Można? U nas wszystko można.
(Przymrużonym okiem Zofii Mantyki)
2026-04-02
Przymrużonym okiem Zofii Mantyki Można? U nas wszystko można. Na imieniny wpada do mnie – równie wiekowy jak i ja – sąsiad z… butelką Biovitalu. Ten niestrudzony, miły staruszek jest namiętnym obserwatorem sceny politycznej. Jak przystało na konserwatystę i zacnego prawicowca, przychodzi do mnie na imieniny, bo urodzin niecnota nie uznaje. Uważa, że imieniny to impreza na dzień świętego patrona, a nie jakiś tam – za przeproszeniem – „gyburstag”. Trudno się z nim nie zgodzić, faktycznie jest w takim podejściu sporo roztropności. Otóż w pewnym wieku, zwłaszcza u płci piękniejszej – a obaj staromodnie utrzymujemy, że liczba płci jest skończona – obchodzenie urodzin wywoływać może różne dysonanse. Niezależnie od płci, będąc na urodzinach kogoś grubo po dziewięćdziesiątce, nikt z obecnych raczej nie ośmieli się zaśpiewać tradycyjnego „Sto lat”. Ale jest i dobra wiadomość: ludzie sędziwi, ni stąd, ni zowąd, staną się bardzo cenni, jak – nie przymierzając – zasoby złota w NBP. Dlaczego? Sąsiad – z wypiekami na twarzy – zgrabnie mi to wyłuszczył. To, że nasza wartość tak gigantycznie poszła w górę, to zasługa… miłościwie panującego prezydenta. Zawiła interpretacja rzeczywistości stwarza nam niepowtarzalną szansę ogrzania się w blasku jego wielkości. Czcigodny możnowładca wybiera sobie, od których sędziów do Trybunału Konstytucyjnego przyjmie ślubowanie, a od których nie. Tak, tak właśnie robi. Jeśli ktoś – jego zdaniem – jest za niski, za gruby albo kojarzy mu się z cyklistami czy innymi popaprańcami, to pomimo że został wybrany zgodnie z procedurami – złożyć ślubowania nie może i po balu. „Nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobi?!”. Jeśli w przyszłym Sejmie, Senacie, sejmikach wojewódzkich, radach powiatu i radach gmin „przewodniczący senior” prowadzący pierwszą sesję zastosuje ten model postępowania – a dlaczego nie? – to będzie podobny, wyjątkowo piękny burdel. I tak ma być! Już widzę te gorączkowe poszukiwania nobliwych kandydatów na listy wyborcze. Gra będzie się toczyła o to, by mieć możliwie najstarszego – tego, który poprowadzi pierwszą sesję i będzie przyjmował (bądź nie) ślubowania od parlamentarzystów i radnych. Od „swoich” przyjmie, a od innych nie i… pozamiatane. Przezorne trzeba będzie mieć „wapniaków” trochę więcej, gdyż nie wiadomo, który od daty ogłoszenia wyborów do pierwszej sesji… dociągnie. Z tymi staruchami to zawsze jest loteria, bo niby taki żwawy i nagle… ciach i usługi funeralne. Sąsiad przypomniał mi, jak przed trzema laty, po skończeniu siedemdziesiątki, postanowiłem dać sobie spokój i nie chciałem już startować w wyborach, uważając, że jestem za stary. Niebawem okaże się, że ludzie w moim wieku i nawet dużo starsi będą na wagę złota. W krainie „Króla Ubu” każdy absurd jest do pomyślenia. Takich nonsensów nawet Alfred Jarry by nie wymyślił. Nasz pożal się Boże establishment, zapatrzony w najjaśniejsze gwiazdy na firmamencie, czyli „piekłowszczyków” Putina i Trumpa, postępujących według zasady pacta sunt delenda (pakty należy zniszczyć), usiłuje robić to samo. Mężami stanu zostają goście o manierach troglodyty. Za oceanem co rusz pojawiają się figury, które małpujemy. O prezydencie Fordzie mówiono, że nie może jednocześnie żuć gumy i chodzić, bo trudno mu wykonywać dwie czynności naraz. Coś nam to jakby przypomina. Obecny demiurg w Waszyngtonie, którego imieniem nazywają przeróżne obiekty, gdy zajrzał w oczy Putinowi, dojrzał w nich obszary cnoty rozległe niczym Stepy Akermańskie i szczere zamiłowanie do… demokracji. Bo to, jak twierdzi… wspaniały człowiek jest. Odnoszę czasem wrażenie, że jestem pod prysznicem, z którego zamiast wody tryska szlam i pomyje. Jest tak jak w „Rewizorze”: jedyny porządny człowiek to prokurator, ale i on – świnia. Urządzamy derby w debrach. Telewizja i media społecznościowe zachwycają programem dla „służby domowej”, a przy robactwie reklam, memach i rolkach, dawne komiksy to dzieła sztuki. Jak to oglądam – bo miewam niekiedy masochistyczne potrzeby – rozkoszuję się tymi kretynizmami jak dziecko zapałkami. W „Republice”, czyli „domu wolnego słowa”, czy też w „wolnych mediach”, czyli TVN, widzowie karmieni są papką dezinformacyjną. Nieodparcie przypomina to czasy PRL, gdy można się było dowiedzieć, że „mięso wprawdzie zdrożało, ale potaniały lokomotywy”. Jak widać, Polacy potrafią wykończyć się sami, bez większej pomocy ościennych wrogów. Wszystkie partie gryzą się jak kundle na podwórzu. Kiedyś byliśmy „pawiem i papugą narodów”, niebawem nasza rola sprowadzi się do „osła trojańskiego”. Trzymamy się imponderabiliów jak podartego prześcieradła. Jerzy Pomianowski w swojej książce „Na wschód od zachodu. Jak być z Rosją” pisze: jak długo Ukraina pozostaje niepodległa, restytucja imperium Rosji nam nie grozi. Chętnie bym zakończył jakimś optymistycznym zdaniem, ale jakoś uparcie nie chce mi ono spłynąć z klawiatury. Obecne zderzenie na osi Iran–Izrael–USA to niewyobrażalny koszmar, niemal eschatologiczny, a my zachowujemy się jak brzydka panna na balu. Nie dość, że brzydka, to jeszcze humorzasta i głupia jak but z lewej nogi, zdziwiona, dlaczego nikt nie chce z nią tańczyć, skoro jest taka znakomita „od morza do morza”. Dobra, dość tego narzekactwa. Zbliżają się święta Wielkiej Nocy, zatem wszystkim szanownym Czytelnikom – zarówno tym, którzy mnie aprobują, jak i tym, których irytuję – przesyłam serdeczne życzenia. Miejmy nadzieję, że Bóg da i kolejny raz nam się upiecze.
Ryszard Ożóg
|