Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

WYCIECZKA DO TURCJI  (Antonina Radzięda)  2026-04-06

Radzięda Antonina - urodziła się w Jasieniu Tam też uczęszczała do szkoły podstawowej, a później do Liceum Ogólnokształcącego w Brzesku. Po maturze rozpoczęła studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Niestety z powodu choroby i śmierci ojca musiała przerwać studia i podjąć pracę. W roku 1959 wyszła za mąż, a następnie urodziła dwoje dzieci, Joannę i Roberta. Kiedy dzieci dorosły, mając więcej wolnego czasu, rozpoczęła samodzielnie studiować i praktykować malarstwo. W 1984r. na zaproszenie siostry wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Tam pracowała i dalej udoskonalała swoje malarstwo, zwiedzała galerie malarskie i brała udział w wystawach obrazów. Otrzymała kilka wyróżnień i nagród, co utwierdziło ją w przekonaniu o ich artystycznej wartości.

Również w USA zrodziła się jej twórczość pisarska, aby zagłuszyć tęsknotę za Ojczyzną i rodziną. Od roku 1996, kiedy podjęła pierwsze próby przelania swoich myśli na papier, powstało wiele utworów m.in.:

  • powieść obyczajowa „Błędny ognik nad doliną” w 3 tomach

  • zbiory nowel: „Spełnione marzenie”, „Szczęście Tereski”, „Witraże uczuć”, „Sępa cień”,

  • poezje: „Słowa na wiatr”, „Szepty i krzyki” (przetłumaczono na j. angielski „Whispers and Cries”), „Tylko echo”, „Impresje kwietne”, „W stronę Boga”, „Konik Zubek”- dla dzieci, „Urok ulotny”, „Hej człowieku”, oraz „Refleksy” (jest to wybór wierszy z całej twórczości),

  • przemyślenia: „Myśli lotne i ulotne” i „Przysłowia i pogaduszki na wesoło”.

Swój czas dzieliła na pobyt w USA i w Polsce, gdzie starała się także zaistnieć ze swoją twórczością. Zmarła 1.02.2022 r.


Od admina: Powyższa biografia, opracowana przez Roberta Radziędę, pochodzi z zakładki Leksykon.

Poniżej zamieszczam kolejne opowiadanie "z życia wzięte", zamieszczone w książce "Sępa cień".

Treść książki, w formacie MS Word, otrzymałem od autorki kilka lat przed Jej śmiercią w celu wykorzystania na portalu. Pozostałe opowiadania będę zamieszczał w odstępie tygodniowym.

Zbigniew Stós

SPIS TREŚCI

WYCIECZKA DO TURCJI.................................1

Opisana "wycieczka" miała miejsce w połowie lat 70. ubiegłego wieku (czasy PRL), kiedy Polacy, w tym mieszkańcy ziemi brzeskiej, masowo wyjeżdżali na handel do ZSRR, Turcji, Bułgarii oraz innych krajów demoludów, dorabiając w ten sposób do pensji, wywożąc polskie towary deficytowe, a przywożąc złoto, kosmetyki czy sprzęt elektroniczny.

DZIWNY PRZYPADEK....................................13

Krótka historia Kaśki Bakuły, jej syna Staszka i Jaśka Bielunia

PIĘTNO...............................................................18

WIELBICIEL HITLERA.....................................22

BRAT WILKA.....................................................27

NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ.................................36

CIEŃ PRZESZŁOŚCI..........................................40

MIŁE DZIECKO..................................................47

PRZYSŁUGA.......................................................51

NO TAK, ALE.....................................................57

PRZEGRANY......................................................61

TRUDNA DECYZJA...........................................66

PRZECIEŻ O TO CHODZI..................................69

DZIEŃ JEDEN Z WIELU....................................72

JEDNAK RAZEM................................................76

LUDZIE JAK WILKI...........................................80

SĘPA CIEŃ...........................................................86

NIE WIADOMO...................................................92

NIE WESOŁE KUMOCHY Z PAJDOWY..........96

DLACZEGO TO ZROBIŁAŚ..............................101

PIERWSZA LEKCJA MIŁOŚCI.........................104

ZA WSZELKĄ CENĘ.........................................110



WYCIECZKA DO TURCJI

- Popatrz Baśka, to są te pierścionki, których jeszcze nie sprzedałem – powiedział Tadek pokazując na dłoni z dziesięć złotych pierścionków – sprzedałem już cztery. A żebyś wiedziała ile Zośka Biedrońska naprzywoziła i złota, i kożuchów tureckich to by ci oko zbielało.

- Eee, co ty Tadek opowiadasz! A celnicy was nie złapali na tym przemycie?

- Celnicy wszystkich nie złapią. Jak kto jeździ często, to wiedzą, że na handel i go rewidują, a my pierwszy raz pojechaliśmy. Wiesz Tadek, sama bym pojechała, przydałoby się coś dorobić do tej marnej pensji.

- Jasne. Kto tylko może to jedzie. Ile ludzi znam co zbili forsę na tym handlu zamiennym.

- A co tam można przywieźć, Tadek?

- Najlepiej to idą szwajcarskie zegarki, jakieś elektryczne urządzenia mechaniczne, bielizna dla mężczyzn i takie różności.

- Tylko czy uda się to przez granicę przewieźć? A nasi celnicy nie kontrolują?

- Nasi też, ale nieraz się udaje. Zresztą, Baśka, kto nie ryzykuje ten nic nie ma.

- Pewnie, ale muszę pożyczyć pieniędzy na kupno tych rzeczy, no i jak stracę, to skąd wezmę oddać?

- To już twoje zmartwienie. Ja ładnie zarobiłem. Teraz jest rok 1977 i o wiele łatwiej gdziekolwiek wyjechać niż przedtem.

- Właśnie. Ludzie jeżdżą masami. U mnie w biurze też mówią o wyjeździe.

- No to zbierzcie się grupą, żeby choć czworo jechało i jakiś mężczyzna by się przydał, bo w Turcji to na kobiety polują.

- Co ty mówisz Tadek, kto poluje?

- Nie wiesz, tam jest muzułmańska wiara i mają haremy.

- No i co z tego, w tym wieku niemożliwe jest coś takiego.

- Mówię ci, możliwe. Oni muszą kupować sobie żony za duże pieniądze. Jak nie mają, to kradną, jeżeli się uda, oczywiście turystki tylko.

- Ale mnie ładnie nastraszyłeś, Tadek. Chyba wezmę ze sobą Jarka. Tylko co z dziećmi i domem będzie?

- Przecież dzieci duże, Ania ma chyba ze szesnaście lat, a Andrzej ile?

- Andrzej trzynaście skończył.

- No to już duże dzieci, a wy tam ze cztery dni będziecie, bo tylko podróż, nocleg jeden i powrót.

- A gdzie tam można przenocować?

- To nie problem. Już na dworcu cała masa naganiaczy czeka na turystów.

- I co, jak trafić do „pewnego” hotelu, żeby się nam coś nie stało?

- Ja mam tu, Baśka, wizytówkę takiego hotelu. Ten właściciel to nawet mówi po polsku.

- Coś ty, po polsku mówi?

- Żebyś wiedziała. On jest potomkiem polskiej branki. Jest taki wysoki i ma niebieskie oczy. Normalni Turcy to bruneci z ciemną karnacją.

- Coś takiego. Aż się wierzyć nie chce, że naprawdę spotkaliście Turka z polską krwią.

- Sama zobaczysz jak się wybierzesz.

- Muszę już iść bo się późno zrobiło. Do widzenia, Tadeusz.

Baśka tak się napaliła na wyjazd, że namówiła koleżankę Lucynę z innego działu, aby z nimi się wybrała. Lucyna namówiła swoją szwagierkę Lokę i zaczęli się wszyscy przygotowywać do tej podróży. Najważniejsze to było otrzymać paszport- z tym nawet nie mieli takiego problemu. Później trzeba było zdobyć artykuły do sprzedaży w Turcji. Zabrało im to więcej jak miesiąc czasu. Gdzieś pod koniec lutego wzięli urlop w pracy i byli gotowi do wyjazdu. Walizy wyładowane do niemożliwości dźwigali z trudem. W dodatku Jarek miał grypę i był słaby, Baśka miała ją wcześniej.

Jechali w grupie pięciu osób, Lucyna ze szwagierką Loką i jej koleżanką Hanką. Odjazd był z Katowic i tam też była odprawa celna. Nawet im bez większego kłopotu udało się wyjechać z Polski. Ciasno było w pociągu z początku, ale niektórzy wysiadali w Związku Radzieckim. Cała grupa zajęła jeden przedział. Lucyna była dobrą koleżanką Baśki i Baśka jej doradzała co najlepiej zabrać i namówiła ją na podróż. Lucyna od innych dowiedziała się co najlepiej się w Turcji sprzedaje i postarała się to kupić, nic nie mówiąc Baśce. Jarek się pocił chorobliwie i ten zapach denerwował Lucynę. Czekali w napięciu na kontrolę celną na granicy tureckiej. Każdy miał coś, co należało oclić, jeżeli było do sprzedaży. Wcześniej była kontrola jugosłowiańskich celników. Dali formularze i kazali wpisać wszystkie rzeczy jakie tranzytem wiozą, żeby sprawdzić czy nie zostały sprzedane w Jugosławii. Baśka wpisała właściwie wszystko, tyle że tak niewyraźnie, że w razie czego postanowiła wmawiać celnikom inne znaczenie słowa. Oni i tak po polsku nie rozumieli. Celnik odebrał formularze i sprawdzał je z zawartością bagaży. Baśce udało się i Jarkowi też, przejść przez tę kontrolę bez kłopotu. Hance i Lucynie również. Jedynie szwagierka Lucyny ukryła radio tranzystorowe w poszewce płaszcza. Celnik obmacał płaszcz i wyczuł radio.

- Czyje to jest? –spytał.

Nie było innej rady musiała Loka przyznać, że jej. Nie wpisała, bo wynikły by dla niej kłopoty już w Polsce, należało tam opłacić cło. Teraz czekały ją stokroć większe kłopoty i sankcje za oszustwo właśnie w Polsce. Przerażona zaczęła płakać i błagać jugosłowiańskiego celnika o litość. Nieomal go po rękach całowała, błagała i błagała. Cała reszta towarzystwa też płakała i błagała o litość. Celnik był nieubłagany. Loka prosiła i prosiła. Wreszcie mówi mu, że jak się zlituje, nie zrobi protokołu i nie wpisze uwagi do paszportu, ona mu się odwdzięczy jak będą za trzy dni wracać. Spotka się z nim gdzie będzie chciał i mu sobą zapłaci. Mówiła to tak przekonywująco, że w końcu celnik dał się ubłagać i powiedział :

- Ale pamiętaj za trzy dni się spotkamy.

- Dobrze, dobrze – mówiła ucieszona Loka.

Baśka słuchała jej błagań i obietnic oddania się celnikowi z niedowierzaniem. „ Czy aż tyle warte dla niej to radio, że tak się upokarza?”- myślała. Po prostu było jej wstyd za nią. Była przecież żoną brata Lucyny i przy niej ujawniła, że jest też prostytutką – bo któż choćby obiecuje swoje ciało, nie będąc do tego zdolnym. Baśka znała brata Lucyny i Lokę. Przyjeżdżali z dziećmi do rodziców i Lucyny, która była sąsiadką Baśki. Zawsze odgrywali rolę nieomal jaśniepaństwa , a tu taka degrengolada moralna wobec świadków. Baśka czuła wstyd za nią w imieniu wszystkich Polek. Ale cóż zrobić, widać człowiek jest zdolny do wszystkiego, gdy go taka konieczność przyciśnie. Po wyjściu celnika Loka podziękowała wszystkim, że tak się za nią wstawiali i usprawiedliwiała swoje zachowanie tym, że to radio było koleżanki i ona miałaby kłopoty- jakieś nowe odkryte nie wiadomo po co, bo przecież to nie miało znaczenia. Dalej jechali już w lepszych humorach. Śmiali się i żartowali. Jarek wyciągnął pół litra czystej i częstował wszystkich. Napięcie się obniżało, a humor poprawiał. Na granicy z Turcją do przedziału wszedł turecki celnik i nic nie sprawdzając zażądał 50$ opłaty do ręki- Baśka oponowała, bo nie miała nawet razem z Jarkiem tyle towaru ile miały panie, ale musieli dać po 10$ każdy. Wjechali wreszcie szczęśliwie do Turcji na stację w Istambule. Stacja była ponura i obskurna. Przed dworcem czekało mnóstwo taksówek i naganiacze zachęcali do wsiadania do ich taksówki. Oni mieli wizytówkę Muhameda i jego naganiacz wsadził ich do ledwo dyszącej taksówki i sam też wsiadł. Było ciasno niemożliwie i walizki nie mogły się zmieścić. Taksówka sapała i ledwie dojechała pod obskurny hotel, chociaż stwarzał pozory luksusu po wejściu do środka. Jakieś czerwone dywany i kolorowe ściany miały mu nadać pozory światowego standardu. Jarek z Baśką dostali jeden pokój, reszta drugi większy. Mieli swoje zapasy jedzenia i posilili się nieco popijając herbatą z termosu.

Muhamed też się zjawił. Był wysokim mężczyzną z rzeczywiście niebieskimi oczami i jaśniejszą niż inni Turcy cerą i włosami mniej czarnymi. Miał może czterdzieści lat i mówił po polsku dobrze. Zabrał ich z walizami do bazaru, gdzie miał swój sklep jubilerski. Patrzyli na wykopany w skale bazar jakby był nie z tego świata, ale z bajki. W środku we wnękach były sklepy różnego rodzaju. W korytarzach i szerokich przejściach też było mnóstwo przeróżnych towarów. Były wspaniałe kolorowe dywany, wazony i wazy z różnych kamieni, lampy i co tylko można było wymarzyć znajdowało się w ogromnej ilości na tym bazarze. Były też sklepy z kożuchami, Muhamed miał swój też. Teraz zaprowadził ich do tego sklepiku, ciasnego ale otwartego i na oczach konkurentów rozpoczęło się wyjmowanie i handel towarami. Muhamed określał cenę i brał towar, nie było szansy zmiany ceny, były one bardzo niskie. W pewnym momencie wpadł naganiacz przerażony i coś powiedział po turecku. Muhamed kazał szybko zamknąć walizki, a do sklepu wpadł chyba jakiś tajniak, bo Muhamed wyglądał też na wystraszonego. Szybko wyszedł z policjantem, prawdopodobnie dać mu łapówkę. Kiedy wrócił usiadł i nie wiedział co robić. Baśka powiedziała, że przecież mogli ten towar w hotelu sprzedać i nie było by kłopotu. Widać jednak Muhamed miał ochotę się pochwalić tutaj sukcesem. W końcu wrócili do hotelu. I tu zaczął się długotrwały targ z Muhamedem. Najpierw Lucyna oferowała swój towar. Okazało się że miała cenne narzędzia za które wiedziała ile wziąć. Miała elektryczną wiertarkę, na którą Muhamed patrzył pożądliwie. Dostawała dobre ceny. Loka cały czas uwodziła Muhameda, rozmawiała z nim przymilnie i uśmiechała się zabójczo. Też dobrze sprzedała swój towar. Hanka zaczęła handel, a zniecierpliwiony Muhamed odesłał Baśkę z Jarkiem do ich pokoju ze swoim pomocnikiem i tam prowadziła targ Baśka sama, bo Jarek jakoś nie umiał w ogóle się targować. Pomocnik był młody i oferował ceny o wiele niższe niż Lucyna dostała za takie same towary. Przy końcu zrozpaczona Baśka rozpłakała się, bo na tym handlu niewiele zyskała. To widać poruszyło młodego Turka, bo za ostatnie sztuki męskiej bielizny zapłacił więcej, mówiąc, że to dla siebie bierze. Cały czas pilnował go młody naganiacz. Niektórych rzeczy nie chciał brać. Zegarki na baterie, które w Polsce były drogie, tu nie miały żadnej wartości. Tych nie mogli sprzedać wcale. Baśka płakała w swoim pokoju, a reszta towarzystwa zadowolona przyszła sprawdzić jak im poszło. Jak się dowiedzieli, że tak marnie, to jeszcze bardziej im się humor poprawił. Zwłaszcza Lucyna nie mogła powstrzymać wesołego śmiechu. Co chwila wybuchała radosnym ha, ha, ha. Baśka w swojej rozpaczy nie mogła pojąć, jak ona może się tak cieszyć, kiedy jej tak źle poszło. Ale Lucynie poszło dobrze, więc miała wiele powodów do radosnego śmiechu. W końcu i Baśka się uspokoiła i poszła się wykąpać pod prysznicem, który był wspólny na korytarzu. Jarek wykąpał się wcześniej; on się zbytnio nie interesował tym całym handlem. Na korytarzu był stolik, przy którym siedziało dwóch młodych mężczyzn i zaprosili Jarka do towarzystwa. Baśka wyszła z kąpieli odświeżona i podeszła do tego stolika chcąc Jarka zabrać do pokoju. Mężczyźni poprosili ją aby usiadła, częstowali wódką, ale nie chciała pić. Jeden z nich szczególnie usiłował ją zainteresować sobą. Mówił po rosyjsku, a Baśka znała ten język, Jarek nie. Powiedział, że jest Bułgarem, inżynierem na delegacji w Turcji i że o czwartej rano wyjeżdżają razem z kolegą do Bułgarii. Powiedział, ze w ich kulturze nie ma zwyczaju, aby kobiety siedziały razem z mężczyznami przy stole, ale on zna europejskie zwyczaje, więc ją tu zaprosili. Dla Baśki taka dyskryminacja była nie do pojęcia. Opowiadał, że ma żonę i dziecko, ale raczej jeździ po świecie, mówił, że mu się Baśka podoba, jest wysoką blondynką, ma ładną twarz i jest zgrabna. On nie ma wiele czasu, obserwował ją wcześniej, wie że to jest jej mąż i dlatego zaprosił go do stolika.

- Przyjdź do mnie w nocy do mojego pokoju – prosił.

- Nie ma mowy, nie przyjdę. Jestem mężatką, mam dwoje dzieci i nie robię takich rzeczy!

- Słuchaj, jedź ze mną do Bułgarii, o czwartej rano wyjeżdżam - prosił żarliwie.

Czegoś takiego Baśka nie widziała.

- Pewnie jest pijany i gada od rzeczy. Nigdzie nie wyjadę, jeszcze nie zwariowałam – mówiła.

Jarek przysłuchiwał się, może coś rozumiał z tej rozmowy, ale sam był mężczyzną i miał niejedną zdradę na sumieniu. Baśka powiedziała do Jarka:

- Wiesz, on chce, żebym z nim uciekła do Bułgarii, podobno się zakochał.

Gdyby Jarek był mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, dobrym mężem, musiałby jakoś zareagować, ale on zaśmiał się głupio i powiedział:

- No to czego nie jedziesz z nim?

Bułgar łapał Baśkę za rękę i całował, co chyba nie było w zwyczaju Bułgarów. Jarek na prośby Baśki, żeby poszedł z nią do pokoju hotelowego, nie chciał iść, dalej siedział i pił jakiś bimber. Baśka sama odeszła, Bułgar pobiegł za nią, zasłonił drzwi pokoju i trzymał ją za ręce tłumacząc, że się zakochał i musi ją mieć. Baśkę to śmieszyło, ale stała i słuchała jego wyznań i próśb, aby otworzyła drzwi w nocy, bo on do niej przyjdzie. Mówiła, że nie otworzy i śmiała się. Panie z grupy obserwowały i komentowały scenę z przystojnym, młodym Bułgarem.

- Widzicie, na oczach męża flirtuje z takim młodym facetem, a jak on ją obskakuje? Jakby była jaką księżniczką.

Baśka była w tym rejonie uważana za atrakcyjną blondynkę. Loka była niebrzydką brunetką i to wyraźną brunetką, co tu było zbyt pospolite. Obgadywały Baśkę, a same chętnie by kogo poderwały. Loka przecież tak cały czas uwodziła Muhameda, że wyglądało na to, że ma ochotę się z nim przespać. Jej chodziło o uzyskanie wysokiej ceny za swoje towary i udało jej się to. Bułgar Georg nie chciał Baśki puścić do pokoju, wreszcie zawołała Jarka, aby z nią szedł. Była zmęczona i chciała się położyć. Wreszcie Jarek podszedł i razem weszli do pokoju. Przyszła Lucyna, która miała pojedynczy pokój i powiedziała, że ona nie będzie sama spała w tym pokoju, bo się boi. Baśka też powiedziała, że się boi, bo Georg chce w nocy przyjść do jej pokoju, a po to ma męża, żeby ją chronił. Lucyna nie zwracając na nic uwagi, przyniosła swoje torby do ich pokoju i zadomowiła się tu bez żenady. Chcąc nie chcąc Jarek poszedł do jej pokoju. Udawał, że go nie obchodzi co się wokół żony dzieje, ale jednak zazdrość zżerała go tak, że nie mógł spać. Bał się tu zaczynać awantur, zresztą z natury był tchórzem, ale nie chciał być zazdrosnym w oczach znajomych. Baśka i Lucyna, która miała apodyktyczny charakter i była dużo starsza od Baśki położyły się do łóżek niewiele do siebie mówiąc. W nocy uparty Georg podchodził do drzwi co kilka minut i pukał. Prawdopodobnie sądził, że jeżeli mąż śpi w innym pokoju, to ma dużą szansę na sukces erotyczny. I tak pukanie trwało prawie do rana, nie spały wcale i Lucyna wściekła powiedziała, że przez jej apsztyfikanta ona się nie wyspała.

- No to mogłaś spać u siebie, nikt by cię nie budził, bo na ciebie nikt nie ma ochoty.

To tak rozwścieczyło Lucynę, że zabrała swoje bagaże i poszła do towarzyszek. Teraz mieli dzień na robienie zakupów, a wieczorem pociąg do Jugosławii, gdzie mieli przenocować przed następnym pociągiem do Polski. Tylko raz w tygodniu był taki pociąg.

Poszli wszyscy razem na bazar i po drodze Loka opowiadała jak to do niej dobijał się Muhamed i musiały zabarykadować drzwi z panią Hanią. Teraz szedł z nimi jak gdyby nigdy nic i prowadził ich do bazaru.

W jego sklepie z kożuchami przebierały i wybierały, ale jakoś nic im nie pasowało. Lucyna wybrała dla siebie kożuch i szukała coś odpowiedniego na sprzedaż. Biżuteria była droga, nastawili się na kożuchy. Baśka z Jarkiem poszli szukać w innych sklepach. Znaleźli na końcu sklep gdzie był kożuch ładny i pasował na Baśkę, ale dość drogi. Targowali się i w końcu odeszli, sprzedawca dogonił ich i spuścił z ceny tak, że zdecydowali się go kupić. Kupili jeszcze kurtkę z jagniąt za jeden niesprzedany zegarek dopłacając trochę. W zasadzie nie mieli za co kupować, tak mało zarobili na tych swoich towarach. Jeszcze poszli do jednego sklepu i tam wzięli tani kożuch na handel. Umówili się z resztą towarzystwa na stacji i poszli piechotą w stronę dworca. Drogę już znali, nie było nigdzie daleko. Po drodze oglądali zabytkowe ruiny starożytnego Konstantynopola, teraz zwanego Istambułem. Widzieli po drugiej stronie Cieśniny Bosfor domy i drzewa. Pogoda była piękna, dzikie kwiaty porastały rowy. Wszędzie widać było zaniedbanie i brud. Przecież w samym hotelu przeżyli gehennę z powodu karaluchów. Mijali sklepy i widzieli towary na wystawach- bardzo drogie.

- Popatrz Jarek na te ceny, a myśmy tak tanio sprzedali, prawie za darmo wszystko. No trudno, daliśmy się nabrać, zresztą jakie mieliśmy wyjście.

Spotkali też sklep z kożuchami. Był duży wybór i dużo tańsze niż na tym „ Czarodziejskim Bazarze”. Sprzedawcy zachęcali ich do wejścia, więc weszli i Baśka przymierzała kożuchy. Były ładne, dużo lepsze i tańsze niż te co kupili. Mieli ze sobą na wszelki wypadek dolary i postanowili za nie kupić te kożuchy. Jeden dość obszerny, szary, z ładnym kołnierzem i drugi brązowy. Za obydwa zapłacili tyle, że jeżeli udało by się je sprzedać po cenach jakie były w Polsce, to zarobią podwójnie. Ucieszeni, że zamiast straty będą mieli zysk, szli dalej na dworzec. Biletów jeszcze nie sprzedawano, ale już parę osób stało w kolejce. Stanęli i oni. Minęła godzina i dwie, a kasa była dalej nieczynna. Wreszcie otwarto ją na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Za nimi kolejka była ogromna. Reszta towarzystwa przyszła dość późno i zażyczyli sobie, aby kupić im bilety. Jarek z Baśką stali już te dwie godziny i byli zmęczeni. Ale panie były jeszcze bardziej zmęczone. Kolejka z trudem posuwała się naprzód, a ilość biletów była ograniczona miejscami w pociągu. Do Baśki podszedł młody mężczyzna i poprosił o kupno biletu, bo ma bardzo pilny wyjazd, a nie zdąży już kupić, bo za duża kolejka. Baśka wzięła pieniądze i kiedy doszli do kasy kupiła mu ten bilet. Był bardzo wdzięczny i dziękował serdecznie.

Nareszcie siedzieli wszyscy w pociągu do Belgradu. Tam mieli dzień dla siebie i znowu po południu pociąg do Polski. Dojechali szczęśliwie z tym, że musieli na granicy wpisać ile kożuchów wiozą, aby żadnego nie sprzedać w Jugosławii. Panie trzymały się teraz razem, nie potrzebowały już mężczyzny do obrony. Na dworcu z tymi swoimi wielkimi bagażami mieli kłopot. Musieli iść zarezerwować w hotelu pokoje, a z bagażami było ciężko, no i kto był pierwszy miał szansę znaleźć pokój. Panie poleciły Baśce i Jarkowi pilnować bagaży, obiecując zarezerwować dla nich pokój. Pobiegły załatwić sprawę spokojne o bagaże. Wróciły po dwóch godzinach i oznajmiły, że dla nich nic nie załatwiły, bo trzeba było mieć paszporty. Bez nich nie można było nic zrobić. Zabrały bagaże i poszli wszyscy do hotelu. Panie miały klucze i ze śmiechem wyjechały na ostatnie piętro do swojego pokoju. Jarek z Baśką usiłowali się dogadać z recepcjonistkami w sprawie pokoju. Powiedziały, że nic nie ma i koniec. Baśka podsunęła perfumy jako łapówkę – nic nie pomogło, żadne prośby, żadne błagania, nie mieli żadnej szansy na pokój. Już z godzinę tak stali bezradni i zrozpaczeni nie wiedząc co zrobić. Już się zabierali wracać na dworzec i tam jakoś przenocować, kiedy ze schodów zszedł właśnie ten pan, któremu Baśka kupiła bilet. Widział, że tu stoją bez skutku i powiedział, że właśnie odjeżdża i jest wolny pokój. Dał im klucze, recepcjonistki nie miały nic do powiedzenia, musiały wziąć zapłatę i wpisać ich na listę klientów. Baśka podziękowała serdecznie i już radośnie szli z walizkami na pierwsze piętro do swojego apartamentu. Był to piękny pokój, czysty, elegancki z wygodnym dwuosobowym tapczanem. Była nawet łazienka obok, więc zaraz się wykąpali. Panie towarzyszki pytały w recepcji, gdzie poszli ich znajomi. Dowiedziały się w którym pokoju mieszkają i przyszły go zobaczyć. Niezwykle zdziwione pytały ile zapłacili. Okazało się, że tyle samo co i one. Baśka chciała widzieć ten ich pokój. Niechętnie ją tam podwiozły windą. Pokój był na ostatnim piętrze, obskurny i ciemny, a łazienka była w korytarzu.

- Coś takiego, za taką norę zapłaciłyście taką samą kwotę jak my za nasz piękny apartament. No widzicie, wasza złośliwość nie wyszła wam na dobre, przecież pani Hania była już raz w Turcji i wiedziała, że bez paszportu nie przyjmą w hotelu.

Tak, to była prawda, mogły tylko wziąć ich paszporty i nie było by problemu. Lucyna pod pozorami przyjaźni ukrywała zawiść i nienawiść, taka widać była jej natura.

Baśka z Jarkiem wyspali się znakomicie, a Jarek zdopingowany zalotami Georga, chciał pokazać jakim jest dobrym kochankiem, mimo tej swojej grypy. Mieli od rana kilka godzin na jakieś zakupy w Jugosławii. Można było używać tureckich pieniędzy i dolarów. Baśka kupiła tylko vegety i coś do jedzenie. Panie poszły osobno i umówili się, że spotkają się na dworcu. Pociąg był już podstawiony. Należało znaleźć wagony, które szły aż do Polski, bo inne były gdzieś po drodze odczepiane. Pociąg był długi i wreszcie znaleźli te odpowiednie wagony. Jarek i Baśka siedzieli już spokojnie w wagonie, mieli miejsca sypialne, bo podróż miała trwać kilkanaście godzin. Zbliżała się godzina odjazdu, a pań towarzyszek nie było. Baśka wyglądała przez otwarte okno coraz bardziej niespokojna. W ostatniej chwili zjawiły się i zdezorientowane rozglądały po tablicach informacyjnych pociągu, na których widniały różne nazwy miast docelowych. Baśka machała ręką, aż ją zauważyły na końcu pociągu. Dobiegły w ostatniej chwili i wsiadły. Lucyna nie posiadała się z wściekłości:

- To nie mogliście na nas czekać przed dworcem, tylko wsiedliście sobie. A gdybyśmy się spóźniły, to co? Musiałybyśmy same jechać.

- No nie przesadzaj moja droga, to już chyba był wasz interes pilnować czasu odjazdu pociągu. Dlaczego mielibyśmy i my ponosić koszty waszej lekkomyślności.

Ale Lucyna nie chciała słuchać, była zła. Wsiadły do przedziału obok, bo ten gdzie siedział Jarek i Baśka był już zajęty. Było to nawet szczęśliwe zrządzenie losu, bo Lucyna nie znosiła Jarka i komentowała poprzednio każdy jego żart i sposób bycia. Kiedy się śmiał, mruczała pod nosem: „ śmieje się jak cap”. Jednym słowem drażnił ją niebywale. W ogóle zatraciła w tej podróży poczucie jakiejkolwiek grzeczności. Być może wysiadły jej nerwy i nie potrafiła ukryć swojego złego charakteru.

Baśka zastanawiała się czy warto utrzymywać tę niby przyjaźń dalej. Na polskiej granicy była kontrola celna i Jarek z Baśką zapłacili cło za pięć kożuchów. Lucyna była już po kontroli i przyszła do ich przedziału sprawdzić jak im poszło z celnikami. Nie mogła się powstrzymać, aby nie wyrazić zdziwienia, że aż tyle kożuchów wiozą. Humor jej się zupełnie popsuł i w ogóle nie chciała z nimi rozmawiać.

- Aha, widzisz teraz jaka ta twoja koleżanka fałszywa - mówił Jarek - tak jej wierzyłaś.

- Tak, wierzyłam, ale już przestałam wierzyć – odpowiedziała Baśka – Ona już nie będzie moją najlepszą koleżanką.

Zamieszczono 29 marca 2026-03-29 r.


DZIWNY PRZYPADEK

Jak długo pamięta, Kaśka Bakuła zawsze musiała ciężko pracować. Przed wojną u pana na dworskim robiła na polu. Wtedy to właśnie dorobiła się dziecka. Był to chłopak, Staszek mu dała na imię. Teraz miała jeszcze cięższy los. Tułała się z chłopakiem po świecie, ale jakoś przeżyli i wojnę i okupację.

Po wojnie nastały inne czasy. Teraz nie robiła na pańskim tylko w PGR-ze. Tak samo musiała pracować i mieszkać w jakiś norach w czworakach podworskich. Staszek chodził do szkoły i sam się jakoś wychował, prawie na ulicy. Kaśka była analfabetką, żyła dniem dzisiejszym, świat ją o tyle interesował o ile zaspokajał jej prymitywne potrzeby.

Staszek wyrósł na wysokiego, przystojnego chłopaka. Nie chciało mu się do szkoły dłużej chodzić, a zresztą dla matki jego podstawowe wykształcenie to był szczyt możliwości. Bardzo była dumna, że umie czytać i pisać. Staszek nie lubił się przemęczać, wolał żyć przy matce i na jej koszt. Czasem poszedł gdzieś coś zarobić dorywczo. Kupował jakieś niezbędne ubrania, buty, a resztę przepijał, bo lubił sobie wypić. Czasy były takie, że nierób żył beztrosko.
W końcu poznał dziewczynę. Żyli razem i mieli dziecko. Mieszkali u matki, ale nie wystarczało na utrzymanie. Staszek Bakuła poszedł więc do milicji pracować. Tam mu było nieźle i mógł już wziąć cywilny ślub z Zośką. Dziecko zaniedbane i ciągle głodne umarło. Drugie wnet się urodziło, a i po nim zaraz trzecie. Jedne umierały inne się rodziły. Zośka była przeraźliwie chuda i aż dziwne, że żyła.
Staszek był tylko dwa lata w milicji. Od tego dobrobytu w głowie mu się przewróciło i po pijanemu w jakiejś restauracji groził rewolwerem, a nawet wystrzelił, tyle że w sufit. I na tym się jego kariera w milicji skończyła. Poszedł siedzieć do kryminału, ale nie na długo.

Matka przeniosła się do innego PGR-u. Tu dostała na mieszkanie starą chałupę podworską. Była tam sionka, kuchnia i dwie izby. Chałupa była bardzo stara. Ponieważ strzecha na dachu przegniła, zrobiono dach z papy. W środku w kuchni był duży piec, ściany pobielone wapnem, a podłogi przegniłe. Gnieździli się tu razem z karaluchami i stonogami, które oblepiały ściany.
Kaśka już od jakiegoś czasu żyła z Jaśkiem Bieluniem. Był to wysoki, chudy i schorowany chłop. Zostawił swoją żonę i dorosłe dzieci i przeniósł się do Kaśki. Ona latała codziennie do roboty, a wieczorem wracała i przynosiła bańkę mleka. Ciężko im było i jeść nie mieli co.

Staszek nie kwapił się jednak iść gdzieś do pracy. Od czasu do czasu poszedł gdzieś na budowę i coś tam zarobił. Jak im bieda dokuczyła i jeść nie było co, to Staszek umiał się podkraść do kurnika sąsiadów i ukraść kurę, kurczaka czy królika. Robił to tak sprytnie, że nikt nic nie usłyszał, ani też nigdy go nie złapali. Domyślali się tylko ludzie, że to on musi kraść, bo jak by przeżyli bez dochodów. Staszek miał sprecyzowane poglądy. Jeżeli ktoś miał więcej jak on, to jego święte prawo było wziąć mu, bo niby z jakiej racji on głodem przymierał, a inni mieli wszystko. Od czasu kiedy Jasiek Bieluń sprowadził się do matki, ona nie chciała oddawać mu swoich zarobków. Jasiek ją buntował i siedzieli osobno, w drugiej izbie. Staszek nieraz przylał Jaśkowi, ale to nie pomogło wiele, matka się wściekła i w ogóle nie chciała w niczym pomagać. Jasiek też lubił wypić i często był pijany. Nie robił awantur i z nikim się wiele nie zadawał. Żyli tak obok sąsiadów bogatszych i pracujących, którzy ich zupełnie ignorowali. Gdyby Staszek chciał pracować, to mógłby w jakiejś fabryce, czy choćby w tym PGR-ze, gdzie matka pracowała. Ale Staszek był leniwy i wygodny.
 
Stary Jasiek Bieluń  miał astmę i trudem oddychał. Nikt nic nie robił koło tej chałupy. Stała wśród wysokich pokrzyw i chwastów, dookoła pełno było śmieci, odpadków, butelek i smrodu. W starym, walącym się chlewie chowało się parę kur i królików. O paszę dla nich nie było trudno. Sąsiednie PGR-skie pola obsiane były pszenicą, kukurydzą czy burakami cukrowymi. Staszek i nawet Jasiek Bieluń nocami buszowali po tych zagonach z workami i kradli co było tylko możliwe do wzięcia. W pobliskim sadzie rosły piękne jabłonie. Dla Staszka nie było problemem zrobić dziurę w siatce i kraść nocami jabłka. Więc żyli sobie tak, bo kogo Pan Bóg stworzył, to go nie umorzył.

Jasiek miał zwyczaj w sobotę wieczór iść na piwo do baru w pobliskim miasteczku. Dziś też się wybrał, po otrzymaniu emerytury, późnym popołudniem na piwo. Był już październik, ale jeszcze było ciepło. W barze, w gronie takich jak on miłośników piwa, czuł się wspaniale. Zwykle pili aż do zamknięcia baru, tj. gdzieś do godziny 11-tej w nocy. Staszek też by chętnie poszedł się co napić, ale nie miał grosza przy duszy. Nawet na papierosy mu brakowało, a nie mógł się bez nich obejść. Patrzył więc ze złością na Jaśka, jak wystrojony w swoje jedyne ubranie, szedł na piwo. Kaśka nie odzywała się nic. Nie był jej prawowitym chłopem, to jak mogła mu czegokolwiek zabraniać. Staszek podejrzewał, że Jasiek ma wszyte w spodniach oszczędności. Jasiek nawet w nocy spał z tymi spodniami pod poduszką. Staszek myślał o tych pieniądzach dniem i nocą. W jego wyobraźni urosły do ogromnych rozmiarów. Śniło mu się nieraz, że rozpruwa te zaszyte pieniądze ze spodni Jaśka, a tu wylatują stówki i pięćsetki i rozsypują się po podłodze. Staszek próbuje je pozbierać, a one jak żywe uciekają mu spod ręki. Staszek wściekły próbuje nogami przytrzymywać banknoty, ale one rozstępują się jak powietrze i Staszek nie ma nic w rękach. Kiedy się budził, był aż cały mokry z emocji i pożądania tych pieniędzy.

A Jasiek zadowolony siedział w barze przy stoliku z kumplami i pili piwo z kufla. Kazał sobie podać kaszanki bo strasznie lubił kaszankę, a nie była droga i zajadał popijając piwem. Godzina zamknięcia zbliżała się i chcąc nie chcąc musieli wyjść z baru. Jaśkowi dobrze się w głowie zawracało, ale pożegnał się z kolegami i poszedł do domu. Noc była ciemna, a droga dosyć wyboista. Ciężko się szło Jaśkowi, ale znał ją dobrze, to chociaż powoli, ale zbliżał się do chałupy.

Przy drodze był duży rów, którym spływała woda z okolicznych pól. Do domu miał jakieś 150 m, kiedy zza drzewa, po drugiej stronie rowu, przy mostku ktoś cichutko wyszedł. Jasiek minął ten mostek, a dalej rów z wodą łączył się z niską podmokłą łąką, poczuł jak ktoś mu poderwał nogi i upadł do wody. Próbował się podnieść, zdążył tylko podźwignąć się trochę i podnieść głowę do góry, kiedy ktoś usiadł mu na plecach i wsadził głowę do wody. Jasiek się chwilę szamotał, w końcu przestał się ruszać. Ktoś pomacał jego spodnie w pasie, szukał gorączkowo rękami, nie było nic, zwykły materiał, pusto w środku. W portfelu były tylko trzy stówki i nic więcej.

Jasiek leżał z głową w tej wodzie do rana. Jakiś rowerzysta wczesnym rankiem zobaczył jego ciało leżące w nienaturalnej pozie przy rowie. Podjechał pod milicję powiedział co widział. Wóz milicyjny szybko przyjechał na miejsce. Nie ulegało wątpliwości, że człowiek nie żyje. Sąsiedzi zbiegli się zobaczyć co się stało. Od nich milicjanci dowiedzieli się gdzie mieszka Jasiek Bieluń. Kiedy tam przyszli chałupa była zamknięta, wszyscy spali. Dopiero po dłuższej chwili Kaśka zaspana otworzyła drzwi.
- A co tam chcecie? – spytała.
- Czy tu mieszka Jan Bieluń? – spytał milicjant.
- Mieszka, nie mieszka, a co?
- Czy jest w domu?
- Nie ma go od wczora wieczór, jak kajś poszedł pić, tak pewnie i pije jeszcze.
- Pewnie pije, ale wodę z rowu. Chodźcie zobaczyć czy to on.
- Jezu Chryste, co wy gadacie!- i Kaśka poleciała za milicjantem.

Faktycznie to był Janek. Cały ubrudzony błotem, siny na twarzy i nieżywy. Kaśka zaniemówiła, co teraz będzie, ani to nie jej chłop, ani za co pogrzeb mu zrobić.

- To nie mój chłop. On ma swoje dzieci i żonę to go tam zabierzcie- powiedziała.
- A kiedy ludzie mówią, że u was mieszkał- powiedział milicjant.
- A co ta ludzie pletą, czasem ta przychodził jeno.

Faktycznie w dowodzie był inny adres zamieszkania Jaśka. Zabrali ciało do kostnicy. Lekarz sądowy stwierdził, że się utopił będąc w stanie nietrzeźwym.
Żadnego dochodzenia nie było.

Zamieszczono 6 kwietnia 2026 r.

Antonina Radzięda
 


comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2026 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com