabrać te rzeczy. No i ja też żeby tam być, muszę sobie załatwić delegację na ten dzień. Ale nie martw się, przecież nie ucieknie to wszystko.

- Nie wiem czy nie ucieknie, bo Zbyszek chce sobie mieszkanie odnowić, a meble mu przeszkadzają.

- No dobrze, powiem jutro Bakowiczowi, że sprawa jest pilna, to się postara coś zorganizować.

Tak”- myśli Janka, Bakowicz jest jej przyjacielem, chociaż niby tylko współpracują razem. Chyba nawet nikt się nie domyśla, że łączyło ich coś więcej niż praca. Tylko mąż, po urodzeniu Krysi osiemnaście lat temu, miał jakieś wątpliwości co do swego ojcostwa. Udało się jej wmówić mu, że widać zapomniał, że współżyli w tym czasie i Krysia jest na pewno jego córką. Jemu się nie podobało, że Krysia zupełnie do nikogo nie była podobna, a rudymi włosami przypominała właśnie Bakowicza.

Dużo ją kosztowało, aby męża przekonać, że w jej rodzinie też się rudzi zdarzali. Prawda była jednak inna, to Bakowicz był ojcem Krysi. A dziś, myśli Janka, jest tylko przyjaźń między nią a Bakowiczem.

Jednak jego stanowisko w pracy dużo znaczy, a jego pomoc wiele jej dała w życiu przez te długie lata.

Teraz też, jeżeli go o coś poprosi, to zawsze załatwi. Mama tak nalega, a jej się nie chce jechać po te stare meble aż do Katowic.

- Jasiu, wiesz nie myśl że te meble nie są wiele warte. One dla mnie znaczą bardzo dużo. Przypominają mi moje dzieciństwo i młodość. Teraz cieszę się, że będziemy je mieć tutaj, w tym domu.

- No, późno już mamo, muszę iść do siebie, dobranoc.

- Dobranoc, dziecko, a pomódl się tam za duszę wujka Staszka.

- Nigdy nie zapominam, mamo.

Następnego dnia poszła do pokoju Bakowicza.

- Jak się masz, Michał?

- W porządku, Jasiu. Co u ciebie nowego?

- Cóż by było nowego, przecież się widzimy codziennie, to wiesz. W pracy było trochę kłopotów z tym Gucą, wiesz on ciągle chce podwyżek i wszędzie interweniuje. U was też był, prawda?

- A był i to nie raz. Ale wiesz Jasiu my trzymamy z wami, a im głupim robolom wydaje się, że mają w nas oparcie. Przecież my i dyrekcja to jedno. Siedzimy na jednym stołku. Ale wiesz, tak dla pozoru to ja mu powiem, że mu pomożemy. A wy tam też mu coś podnieście, bo on za dużo rozrabia. Jak myślisz, da się to zrobić, Jasiu?

- Pewnie, że się da, ale czy nie jedziecie do Katowic z towarem w najbliższym czasie?

- A co, ciągle ci mama tymi meblami głowę zawraca?

- No tak, wiesz jak starsi ludzie, strasznie chce mieć w domu te meble po zmarłym bracie. To są właściwie rodzinne stare meble.

- Dobrze, zaraz zadzwonię do Mundka. – wziął słuchawkę i wykręcił jakiś numer. – Halo, Mundek, cześć Mundek. Mam sprawę do was, nie jedziecie czasem, w najbliższych dniach do Katowic?

- Nie, nie mamy tam na razie zamówienia.

- Ale się da skombinować, co Mundek?

- No wiesz, ja nie mogę wiele skombinować, muszę mieć dyspozycję.

- Słuchaj, a jutro macie jaki wolny samochód?

- Da się zrobić. A po co pojedziemy?

- To już ja coś wymyślę i też tam pojadę w delegacji. No to przygotuj jakiś samochód na jutro i dzięki. Na razie cześć.

- No widzisz Jasiu, zrobione. Dla ciebie wszystko, jak zwykle. Ciesz się, jest samochód na jutro. A ty też załatw delegacje dla siebie, pojedziemy razem w sprawach służbowych.

- No to świetnie, coś skombinuję. Dzięki za pomoc, zawsze mogę jak widzę na ciebie liczyć.

- A możesz, możesz. Pojedziemy razem, to wiesz, sama przyjemność dla mnie Jasiu.

- Ee, tam dawne czasy, trzeba zapomnieć.

- Nie zapominam, wiesz to przecież, zawsze jesteś mi bliska. A jak tam Krysia, teraz maturę zdaje, prawda?

- Tak, zdaje jeszcze jeden egzamin ma i to dziś go zdaje.

- Chyba nie ma problemów.

- Wiesz przecież, że się świetnie uczy, o nią się nie martw.

Ale przydała by się pomoc, twoja pomoc. Chodzi o studia.

- O ile to tylko możliwe, to pomogę. Mamy tam na uczelni swoich ludzi, myślę, że da się coś zrobić. A gdzie się Krysia właściwie wybiera?

- Ona chce iść na polonistykę.

- To nie będzie trudno, bo na pedagogiczne dużo łatwiej jest się dostać.

- No to do widzenia, Michał, do jutra i dziękuję.

- To nawet mnie nie pocałujesz?

Zbliżyła się do niego, ale ktoś zapukał, więc odskoczyła i wyszła. Dzieci były w domu, kiedy wróciła. Wiedziała, że Krysi poszło dzisiaj świetnie, bo była u niej w pracy pochwalić się. Miała czym się chwalić. Krysia była ładną dziewczyną, jej rude włosy były teraz dużo ciemniejsze. Na twarzy miała trochę piegów, a buzia była miła i delikatna. Wszyscy ją lubili i w szkole i w domu. Krysia kochała mamę i ze wszystkiego jej się zwierzała. Natomiast z Grześkiem, starszym synem, miała trochę kłopotów. Matury nie zdał i miał ją poprawić na drugi rok. Rok minął i on nie poszedł na egzamin. „Pracował na razie, ale o studiach to już nie ma co marzyć”- myślała Janka.

- Mamusiu, zdałam tak dobrze, że nie ma się co martwić o studia. Na pewno się dostanę.

- No, myślę, że się dostaniesz. A ja jutro nareszcie jadę do tych Katowic, niby w delegacji, ale przywiozę te meble po wujku Staszku. Akurat jest okazja załatwić to bez dodatkowych kosztów, pojadę samochodem z pracy.

- A nie miałabyś okazji rozglądnąć się, czy nie ma dla mnie butów, bo wiesz jak tu trudno kupić- wtrącił się mąż.

- Dobrze, może uda się co znaleźć. Chciałbyś czarne, płytkie, prawda?

- Tak i nie zapomnij, nr 42, trochę szersze.

- Przecież niejeden raz ci buty kupowałam, to pamiętam.

Do Katowic wyjechali zaraz rano, Michał czekał na nią w samochodzie z kierowcą. Był to duży samochód i miejsca było w kabinie dla trzech osób. Dzień był pochmurny i deszczowy. Jechali dwie godziny, całą drogę żartowali i śmiali się. Kierowca był obyty światem i sypał żartami, tak, że czas zleciał im szybko.

W Katowicach załatwili swoje służbowe sprawy, podbili delegację i już po południu podjechali pod dom zmarłego wujka. Dom ten stał na obrzeżach Katowic, był bardzo zniszczony. Nie dbał o niego wujek, bo i tak połowę domu zajmowali przymusowi lokatorzy.

Właściwie to prawie nic nie płacili za mieszkanie, a syn wziął teraz to mieszkanie i chciał wyremontować dla córki. Wiedział, że Janka dziś przyjedzie i czekał na nią w mieszkaniu. Wynieśli do samochodu stolik, szafkę, stare lustro i etażerkę.

Było to wszystko stare i zniszczone. Janka wstydziła się Michała, że takie starocie nic nie warte przewozi taki kawał drogi.

- Wiesz, Michał, mama to tak ceni, a widzisz jakie to rupiecie.

- Nie ma się co dziwić, starzy zawsze do swoich rzeczy są przywiązani, myślą, że są warte majątek.

- Skończone ładowanie, możemy jechać.

- Do widzenia, Zbyszek!

- Do widzenia, pozdrów od nas mamę.

- Dobrze, dziękuję.

Wyjechali na mokrą jezdnię, spod kół tryskała woda.

- Patrzcie, jak leje. Tak się ta pogoda pogorszyła jeszcze po południu.

Rozmawiali już nie tak wesoło. Czuli się trochę zmęczeni i senni. Janka oparła głowę o siedzenie i drzemała.

Michał coś mówił do kierowcy, gdy ten nagle panicznie zaczął naciskać na hamulec. Zjeżdżali z górki, a samochód jakoś bardzo szybko zaczął jechać. Nie reagował na hamulce. Na zakręcie z wielką szybkością wpadli na stojące blisko drzewo. Wbił się na nie z całą siłą. Michał oniemiały obserwował co się dzieje, chociaż działo się to błyskawicznie i nagle wszystko się skończyło. Jankę obudził pęd samochodu, zaczęła krzyczeć, a wstrząs odrzucił ją do tyłu. Uderzyła głową w jakąś wystającą część samochodu. Była przytomna i widziała co się dzieje w około.

- On nie żyje- mówił lekarz- i kierowca też. Ją trzeba helikopterem odwieźć do szpitala, czaszka uszkodzona. Potrzebna operacja.

- Ja mam krew grupy A Rh minus - powiedziała przytomnie Janka. Nie czuła bólu, tylko całkowitą bezsilność.

Lekarze popatrzyli po sobie. Może z nią nie jest tak źle, może mózg nie jest uszkodzony. Szybko znalazła się w szpitalu, tam lekarze badali ją, ale sprawa była skomplikowana. Mózg i kręgosłup był uszkodzony, nie było nadziei na przeżycie. Nie mówiła już, ale słyszała rozmowy i wierzyła, że nic jej się nie stało.

Czas stawał się rozciągliwy jak guma, zdawało jej się, że życie całe trwa w bezruchu i niemocy.

Krysia była w pokoju, wołała rozpaczliwie:

- Mamusiu nie umieraj, mamusiu, ja cię tak kocham, zostań z nami....

Chciała odpowiedzieć, że wcale nie umiera, jest tylko taka śpiąca i nie może się obudzić. Nawet oczu nie może otworzyć.

Próbowała za wszelką cenę rozewrzeć powieki, zobaczyć Krysię, powiedzieć jak ją kocha, ale tylko zadrgały jej powieki. Krysia krzyczała jeszcze okropniej:

- Mamusiu, mamusiu, odezwij się.

Powieki jej zadrgały jeszcze raz i ciemność ogarnęła wszystko. Leciała w nią powoli, aż lodowaty chłód ścisną jej serce.

Ciało drgnęło i zesztywniało.

Krysia krzyczała przeraźliwie i straciła przytomność. Cucono ją, ale krzyczała, że nie chce żyć, chce iść z mamusią.

- Mamusiu, nie zostawiaj mnie tu samej, nie zostawiaj.

Jednak została, tylko już nie taka jak była.

Szok uszkodził jej psychikę i żyła już tak z dnia na dzień, pogrążona w rozpaczy, nie zdolna do podjęcia życia na własną rękę.

Zamieszczono 23 maja 2026 r.

Tak, to prawda, Janku, wszystko prawda, jednak prawda nigdy nie jest absolutna. Gdzieś tam powstaje przekłamanie, może nieuświadomione. Twoja sytuacja tylko dla ciebie jest w ten sposób odbierana. Inni to widzą po swojemu. Nie sądzę, abyś zdołał przekonać kogokolwiek, żeby myślał tak jak ty.

- Przecież Grześku, wiem o tym, ale cóż mam robić. Nie chcę utracić wszystkiego. Małżeństwo moje wydawało się trwałe, a jest jak jest. Powiem ci, że byłem przekonany o mojej stałej miłości do Krystyny. Nasze dzieci, Bartuś i Ania są tak ważne dla mnie, a mimo to nie potrafię oderwać się od Gosi. To jest silniejsze ode mnie. Po prostu reszta oddaliła się z mojego życia. Żaden logiczny argument do mnie nie przemawia. Jestem gotów zostawić wszystko, aby być tylko z Gosią. I zrobię to, bo inaczej życie nie ma dla mnie żadnego sensu. Czy to nie usprawiedliwia mojego postępowania, powiedz mi Grzesiek. Jesteś przecież moim przyjacielem od dawna.

- Tak, wiem o tym, ale nie czyń mnie twoim sumieniem. To nie ja będę ponosił skutki, tylko ty i twoja rodzina. Wiesz, że Krysia, twoja żona, też jest dla mnie bliska i żal mi jej i waszych dzieci. Jednakże nie poradzę ci nic. Cokolwiek powiem, ty i tak zrobisz swoje, Janku.

- Wiesz co jest najgorsze, Grzesiek, to to że ja nie mam nic do zarzucenia Krystynie, a nawet chyba ta jej uległość i zgoda na wszystko co ja chcę, spowodowały, że straciła dla mnie całe znaczenie. Gośka jest jej przeciwieństwem i chociaż jest zaborcza i żądna uwielbienia, strasznie mnie pociąga. Jestem gotów iść za nią do piekła- uwierzysz?

- No pewnie, że wierzę, ale nie myślisz, że na całą resztę życia to jest nie do wytrzymania.

- O! Nie dla mnie, ja wiem, że to jest to co mi da szczęście, bo teraz jestem z nią szczęśliwy. Czuję się taki dowartościowany.

- Czym jesteś dowartościowany, możesz to jakoś określić?

- Nie, nie mogę, ja to tylko czuję. Tak mocno czuję, że nawet kiedy myślę o Gosi, to mi się tak wydaje, że cały świat pokonam.

- No, zapewne, ale na razie jeszcze nawet rozwodu nie masz. Krystyna ci go nie da, bo dla niej jesteś wszystkim. Jej się wydaje, że ona i dzieci przekonają cię do porzucenia Gośki.

- Na pewno nie, do żony nie wrócę, a dzieci przecież mnie nie utracą. Zawsze będę ich ojcem, alimenty dostaną i będziemy się często spotykać.

- Wiesz, Janek, życie nie jest proste, jak się przekonujesz. Czy Gośka zgadza się żyć z tobą dłużej bez ślubu?

- Na razie nie mamy innego wyjścia. Ale zrobimy wszystko, aby się pobrać. Przecież Gosia jest już w ciąży i to jest wielki argument do rozwodu z Krystyną.

- Rzeczywiście, to jest argument i widzę, że poszedłeś na całość.

- Nie ja poszedłem na całość, to Gosia zdecydowała się na dziecko, a ja to tylko przyjąłem do wiadomości. Myślę jednak, że dobrze się stało, bo czas ucieka i my też musimy nasz związek umocnić, a dziecko nam dopomoże, abym uzyskał rozwód.

- To po cóż ty do mnie przychodzisz i mi tu opowiadasz takie historie. Chyba jest już za późno na wahanie. A gdzie mieszkacie teraz z Gośką?

- U niej mieszkamy, ma przecież kawalerkę po ciotce, teraz już tylko dla siebie, więc ten problem mamy rozwiązany.

- A jakie duże to mieszkanie?

- Niezbyt duże, ale po rozwodzie dostanę chyba za moje mieszkanie jakieś pieniądze od Krystyny i wtedy kupimy większe.

- No, to jest tylko nadzieja. Skądże Krystyna ci weźmie pieniądze na spłacenie twojej części waszego mieszkania?

- A niech bierze skąd chce, może jej rodzice pomogą, oni zawsze mieli do mnie jakieś pretensje, to chyba powinni się cieszyć, że odszedłem.

- Tak mówisz, a przecież to już i dla twoich dzieci będzie gorzej.

- Nie będzie gorzej, Krystyna tak je kocha, że dla nich zrobi wszystko. Boję się że mi nie da rozwodu przez to nigdy. Ona będzie walczyć. Strasznie mnie to denerwuje, wydaje mi się ,że jej nienawidzę. Tak mi utrudnia drogę do szczęścia.

- Co ty opowiadasz, czy nie chcesz wejść w jej położenie i zrozumieć, że ty właśnie jesteś jej życiem i ona walczy o wszystko co najważniejsze dla niej.

- Ona walczy, rzeczywiście, nigdy się po niej nie spodziewałem, że mi się sprzeciwi. No, jeżeli mnie tak kocha to przecież powinna mi umożliwić zaznanie takiego szczęścia jakiego pragnę z Gosią.

- Też rozumowanie, czy całkiem straciłeś rozsądek?

- Może straciłem, jestem tylko wielkim ogniem, tylko dla Gosi płonę.

- Uważaj, człowieku. Czy myślisz, że tak zawsze będziesz płonął.

- Dziś jestem i jutro będę ogniem. Nie wątpię w to ani przez moment. Zrobię wszystko dla Gosi.

- Jeżeli jesteś tak nastawiony, to dlaczego nie zostawisz chociaż mieszkania dla Krystyny.

- Nie zostawię swojego, nie mogę Gosi narażać na trudy, ona tego nie będzie cierpieć. Chcę jej dać siebie i coś więcej jeszcze.

- A co Gosia myśli o tym, czego od ciebie oczekuje?

- Nie pytam jej wprost, ale myślę, że to ją bardzo upewnia o moich uczuciach.

- Widzę, Janku, że faktycznie daleko zaszedłeś i chyba nie ma odwroty z tej drogi.

- Tak, wiem, że zaszedłem już tak daleko, ale końca nie widać.

- O jakim końcu mówisz?

- Oczywiście, chcę być wreszcie wolny i będę wolny na pewno.

- Jak tak bardzo chcesz, to będziesz.

- Na razie jestem cały pochłonięty moją miłością do Gosi. Nigdy nie przeżyłem czegoś tak mocnego.

- I po to chciałeś się ze mną spotkać, by mi to powiedzieć? Czemu to akurat mnie chcesz się zwierzać?

- Bo ty jesteś przecież kumplem z tamtych lat i znasz mnie dobrze. Czy muszę ci o tym mówić, powinieneś mnie rozumieć.

- Wiesz, staram się, ale nie sądzę, abyś potrzebował mojej akceptacji dla twej miłości.

- Wiesz Grzesiek, jednak potrzebuję. Ty jesteś mężczyzną i przyjacielem, więc cóż myślisz o tym wszystkim?

- Co myślę, to myślę, a ty swoje zrobisz, czyż nie?...

- No tak, ale......

Zamieszczono 30 maja 2026 r.


PRZEGRANY

Zenon stracił już nadzieję, że uda mu się zdobyć cokolwiek, aby przetrwać to swoje ukrywanie.

Wojna skończyła się już ponad rok temu, a on ostatni z grupy partyzantów błąkał się po okolicy. Teraz siedział ukryty w parowie, blisko leśnej drogi i czekał. Nikt tu prawie nie chodził, tylko czasem baby na targ z jajkami. Nie mógł im odebrać tego co miały, chociaż głód skręcał mu kiszki. Mogły rozgłosić, że ktoś w lesie napada.

Po południu jednak zobaczył kogoś na rowerze, jak wjeżdżał na leśną drogę. Zenek się szybko nieco podniósł, zobaczył młodego chłopaka, który wjeżdżał pod górkę.

Szybko się zdecydował i wyskoczył z parowu. Wyciągnął rewolwer i wymierzył w chłopaka. Ten osłupiały ze strachu podniósł ręce do góry.

- Zdejmuj marynarkę i oddawaj- powiedział Zenek.

Chłopak blady i drżący zdjął marynarkę i oddał mu.

- Zostaw rower i uciekaj, jak chcesz żyć, to nikomu nie mów o tym. Jak powiesz, to zginiesz ty i twoja rodzina, rozumiesz?

- Rozumiem- odpowiedział. Dłużej nie czekał, tylko puścił się biegiem drogą przez las.

Zenek wyciągnął portfel z marynarki. Było w nim trochę pieniędzy, fotografie i jakieś listy. Wziął pieniądze, a resztę wyrzucił.

No, teraz w tej marynarce będę do ludzi podobny – ucieszył się- Mam pieniądze, a na rowerze mogę szybciej wyjechać stąd. Może uda mi się do granicy, albo odnaleźć swoich i uciec.”

Wyjął mapę wojskową i dokładnie ją przeglądnął, szukając drogi w miarę bezpiecznej. „No cóż, pojadę leśnymi ścieżkami, na drogach mogą mnie schwytać.”

Ruszył wydeptaną przez lata ścieżką wśród zarośli i drzew.

Żeby tak dotrzeć do Mundka- myślał- on ma kontakty i mógłby mi pomóc uciec za granicę.”

Tu, w kraju grunt palił mu się pod nogami i na pewno go skażą na śmierć, tak jak kolegów, którzy się ujawnili.

Jechał szybko, zmierzch już zapadał. Dojechał do wiejskiej drogi. Biegła ona przez wieś i gdzie nie gdzie w oknach błyszczały nikłe światła. Głód dokuczał mu okropnie. „Może gdzieś zapytam o kawałek chleba”- pomyślał. Wybrał lepiej wyglądającą chałupę, gdzie spodziewał się, że mają chleb i podjechał bliżej.

Zostawił rower przy płocie i zapukał do drzwi. Nikt nie odpowiedział, ale wszedł, bo było nie zamknięte. Znalazł się w ciemnej sionce, a pod drzwiami w szparze zobaczył światło.

Tam się skierował i otworzył drzwi.

W izbie przy stole jedli kolację: stary chłop, chyba jego syn i dwie kobiety. Od razu jego oczy trafiły na oczy dziewczyny.

Przestraszona wstała od stołu. Zobaczył szczupłą sylwetkę niedużej dziewczyny. Dwa ciemne warkocze i duże, szare oczy z gęstymi ciemnymi rzęsami i brwiami. Jej twarz była ładna i jakaś niezwykła, pośród innych pospolitych twarzy.

Tak go zaskoczył ten widok, że powiedział tylko „dobry wieczór” i nie wiedział co ma mówić. Odpowiedzieli mu wszyscy, a stary chłop odwrócił się w jego stronę.

- A czego to szukacie po nocy, człowieku?

- Idę z daleka i zgłodniałem bardzo. Gdybyście sprzedali trochę chleba, to byłbym wdzięczny.

Chłop popatrzył na niego uważnie, na jego zniszczone spodnie i całkiem dobrą marynarkę, na ciężkie buty i powiedział:

- Siadaj do stołu, my nie bierzemy zapłaty za jedzenie, my chrześcijanie.

Usiadł więc, dziewczyna była teraz blisko, na dotknięcie ręki. Nie śmiała patrzeć na niego. On też nie chciał nadużywać gościny i okazywać zbytnie zainteresowanie ładną dziewczyną.

Stary zwrócił się do niej:

- Cela, przynieś no garnuszek kawy i więcej chleba. Chcesz ? Jak ci tam na imię-zapytał.

- Jestem Staszek- szybko odpowiedział Zenek.

Nie chciał ujawniać nawet prawdziwego imienia na wszelki wypadek.

- No, Staszek, chcesz jajecznicy?

- Pewno, że chcę, konia z kopytami bym zjadł.

- A co, tak długo nie jadłeś czy co?- zapytał stary.

- Ano tak, bo cały dzień szukam roboty. Takich jak ja jest wielu, no i nikt nie chce mnie wziąć i tak zeszło.

Chłop spojrzał na niego i spytał:

- A kosić umiesz?

- Umiem, ale jestem kowalem i wolałbym kowalstwo robić.

- No to zobaczymy, bo tu we wsi kowal przydałby się bardzo. Starego naszego kowala Niemcy z innymi rozstrzelali. Miała to być zemsta za jednego Niemca, co go partyzanci zabili. Teraz jest bieda, bo nie ma kto koni kuć, ani naprawić pługa, czy czego tam potrzeba. Masz ta jakie papiery, ktoś ty taki, bo jak tak ci wierzyć i ufać?

Zenek gwałtownie myślał, co na to odpowiedzieć. Widać ta Cela mu w głowie zawróciła, że tak głupio namotał, jak tu teraz wybrnąć z sytuacji.

Wreszcie powiedział:

- A kto ta dziś nosi jakie papiery ze sobą. Jak się umie co robić to są całe papiery i tyle.

Cela przyniosła kawę i smażyła jajka. Cały czas spoglądała w jego stronę spod pieca. Spodobał jej się, był jakiś inny niż wiejskie chłopaki, których znała.

Mowę miał też taką więcej pańską. Przyniosła jajecznicę i też usiadła przy stole. Jedli już wszyscy razem, a chłopak ciekawie spoglądał na Zenka, tylko nie śmiał go o co zapytać.

- Skąd przyszedłeś? - spytał stary.

- A zza Wisły jestem, a tam teraz ciężko, bo dużo młodych, a starzy nie oddają gospodarki póki żyją. Gniotą się tak wszyscy na kupie, to trzeba uciekać.

Chłop jakoś podejrzliwie spoglądał na niego i coś mu tu nie pasowało.

- Ano, jak chcesz, to przenocuj w stogu, tam za stodołą. Jutro zobaczymy co ludzie powiedzą na nowego kowala.

Zenon skończył jeść i chociaż zjadłby jeszcze więcej, ale nie chciał wzbudzać podejrzeń u gospodarza.

- Bóg wam zapłać za gościnę, dziś ludzie nie są hojni. Wszędzie bieda. Macie tu parę złotych, bo nie chcę was tak objadać za darmo. Pójdę teraz do tego stogu, a jutro zobaczymy co będzie.

Chłop wyszedł z nim i pokazał mu wybrany stóg. Było tam ciepło i zacisznie.

- Staszek, tylko nie pal papierosów, bo nas puścisz z dymem.

- Nie będę palił, nawet nie mam papierosów- powiedział Zenon- Dziękuję wam gospodarzu za nocleg i gościnę. Dobranoc.

- A nie ma za co. Dobranoc.

No co tu robić,- zastanawiał się Zenon- jednak muszę dalej jechać, ale szkoda mi tej dziewczyny. Jest taka, jakiej dawno nie widziałem. Ona mnie tu trzyma i tak trudno odjechać. Jednak muszę, zostanie to za duże ryzyko.”

Nagle zobaczył głowę dziewczyny w otwartym okienku. Zbliżył się do niej i cicho zapytał:

- Nie boisz się, że cię kto ukradnie, Celino?

- A kto by mnie ta ukradł, mało to takich jak ja?

- No, nie wiem, mnie się zdaje, że mało brakuje do tego, żebym cię nie ukradł.

- A po co kraść, jak jest się uczciwym, to się nie kradnie.

- A nie masz ta jakiego narzeczonego, przecież taka ładna dziewczyna to nie jest sama.

- Aha, a co to cię obchodzi. Zresztą, ja tam się za mąż nie śpieszę.

- Pewnie na mnie czekałaś, co, Celino?

- Nie żartuj sobie, ledwie spojrzałeś, a już byś się żenił, tylko ciekawe jak.

- Żenił, nie żenił, ale nigdy nie wiadomo kto komu przeznaczony. A ty Celinko, spodobałaś mi się od pierwszego wejrzenia. Chciałbym tu zostać, ale nie wiem co ty na to.

- E, co tam ja wiem. Wiem tyle, że chłopaki lubią bałamucić, a potem to różnie jest. Taki jak ty, to nie wiadomo kto i jak. Wczoraj tu po wsi pytali, czy kto obcy nie był- tak mi Maryśka, moja koleżanka mówiła. Tata tego nie wie, bo by pewnie bał się ciebie przyjmować.

- Co ty powiadasz, Celinko. Czy to nigdy obcy tu do wsi nie przychodzą, czy co?

- Na wsi, to zaraz wszystko wiedzą, a przez wojnę to dość przeszli, to się boją.

Zenek natychmiast powziął decyzję.

- Wiesz, Cela, pójdę już do tego stogu spać i ty też pewnie musisz. Jutro pogadamy. Śpij dobrze i pomyśl o mnie mile. Dobranoc.

- Dobranoc- odpowiedziała zawiedzionym głosem Celina.

Odszedł i kiedy zamknęła okno, zabrał rower i szybko odjechał.

Muszę koniecznie do lasu dojechać, bo widać na całego nas tropią. Nie mogę już szosą jechać.”

Do lasu nie było daleko i już skręcał w leśną drogę, kiedy w oczy zaświeciły mu latarki. Ktoś krzyknął:

- Stój! Ręce do góry!

Całą siłą rozpędził się na rowerze, chcąc uciec. Za nim padły strzały.

Nagle ostry ból przeszył mu pierś. Rower upadł razem z nim.

Zdążył pomyśleć: „No to po wszystkim...”

Zamieszczono 6 czerwca 2026 r.


TRUDNA DECYZJA

Starego Władka Pacerkę złość roznosiła. Musiał ją na czymś wyładować. Rzucił kamieniem w Burka uwiązanego przy budzie, aż się buda zatrzęsła, ale Burek ocalał. „No, ale ja im pokażę- myślał sobie Władek – Dostaną schedę, niech czekają.” Ta myśl go prześladowała.

Jedną miał córkę, Maryśkę. Syn jak był mały, to się utopił w gliniance i dziś wszystko co miał, myślał kiedyś zapisać Maryśce.

Ale niedoczekanie jej i jej męża, Staszka. To on tyle się naharował, niedosypiał, byle robota nie czekała. I jak mu się dziś odwdzięczają!

Do miasta chcą iść, ale żeby gospodarkę sprzedać, zmarnować i iść w te gołe mury, to mu się w głowie nie mieściło.

Jak chcą, niech idą. Ale on nie sprzeda ojcowizny.

Im się jeszcze odniechce miasta”- myślał Władek na pocieszenie. Ale co to za pocieszenie, kto go na starość przypilnuje. Kobieta przecież też nie młódka i jak oboje z tym wszystkim sobie poradzą.

Wszedł do chałupy, a z sionki kury przestraszone uciekły, gdacząc. Zośka, jego żona, zmywała naczynia w miednicy i udawała, że go nie widzi. Bała się jego złości, bo potrafił tak przyłożyć, że się ruszyć nie mogła. I to o byle co. A co dopiero dziś, jak młodzi chcą iść w świat, zamiast trzymać się ziemi i chałupy. W sercu czuła, że lepiej dla nich iść stąd, ale znów myśl, że przecież szkoda tej gospodarki, prześladowała ją uparcie.

Co oni mają zrobić, stary na pewno nie sprzeda, bo nikt nim nie będzie rządził. Taki już jest, żeby zdychał, to woli na swoim.

- Zośka, aleśmy się doczekali. Tyle czasu się żyło, a teraz w inny świat iść, to już nie dla nas. Co ty myślisz.

- No, a co mam myśleć, jak zarządzisz, tak i będzie. Przecież tyś tu gospodarz, co ja mam do gadania.

- Ano tak, zawsze na mój łeb wszystko - zaczął krzyczeć. - Ale ja im pokażę. Co oni sobie myślą, żem stary kapeć. Dam sobie radę bez nich, niech idą, tylko czy tam tak lekko w tym mieście!

- Przecież wiesz, że Staszek ma być do roboty przyjęty w fabryce. Pojechali oboje zobaczyć co tam ich czeka. Pewnie wnet wrócą, to zobaczymy. A tyś, Władek, też winien. Co myślisz, że będziesz tak pomiatał Staszkiem, a on będzie robił i słuchał stale twoich krzyków? Marysia zwyczajna, ale on tu dwa lata dopiero. Już nie te czasy, żeby dawać się poniewierać.

- Czyś ty głupia, kobieto. To co ty sobie myślisz, że mam takiego młodzika słuchać jak mi doradza, co i gdzie siać, jak orać i w ogóle. Tyle lat gospodarzyłem i było dobrze. To co, dziś jest źle?

- Ty się Władek przypatrz po ludziach. Nikt nie chce w polu robić, ani gospodarzyć. Jak Staszek jest chętny i nie głupi, a chce tu robić, to powinieneś pomyśleć jak go przytrzymać. Ludzie zapisują gospodarki i mają rentę. Dzieci muszą dać opiekę, bo im wszystko możesz odebrać, już nie jesteś młody i wiesz, że wnet całkiem opadniesz z sił.

- Tak, to co mam za wyjście? Do miasta nikt nie chce iść na niepewne. Dzieci też wiedzą, że i tam nie lekko, a my się do miasta nie nadajemy.

- Ale jak na swoim, to każdy inaczej myśli i chętnie pracuje - powiedziała Zośka.

Władek, choć zły jeszcze, ale zaczął powoli zmieniać swoje myśli.

To prawda, starość nie będzie czekać, a zdrowie zharatane to i wnet człowiek może nie dać rady robić.

- No wiesz, Zośka, strasznie ciężko pomyśleć, że już nie będę gospodarzem, jak im to zapiszę. Ale spróbuję z nimi pogadać jak wrócą. Żeby tylko co tam nie znaleźli i nie chcieli uciekać.

Czuł się w sobie upokorzony i zmalały.

Jakie to życie będzie, jak Staszek będzie gospodarz, a on tylko do pomocy się nada, albo do niczego.

Westchnął ciężko, usiadł przy stole i głowę spuścił nisko, nagle postarzały i niepotrzebny, jak wysłużony, stary pies.

Zamieszczono 13 czerwca 2026 r.


PRZECIEŻ O TO CHODZI

O, jak dużo liści spadło z drzew”- myśli Gośka.

Tak, to znów jesień przyszła. A tu, w tym starym, zaniedbanym parku tak się dobrze siedzi. No cóż, muszę się trochę zastanowić, co robić dalej. Nikt mi tu o tej porze nie zakłóci spokoju, wszyscy są w pracy, w szkole. Wszyscy zajęci swymi sprawami. A ja mam ten swój problem, o którym nikomu nie mówię, sama muszę to rozwiązać.”

- Hej, Gośka, co ty tu robisz sama?

Gośka ocknęła się z rozmyślania i zobaczyła Tereskę, koleżankę z pracy.

- No, jak widzisz, siedzę sobie i oglądam jesienne drzewa.

- Tak, przecież wzięłaś wolne, aby załatwić ważne sprawy.

- No tak, właśnie je załatwiam.

- Co ty opowiadasz, chyba ci odbiło. Tu w parku załatwiasz?

- Właśnie tu mam nadzieję coś załatwić, ale teraz to wątpię w to...

- Dlaczego, o co chodzi?

- Mniejsza o to, Tereska. A co ty o tej porze tu robisz, zamiast być w biurze?

- Wiesz, ja tu jestem właściwie służbowo, to znaczy, idę tędy do Urzędu Miasta. Tam muszę osobiście załatwić takie zaległe sprawy. Jutro chyba będziesz w pracy, co Gośka?

- Oczywiście, że będę.

- No to do widzenia i tak nie masz melodii do gadania.

- Do zobaczenia jutro.

No i moje odosobnienie nie jest takie, jakiego mi potrzeba. Lepiej wrócę do domu. Teraz i tak nikogo nie ma, to może coś wymyślę.” Podniosła się powoli z ławki, ale zamiast w stronę domu, poszła w górę parku, wąską ścieżką. Tu park był coraz dzikszy, krzaki nie przycinane rozrosły się wszędzie.

Tam na samej górze była stara kapliczka, mała i zaniedbana. Miała jednak jakiś niezwykły urok. Modlitwa tutaj była prawdziwym ukojeniem. Dla Gośki chwila ta przyniosła rozwiązanie, całkiem nieoczekiwane.

No tak, nie ma się co dręczyć, trzeba zapomnieć i wybaczyć.

Grzesiek wrócił, prosi o wybaczenie, Boże jak ciężko na sercu. Ale dzieci takie szczęśliwe, przez te długie miesiące czekały, ciągle czekały na tatę. A tata odszedł i zamieszkał z Mirą, nawet się nie tłumaczył, ani zastanawiał nad tym co robi.

A teraz wrócił, zgnębiony i przegrany.

Mirka chętnie korzystała z jego pieniędzy, a jak ich zabrakło, to już go zlekceważyła i spotykała się z innymi, bardziej zasobnymi w pieniądze.

I Grzesiek musiał odejść.

Gośka wiedziała kim jest Mirka, ale Grzesiek nie robił sobie nic z opinii. Po prostu chciał z nią być, bez względu na wszystko. Otrzeźwienie było jednak bolesne.

Upokorzony i pełen poczucia spóźnionej winy, powrócił.

Trudno przebaczyć, trudno zapomnieć, ale dziś wie, że musi to zrobić. Ola i Danusia bardzo cierpiały przez odejście ojca.

W szkole czuły się źle, wśród koleżanek, które wszystko zawsze wiedziały. Mimo, że i inne dzieci były w podobnej sytuacji, ale zawsze to była ta gorsza kategoria dzieci. Po za tym czuły się porzucone. Myślały, że pewnie to one coś zawiniły i tatuś odszedł.

Kiedy wrócił, ich szczęście było ogromne. Lepiły się wprost do niego, chciały z nim wszędzie wychodzić.

- Mamusiu, czy tatuś już zostanie- pytała starsza Ola.

- Spytaj taty, dziecko.

I Grzesiek patrzył na nią pytająco, bo nie był pewny czy mu przebaczyła.

- Wiesz Olu, ja chcę być z wami już zawsze. Bez was nie mogę żyć, teraz wiem to lepiej niż kiedykolwiek.

Tak,- myśli Gośka- dzieci najważniejsze. Ja też muszę się przyznać przed sobą, że kocham Grześka, pomimo tego bólu, który mi zadał. Boże Święty, żeby on już był z nami i nie robił takich głupstw więcej.”

Szła z powrotem wąską ścieżką, wśród opadłych liści, czuła ich zapach. Zapach pięknej jesieni.

Przecież miała tyle zmartwień, gdy go nie było. Nic nie pomagał, wszystko Mirce oddawał, a ona nie chciała iść do sądu po alimenty od niego.

Ciekawe, czy on myśli dziś tę krzywdę im wynagrodzić, zobaczymy.

Weszła do mieszkania.

Dziewczynki wróciły już ze szkoły.

- Mamusiu, mamusiu- krzyczała Danka _ dostałam dziś piątkę z matematyki. Wiesz jak dobrze, że mi tato wczoraj pomógł i wytłumaczył to, czego nie rozumiałam. Wiesz mamo, pani się dziwiła, że tak dobrze umiem, a ja powiedziałam, że tatuś mi tak dobrze wytłumaczył.

- No pięknie dzieci, a coście jadły?

Ale Danusia wpadła jej w słowo i krzyczała:

- Wiesz mamusiu, Kryśka mnie widziała z tatą wczoraj w sklepie i mówiła, że tato jest taki fajny, bo jej tato nigdzie z nią nie idzie.

Aż ją coś w serce ukłuło, tak to jest- tato wspaniały, ona się zaharowuje, kocha je zawsze i cokolwiek dla nich robi biorą to jak coś im należnego. Nigdy ich, nawet na chwilę, nie zostawiła samych, dzień i noc o nich myśli, a jednak nie okazują jej tyle przywiązania, ile go mają dla ojca.

Tak jej się może wydaje, ale woli nie sprawdzać czy to jest prawda. Jednak to jest widoczne, tato tylko palcem kiwnie, a one takie uszczęśliwione.

No, trudno, przecież o to chodzi, aby były szczęśliwe.

Zamieszczono 20 czerwca 2026 r.


DZIEŃ JEDEN Z WIELU

Tomku, wracaj do domu, już późno.

- Zaraz wracam, mamusiu, jeszcze chwileczkę się pobawię.

I mały Tomek biegał dalej z kolegami po podwórku. Tak mu było dobrze tutaj, tak bardzo szkoda wracać do domu. Jeszcze chwileczkę biegać, krzyczeć i cieszyć się swobodą - tego pragnął.

Ale zdecydowany głos mamy zmusił go do powrotu. Powoli, ociągając się i coś krzycząc do kolegów, wchodził na klatkę schodową bloku.

Ale do mieszkania wbiegł, wołając:

- Mamo, mamo, Wojtek dał mi chrabąszcza, patrz jaki duży, jaki brązowy i jak rusza łapkami.

Na ręku Tomka leżał rzeczywiście okazały chrabąszcz.

- No wiesz, Tomku, co ty zrobisz z tym chrabąszczem w mieszkaniu, on żyje na drzewach.

- Wiem, mamo, ale ja go sobie przygotuje do kolekcji, takiego jeszcze nie mam.

- No, dobrze, Tomku, chodź się teraz umyć i zjeść kolację.

- Mamo, a gdzie tato i Magda?

- Poszli do babci na chwilę, wiesz , że trzeba jej zrobić zakupy, bo nie czuje się dobrze.

- Aha, wiem.

- Tomku, zjedz kolację, umyj się i idź spać, idziesz rano do szkoły i zawsze jesteś śpiący.

- Tak mamo, ale teraz nie jestem śpiący i chciałem jeszcze oglądnąć dobranockę dla dzieci.

- Dobrze, ale jak się skończy, to szybko biegaj do łóżka.

- Tak, mamo.

I Tomka pochłonęło oglądanie dobranocki.

Łucja, mama Tomka, prasowała na jutro ubranie dla siebie, Magdy, Tomka, no i świeżą koszulę dla męża Kazka.

Myślała przy tym: „Magda pewno nie będzie zadowolona, że ja prasuję spódnicę i bluzkę na jutro. Ona woli w tych starych dżinsach i za dużym swetrze iść do szkoły.” Łucja nie znosiła takiego stylu, ale argumenty Magdy, że wszyscy tak chodzą, miały swoją wagę.

No tak, trzeba się przyzwyczaić, że czasy się zmieniają i dzieci dzisiaj są inne niż my kiedyś.

Wreszcie Kazek z trzynastoletnią Magdą, powrócili od babci. Oboje byli zadowoleni, bo babcia już czuła się lepiej.

- Mamo, co masz na kolację, taka jestem głodna.

- W lodówce są wędliny i sałatka, weź sobie co chcesz, a ja przygotuję herbatkę i dla taty też. No Kaziu, co tam słychać u mamy?

- Dobrze, Łuciu, na szczęście grypa mija powoli i mama za dwa dni wraca do biura, do pracy. Ale mamy pewien problem, bo pisała do niej Halina, że musi wykupić to mieszkanie służbowe. Jeżeli nie zdobędzie pieniędzy w terminie, to jej go zabiorą. A wiesz, z dwojgiem dzieci i z tym jej Ryśkiem, który nie wiele dba o dom, to nie jest łatwo.

- Tak, wiem i co twoja mama zamierza zrobić?

- Jeszcze nie wie, co zrobi. Najpewniej ten plac, co mamy wspólny po ojcu, trzeba sprzedać. Dostałbym swoją część, a mama chce swoją i Haliny część wpłacić na to ich mieszkanie. Co ty na to, Łuciu?

- No cóż, ja tu nie mam nic do powiedzenia. A co my zrobimy z tą częścią twoją, Kaziu?

- Jeszcze nie wiem, tyle jest potrzeb. Ale może gdyby w coś zainwestować i jakiś zysk mieć na przyszłość, to było by nieźle, nie sądzisz, Łuciu.

- Jak dotąd to jeszcze się nam nie udało, żeby wiele osiągnąć. A teraz, to nie wiadomo w co inwestować. Dzisiaj coś prosperuje dobrze, a za chwilę leci w dół. A tyle oszustw dookoła, wszyscy chcą się szybko dorobić na takich naiwnych jak my. Musimy bardzo uważać.

- Tak, wiem, ale popytam Zenka, on jest zorientowany na giełdzie, to mi doradzi.

- A co ci kto może doradzić, tam też manipulują, aby sztucznie podnieść wartość akcji, a później wszystko leci na łeb na szyję. I kto traci na tym? Tacy jak my, niedoświadczeni.

- No to co w końcu zrobić. To co my zarabiamy, to ledwie na życie starcza. A wiesz jak jest niepewnie w pracy, Łuciu.

- Wiem, co dzień mi mówisz o tej prywatyzacji waszego zakładu. Kiedy wreszcie to się skończy.

- Nie wiadomo kto pójdzie na bruk, a kto zostanie. No wiesz, mnie nie wyrzucą, ja jestem tam potrzebny. Bez fachowców nie będzie zakład istniał. Tylko nie mogę się z tymi Amerykanami dogadać. Oni chcą zostawić połowę załogi, a co z resztą ludzi zrobić. Przecież zawsze była praca dla ludzi, a oni komputery, nowe maszyny. No i ci co zostaną muszą robić za dwoje. U nas to trudno co na ludziach wymusić, nie są nauczeni dobrze pracować. Jak im bezrobocie zagrozi, to się szybko nauczą , czyż nie? A, wiesz Łuciu, na to trzeba trochę czasu i muszą poznać na swojej skórze, to się nauczą. Ale jeśli o nas chodzi, to ta sprzedaż zajmie jeszcze trochę czasu, a mama chce żebym jej pomógł, wiesz, boi się że ją nabiorą.

- No, przecież to jest i twój interes.

- A co Halina, tylko skorzysta i nic więcej, jak zwykle.

- Widzisz, każdy jej współczuje i pomaga jak może, bo jej z tym mężem się nie powiodło.

- Ach, to jest czyjaś wina, że jej się nie powiodło i ciągle się wszyscy tylko o nią zamartwiają. Ja myślę, że jakby sami musieli zatroszczyć się o swój byt, to by im to na dobre wyszło. I Rysiek nie byłby taki nieodpowiedzialny. Co on ma brać kłopoty na siebie, jak rodzinka załatwia za niego sprawy trudne. Nie myślisz, że mam rację Kaziu?

- Tak, być może masz rację, ale nie wytłumaczysz tego mamie. Ona ciągle drży, że Halina się załamie i wszystko się u nich rozleci, więc ciągle im pomaga.

- Nie wiem czy się rozleci, bo Halina wcale za bardzo Ryśkowi nie ma za złe, że jest jaki jest. Ona trzyma go w ręku i właściwie, to chyba sama winna, że on nie odważa się cokolwiek robić bez jej aprobaty, czy tego nie zauważyłeś, Kazek?

- Tak, Halina od dziecka lubiła rządzić i mną też chciała dyrygować. Wiesz, byłem młodszy i do czasu się jej to udawało, później już nie.

- Widzę, widzę, przecież jak tylko się spotykacie, to nigdy jej się nie sprzeciwiasz, cokolwiek by nie mówiła, czyż nie?

- Może, nie zastanawiałem się nad tym. Ale wiesz, nie ma o czym dyskutować, bo w końcu się pokłócimy. Dzieci już śpią, więc kończ Łuciu to prasowanie i idziemy spać...Dobrze?

Zamieszczono 27 czerwca 2026 r.

JEDNAK RAZEM

Doprawdy historia ta jest niesamowita.

Wszystko zaczęło się całkiem zwyczajnie. Tego dnia od rana padało. Deszcz sączył się z nieba drobnym kapuśniaczkiem. Ludzie snuli się zamyśleni, niebaczni na to co się wokół nich dzieje.

Anna szła między nimi niczego nie widząc.

Ciągle miała w oczach ten obraz męża w uścisku z Zuzą. Jak mogli jej to zrobić. On, ten ukochany Paweł i jej dobra - niby koleżanka. Kiedy między nimi się coś zaczęło, tego nie wiedziała. Przecież Paweł ciągle krytykował Zuzię, miał jej za złe, że taką niemiłą koleżankę musi tolerować w ich domu.

A tu naraz taka zmiana. Ale czy naraz i czy zmiana?

Zaraz, zaraz, niech sobie przypomnę, przecież to w jej imieniny tak gwałtownie się od siebie odsunęli, kiedy weszłam do pokoju z herbatą. Paweł zaraz zaczął czegoś szukać na półkach z książkami.”

Ale skąd by jej przyszło do głowy coś podejrzewać. Przecież tak chciała aby się również zaprzyjaźnili. A kiedy rodziła Renatkę, to Paweł i Zuzia byli w pobliżu i pierwsi zobaczyli maleństwo. Boże, co teraz będzie z nimi. Co ma robić, może pójdzie na cmentarz. Tam od roku leży mama, zawsze do niej chodziła w nieszczęściu.

Tak, idę tam, przecież tak kocham Pawła i muszę go odzyskać. Mama zawsze dobrze mi radziła.”

Automatycznie Anna weszła na ulicę przed bramą cmentarza, aby tam dojść jak najprędzej. Nawet nie spostrzegła, szybko nadjeżdżającego samochodu.

Odczuła straszne uderzenie przez moment.

To wszystko.

Na ulicy zostało zmasakrowane ciało. W torebce, odrzuconej daleko, zostały odnalezione dokumenty i adres.

Telefon dzwonił i dzwonił. W mieszkaniu nie było nikogo. Paweł z Renatą byli u swojej matki. Kiedy wrócili, przed domem czekał policjant.

- Czy pan Paweł Sambor- zapytał

- Tak, a o co chodzi?

- Może wejdziemy do środka?

- Proszę bardzo, pewnie żona też już czeka na nas.

- Nie myślę, proszę pana. Właśnie w sprawie wypadku żony tu jestem.

- O Boże, o co chodzi, jaki wypadek?

- Proszę się nie denerwować, ale niestety pańska żona zginęła w wypadku na drodze.

- Niemożliwe, to na pewno pomyłka. To nie może być Anna, ona poszła na zakupy i na pewno się nieco spóźniła. Skąd pan wie, że to Anna?

- Niestety, nazwisko i adres się zgadzają, więc nie ma się co łudzić. Jeżeli ma pan z kim zostawić dziecko, to pojedziemy dokonać autopsji. Bardzo mi przykro, że musiałem przynieść taką wieść, ale to mój obowiązek.

Paweł stał rażony tą wiadomością niespodzianą, niezdolny zebrać myśli.

Co na miłość Boską się stało, Boże, to moja wina. Na pewno jakieś znaczenie miał ten epizod z Zuzą, który Anna zobaczyła.”

Tak, ale to przecież nie znaczyło dla niego nic. Po prostu nie mógł odepchnąć Zuzy. Ona tak się do niego lepiła, co miał robić.

Nie, to nieprawda, Anna wróci, zaraz wróci.

Co ja zrobię teraz, trzeba do matki zadzwonić, aby Renatki przypilnowała. Muszę iść szybko zobaczyć kto to jest, bo to nie Anna, na pewno nie Anna. Tak, nie ma co rozpaczać, to na pewno ktoś inny.”

- Mamo- mówił do słuchawki - przyjdź wnet, bo muszę wyjść, a Anna jeszcze nie wróciła.

- Czemu nie wróciła, nie wiesz?

- Właściwie to jest tu policjant i muszę iść, bo był wypadek i on mówi, że to Anna zginęła, ale wiesz ja nie wierzę. Przyjdź zaraz, bo muszę iść.

- Lepiej przywieź dziecko do mnie, bo nie wiadomo, co dalej. Mój Boże, coś strasznego musiało się stać, bo przecież policjant nie przychodził by bez powodu.

- Mamo, to my już jedziemy.

Na miejscu, w kostnicy, leżały przykryte czyjeś zwłoki. Policjant w asyście innych zbliżył się do stołu i odkrył ciało.

Pawłem wstrząsnął dreszcz. To ona, Anna.

Leżała z twarzą ledwie nieco ze skóry odartą, lecz włosy miała wgniecione, zmieszane z krwią.

Boże, to ona, czy to możliwe.

Pawłowi nogi ugięły się i runął na posadzkę. Kiedy oprzytomniał na ławie obok, przypomniał sobie co się stało.

Musiał podpisać jakieś papiery, na coś odpowiadać, gdzieś iść, o czymś pamiętać.

Zdawało mu się, że pływa w gęstej mgle i nie jest w stanie niczego spostrzec wokół siebie.

Jak się znalazł w domu, nie wiedział.

To było nie do uwierzenia, w sercu czuł ogromny ciężar. Teraz już jej nic nie wyjaśni, teraz już na zawsze będzie czuł jej spojrzenie i widział te łzy rozpaczy. Dlaczego nie umiał wtedy postawić sprawy jasno. Wydawało mu się, że sytuacja była niepoważna i bez znaczenia.

Bo taka była dla niego - ale widocznie nie dla niej.

Następnego dnia poszedł na miejsce wypadku. Chciał się przekonać, czy wypadek mógł mieć związek z tym, co zrobił, przecież chyba nie zrobiła tego celowo.

Nie, nie celowo. Świadkowie potwierdzili, że to się stało niespodzianie.

Podobno Anna szła zamyślona, wpatrzona w bramę cmentarza. Tak, przecież szła do matki.

Po cóż tam szła właśnie w tym czasie. Zapewne chciała tam szukać pociechy, na pewno tak. Paweł odczuł dziwne pragnienie pójścia również na cmentarz.

Tak, pójdę tam. Wytłumaczę matce Anny, że naprawdę ją kochałem i kocham.” Musi coś zrobić, bo zwariuję.

Automatycznie, jak w transie, wszedł na jezdnię.

Zanim cokolwiek zdążył zauważyć, usłyszał pisk opon gwałtownie hamującego samochodu.

Poczuł uderzenie i ból, jakby jego ciało eksplodowało.

Ciemność go ogarnęła.

I to był koniec.

Czyż nie jest to niesamowite..........

Zamieszczono 4 lipca 2026 r.


LUDZIE JAK WILKI

Już cały tydzień deszcz padał i padał. A był lipiec i wszyscy czekali na słońce. Słońca jak nie było, tak nie było, tylko deszcz i deszcz. Chwilami nadchodziły jeszcze cięższe chmury i wtedy nie było widać nic tylko ulewę. Ziemia była nasycona wodą do ostatnich granic. Woda stała w miejscach niższych, ziemia już nie wchłaniała jej wcale.

Była środa, późne popołudnie. Powietrze było ciężkie i parne. Jakieś niesamowite uczucie ogarnęło wszystkie żyjące stworzenia. Pies wdowy Malickiej pchał się do domu, chociaż stale przebywał na zewnątrz. Teraz drżał i piszczał żałośnie, nie odstępował od niej nawet w domu.

Malicka mieszkała przy drodze, w ładnym zadbanym domu. Otaczając dom ogródek był też zadbany i ładny.

Stale w tym ogrodzie coś robiła, coś plewiła, coś sadziła, nigdy nie siedziała bezczynnie. A zwłaszcza nigdy nie lubiła plotkować z sąsiadkami.

Sąsiedzi też byli już obcy, bo starzy powymierali, a młodzi posprzedawali te małe gospodarki i wynieśli się w świat.

Przybyli ci sąsiedzi z jakiś dalekich wsi i przynieśli tu swoje stare nawyki. Nikomu ani w głowie nie było tracić czasu na jakieś ogródki, czy też estetyczny wygląd otoczenia.

Malicka tu się urodziła i tu chciała umrzeć. Nowi sąsiedzi byli młodzi i czuli się bardziej związani ze sobą niż z Malicką. Jakoś krzywo i z ironią patrzyli na jej zabiegi wokół domu.

U nich śmieci leżały kupami na podwórkach, a pokrzywy rosły wszędzie i to właśnie było dla nich normalne. Nie wyglądało to dobrze przy tak zadbanym otoczeniu Malickiej, budziło w nich złość. Nie chciało im się przykładać do roboty.

Uważali taką robotę za zmarnowanie czasu. Chociaż czas ten poświęcali bez żalu na plotki i popijanie piwa w stojącej przy drodze budzie. Stali tam całymi dniami z butelką piwa w ręce i przygadywali na temat Malickiej i jej głupich prac. Kłócili się też często klnąc i krzycząc bez żadnego umiarkowania.

Nie lubiła Malicka tego pijaństwa i tych krzyków. Nie cierpiała widoku pijanych nierobów, olewających przybytek, w którym przecież i inne artykuły były. Buda stała pośród wyschniętych krzaków, które nie zniosły takiego podlewania.

Malicka usiłowała zwrócić uwagę sklepowej na takie postępowanie i samych pijaków też. Naraziła się wszystkim śmiertelnie. Miała odtąd wśród nich samych wrogów. Zaprzestała już tej beznadziejnej walki, a mimo to dalej o niej plotkowano i dopatrywano się Bóg wie czego w jej postępowaniu. Nie czuła się w śród nich dobrze, ale co miała zrobić, pogodziła się z losem. Ludzi nie da się zmienić gadaniem ani przykładem. Na to trzeba lat wychowania. Malicka radziła sobie nieźle, miała zawsze pieniądze i sąsiedzi czasem pożyczali od niej, gdy byli w potrzebie.

Żyła tak niezbyt się angażując już w życie tego społeczeństwa, robiła swoje. Dalej plewiła, sprzątała i sprzedawała swoje kilimy, które tkała w wolnych chwilach na krosnach.

Miała za to dość pieniędzy i to widać ludzi denerwowało najbardziej. W tym zbiorowisku, chcąc nie chcąc, musiała pędzić swój żywot, gdyż kochała to miejsce na ziemi i niczego tak nie pragnęła, tylko, żeby było piękne. Nie chciała wciąż patrzeć na stare śmieci i brudnych pijaków. Ale na to nie było rady. „Może kiedyś to się zmieni”- myślała. Trzeba mieć nadzieję, ale to już nie za jej żywota.

Patrzyła Malicka na tę ulewę, która z oberwanej przed chwilą chmury runęła na ziemię. Potoki wody płynęły obok domu, za chwilę w jednym momencie dom stał we wodzie.

Wybiegła Malicka na dwór zobaczyć co się stało. A widok był straszny. Ze wszystkich górek spływała woda właśnie na jej najniżej położone podwórko. Woda zalała już piwnicę.

Boże miłosierny, co ja sama mogę tu zrobić. Trzeba tę wodę skierować w bok, bo wnet podmyje dom i się zawali.”

Drzewa zaczęły się przewracać, z wodą płynęły śmieci i różne odpadki. Na nieszczęście solidne ogrodzenie z boku nie pozwalało wodzie spłynąć na bok, na sąsiednie pola.

Tam nie było domów, tylko jakieś uprawy.

Malicka rozpaczliwie przekopywała pod murkiem ogrodzenia rowek i woda choć w części mijała dom.

No, choć trochę mniej wody koło domu i nieco bezpieczniej”- myślała sobie, bardzo tym kopaniem zmęczona.

Deszcz przestał tak gwałtownie padać i wszyscy sąsiedzi wylegli z domów. Wiedzieli, że im woda nie zagraża, gdyż ich domy stały trochę wyżej. Chodzili po kilku ulicą i patrzyli z radością, jak Malicką zalewa i topi woda spływająca w coraz większej ilości z tych górek.

- No widzicie, jak tą starą zalewa, wnet ten dom się zawali, bo przecież stoi we wodzie, a drzewa już wszystkie poszły z wodą.

A ona patrzył w ich stronę, czy może przyjdą pomóc, przecież właśnie do niej szli pożyczać pieniądze, a ona nigdy nie odmówiła. Nawet duże sumy, aby sobie pomogli w biedzie.

No, a teraz tylko się złośliwie uśmiechają i cieszą, że to ją takie nieszczęście spotyka.

Sąsiadka Smyczkowa, która mieszkała niżej, przyleciała z krzykiem, że ją woda zalewa. A wszystkiemu winna ona, Malicka, bo spuszcza wodę poza swoją parcelę. To był czysty nonsens, bo właśnie woda szła bokiem. Woda, która spływała środkiem leciała na dół, na dom Smyczkowej. Tyle, ile spłynęło w bok nie leciało prosto do niej. I ona swego czasu też potrzebowała pilnie pieniędzy, kiedy ją podobno w kościele okradli. Tak się w każdym razie tłumaczyła, chcąc pożyczyć tych pieniędzy. Bała się okropnie, żeby jej chłop się nie dowiedział. Obił by ją pewnie bez miłosierdzia. Za to dziś z wielkim wrzaskiem napadała na Malicką za ten rowek przekopany i tę wodę, której przecież nie sprowadziła tutaj, tylko chciała się ratować od katastrofy. Zwołała Smyczkowa tych przyglądających się radośnie sąsiadów i razem zasypali ten rowek. Woda już tylko koło domu Malickiej płynęła. Nie uspokoiło to Smyczkowej. Razem ze swoim przybyłym tu mężem, krzyczeli jaką szkodę im straszną zrobiła.

- Ludzie, czyście rozum stracili, przecież ja tu nic nie jestem winna, to jest powódź i trudno zatrzymać taką wodę. Ona leci gdzie jej niżej. W takiej chwili ja jestem najbardziej zagrożona, powinniście pomóc, a wy wszyscy na mnie.

Malicka chciała tłumaczyć, ale ludzie już odeszli na ulicę ze śmiechem, nareszcie się na niej odegrają.

A Smyczkowa nie przestawała krzyczeć za płotem. Darła się histerycznie:

- Przez ciebie mnie woda zalewa, moje dzieci się potopią, mój dom się zawali! Skąd ja wezmę pieniędzy na nowy? Ty jesteś bogata, to twój dom się może zawalić, możesz sobie nowy postawić, ciebie stać na wszystko.

- Uspokój się kobieto i zastanów. Przecież widzisz co się u mnie dzieje, cały dom zalany i w środku woda stoi. Wszystko się wali w koło.

Malicka była zrozpaczona i zmęczona, nie dość, że nie może sobie poradzić z tą wodą, to jeszcze taka straszna przykrość, bez żadnego sensu ją spotyka.

- Chodźże na podwórko i zobacz na swoje oczy, gdzie ta woda leci, gdy nie leci tam w bok.

O dziwo, Smyczkowa przyszła popatrzeć, zobaczyła rzekę lecącą w dół, prosto na jej dom, tyle, że dalej były drzewa i woda płynęła w trawie, to jej nie było widać. Ale niewątpliwie to ta woda tam płynęła.

Tyle się Smyczkowa nakrzyczała, tyle nawyzywała i teraz widziała, że właśnie zrobiła sobie jeszcze większą szkodę. Sprawa była tak jasna, że nawet zdobyła się na nieudolne tłumaczenie swoim zdenerwowaniem i nie wiedziała, że to tak wygląda.

Po tych wyzwiskach, które sypali na Malicką, razem z chłopem i po tym krzyku nieludzkim, w którym wyrazili całą swoją nienawiść i zazdrość, po odsłonięciu najbrzydszej strony swej duszy, taki widok i taki dowód niewinności Malickiej zaszokował nawet tak ordynarną i chamską osobę, jaką niewątpliwie była Smyczkowa.

A Malicka myślała: „Boże Miłosierny, czy to są ludzie, czy wilki. Przecież nie chciałam im zaszkodzić i nie zaszkodziłam. Powódź to powódź, ja na nią nie mogę nic poradzić, a sama najwięcej ucierpiałam. Jednak najgorsze, to odczuć w takiej chwili brak ludzkiej solidarności, a właśnie przekonać się ile zawiści i zazdrości tkwi w ludzkich sercach.”

Nagle głuchy szum ogromnej ilości wody zwrócił uwagę wszystkich. Woda spływała z góry na drogę, kilkadziesiąt metrów dalej. Spadała rwącą rzeką na pole obok Malickiej i zalała go w jednej chwili całkiem. Okazało się, że wyżej położone stawy woda wypełniła całkowicie. Było jej jednak tak dużo i stale spływała z gór nowa, że przerwała wszystkie groble i jak wodospad spadała niżej.

Gdyby było jej jeszcze trochę więcej, wątłe wały przed domami sąsiadów również zostały by przerwane. Wszystkie domy, łącznie z domem Malickiej, nie ostały by się po takiej nawale.

Wtedy to zadowoleni dotąd z nieszczęścia sąsiadki ludzie, z przerażeniem dostrzegli niebezpieczeństwo, jakie im również grozi. Uśmiechy znikły z twarzy, bo któż może wiedzieć co będzie dalej. Noc nadchodziła, pobliska rzeczka zmieniła się w rozlewisko wód i lada chwila mogła podejść wyżej.

Gdyby deszcz znów zaczął padać, nie było by ratunku. Zdrętwieli sąsiedzi nagle zrozumieli, że żywioł jest groźny dla wszystkich. Wcale nie jest wiadomo kiedy i kto będzie potrzebował pomocy, a śmiać się i cieszyć z cudzego nieszczęścia może się w końcu nie opłacić.

I Smyczkowa też poszła patrzyć co się dzieje, prawdziwa groza zaglądnęła w jej oczy. Stali ludzie przez całą noc i czekali, co ona też przyniesie. Była to noc grozy i nadziei, że nieszczęście nie dotknie tym razem ich, tu czekających.

A Malicka, zmęczona do ostatnich granic, leżała w łóżku i nie mogła się pozbyć przykrego uczucia zawodu wobec ludzi.

Żyła już tyle lat, ale nigdy aż tak dotkliwie nie przekonała się o ludzkiej podłości.

Boże, jak to jest, czy ludzie to ludzie, czy wilki czyhające na ofiarę.

W tym dniu dostała odpowiedź na to pytanie, wątpliwości już nie miała żadnych. Serce przepełniło się bólem, omal nie straciła życia uświadamiając sobie tą przerażającą prawdę.........

Zamieszczono 11 lipca 2026 r.


Radzięda Antonina - urodziła się w Jasieniu Tam też uczęszczała do szkoły podstawowej, a później do Liceum Ogólnokształcącego w Brzesku. Po maturze rozpoczęła studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Niestety z powodu choroby i śmierci ojca musiała przerwać studia i podjąć pracę. W roku 1959 wyszła za mąż, a następnie urodziła dwoje dzieci, Joannę i Roberta. Kiedy dzieci dorosły, mając więcej wolnego czasu, rozpoczęła samodzielnie studiować i praktykować malarstwo. W 1984r. na zaproszenie siostry wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Tam pracowała i dalej udoskonalała swoje malarstwo, zwiedzała galerie malarskie i brała udział w wystawach obrazów. Otrzymała kilka wyróżnień i nagród, co utwierdziło ją w przekonaniu o ich artystycznej wartości.

Również w USA zrodziła się jej twórczość pisarska, aby zagłuszyć tęsknotę za Ojczyzną i rodziną. Od roku 1996, kiedy podjęła pierwsze próby przelania swoich myśli na papier, powstało wiele utworów m.in.:

  • powieść obyczajowa „Błędny ognik nad doliną” w 3 tomach

  • zbiory nowel: „Spełnione marzenie”, „Szczęście Tereski”, „Witraże uczuć”, „Sępa cień”,

  • poezje: „Słowa na wiatr”, „Szepty i krzyki” (przetłumaczono na j. angielski „Whispers and Cries”), „Tylko echo”, „Impresje kwietne”, „W stronę Boga”, „Konik Zubek”- dla dzieci, „Urok ulotny”, „Hej człowieku”, oraz „Refleksy” (jest to wybór wierszy z całej twórczości),

  • przemyślenia: „Myśli lotne i ulotne” i „Przysłowia i pogaduszki na wesoło”.

Swój czas dzieliła na pobyt w USA i w Polsce, gdzie starała się także zaistnieć ze swoją twórczością. Zmarła 1.02.2022 r.


Od admina: Powyższa biografia, opracowana przez Roberta Radziędę, pochodzi z zakładki Leksykon.


comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2026 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com