Przymrużonym okiem Zofii Mantyki
Czy dogmaty są dogmatyczne?
Jak jest, widzimy – a może jednak nie widzimy, lecz tylko… błąkamy się po świecie, szukając niewidocznego sensu? Już samo zastanawianie się nad dogmatycznością dogmatów jest podejrzane i zalatuje siarką. W świecie głoszonych wartości trwa nieustanna walka o prymat i wyłączność na ich głoszenie. Głosiciele prawdy zarzucają sobie nawzajem niszczenie i demontaż religii. Ostatnio głośnym echem odbiła się kolejna odsłona rywalizacji lefebrystów z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X z Kościołem rzymskokatolickim. Czy to walka o pryncypia i rewizję dogmatów, które kształtowały się przez stulecia?
Jako człek przekorny z natury, lubiący sobie mantyczyć niczym Smerf Maruda, jakoś nie potrafię nie widzieć komizmu w tej skądinąd poważnej, ba, wręcz fundamentalnej kwestii. Dla sardonicznego laika dyskurs ów jawić się może jak – nie przymierzając – roztrząsanie dylematu: czy aby istnieje wódka bezalkoholowa?
Zauważyć wypada, że nie mniej aktywni są niesłychanie merytoryczni przeciwnicy ekumenizmu, podnoszący destrukcyjną działalność niejakiej Marii Winowskiej, współautorki listów milenijnych polskich biskupów z prymasem Wyszyńskim na czele. Otóż ta nieszczęsna niewiasta odegrała swą niecną rolę w tym haniebnym procederze. W skład V kolumny weszły jeszcze: córka łużyckiego Niemca, romanistka, siostra zakonna Joanna Lossow – franciszkanka z Lasek – i… luterańska diakonisa Regina Witt. To właśnie one doprowadziły do stworzenia Ośrodka Ekumenicznego Jana XXIII przy kościele św. Marcina w Warszawie. Przedstawcie sobie Państwo, że z ich zdaniem liczył się niestety i późniejszy papież Karol Wojtyła.
Zdaniem mojego Sąsiada ów zainicjowany ferment zaowocował chorobą, na którą zapadł polski Kościół. Obok takich osobliwych księży, jak: Władysław Korniłowicz, Bolesław Kominek czy Michał Sopoćko, pojawiły się – bo jakżeby inaczej – takie figury, jak choćby: Zdzisław Najder, Leszek Kołakowski, Jan Józef Lipski, Jan Olszewski i wielu, wielu innych. To daje obraz antypolskiej destrukcji, jaka podstępnie oplatała swymi mackami nasz naród i Kościół. Cokolwiek by mówić, w przedwojennym Kościele nie do pomyślenia było, by kobiety tak się szarogęsiły. W Polsce miejsce białogłów było jednoznacznie określone. Nasz kraj to Ojczyzna, a nie, za przeproszeniem, matczyzna; jedynie poetom roi się określenie macierz, ale te pięknoduchy nie wiedzą, że to termin z matematyki.
My tu sobie gadu-gadu, a tymczasem w grodzie nad Uszwicą się dzieje, że ho, ho. Przez miasto lotem błyskawicy gruchnęła budząca grozę wieść, że likwidują Powiatowy Publiczny Zakład Opiekuńczo-Leczniczy. Mieszkańcy wstrzymali oddech, gdyż podobno starosta zamachnął się na PPZOL, jak – nie przymierzając – stachanowiec Witek zamachnął się śledzikiem na Mateusza Birkuta w „Człowieku z marmuru”. Co z tego wyniknie – któż to wie? Żartów nie ma i na razie lepiej nie chorować, zwłaszcza na choroby terminalne, bo jak widać, sytuacja jest jakby dramatyczna. Przy okazji amatorzy wyszukanego słownictwa zgadują, które też słowo ma mieć do tegoż przypadku zastosowanie: konsolidacja czy inkorporacja?
Jest i druga – dla niektórych równie hiobowa – wieść, wstrząsająca Brzeskiem niczym honorowa salwa oddana z broni ręcznej. Otóż opowieści o utworzeniu jednostki wojskowej, które niektórzy – w tym niżej podpisany – traktowali dotąd jako folklor polityczny i „bajanie na ścianie” o „Misiu Wędrowniczku”, nabierają rumieńców. Rumieńców nabierają też niektórzy z mieszkańców, którzy nie należą do specjalnie odważnych i oczami wyobraźni już widzą sympatyczne rosyjskie rakiety likwidujące sprzęt z programów Narew, Pilica+ i San, a… przy okazji pół miasta. Jakimż trzeba być tchórzem, by siać tak defetystyczne brednie!
A tymczasem: „Na wojnie zabijają się nawzajem ludzie, którzy zupełnie się nie znają, w imię idei, czyli interesów ludzi, którzy doskonale się znają, ale się nie zabijają” – jak bredził Paul Valéry. No tak, ale ten pajac to był porąbany poeta, a wiadomo – poeci to stwory z innej planety. Cykliści, pacyfiści, artyści i cała ta banda hamletyzujących pięknoduchów stanowi zwyrodniałą narośl na zdrowym ciele ludzkości. Mantyczą i kombinują, a wojskowe buty to metafora świata, który wciąż wymyka im się z rąk, a raczej z nóg.
No cóż, szary człowiek jest potencjalnym truchłem bez okularów, niczym Eugenia z książki Anny Marii Ortese „Il mare non bagna Napoli”. Widzi złudzenia bez złudzeń. Zaś sam Neapol – tkwiący u stóp Wezuwiusza, który w każdej chwili może wpaść na pomysł, by wybuchnąć – to podana w pigułce egzemplifikacja świata rządzonego przez dogmatyczne mafie dbające o rygor moralny, w którym dogmaty pełnią rolę aksjomatów. Sąsiad – jak to on – szyderczo pokpiwa, że sprowadzenie do miasta pułku przeciwlotniczego to jakoby „zemsta faraona” za to, że nie udało się na Żabiej Górze przy Szczepanowskiej utworzyć hal Panattoni.
Swoją drogą, jako zardzewiały oficer rezerwy, były absolwent SOR przy Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie, który miał praktykę dowódczą w 111. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej (JW 1260) stacjonującym w Zgorzelcu, mam swoje spojrzenie na to fascynujące zamierzenie. W budynkach internatu przy ZSME na Piastowskiej z trudem mieściło się kiedyś trzystu uczniów. Same obiekty kwaterunkowe dla tysiąca żołnierzy to potężna kubatura; jeśli dodać do tego sprzęt i logistyczne zabezpieczenie, to łatwo wyobrazić sobie skalę przedsięwzięcia. No tak, tyle że do tego trzeba mieć wyobraźnię, jakiej ja, zdziwaczały, mantyczący trefniś, jako żywo nie posiadam. A z dogmatami się nie dyskutuje. Spocznij!
Ryszard Ożóg