Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

4 czerwca (wtorek) Promocja mowej książki Józefa Barana   (Lucjan Kołodziejski) 

W marcu b.r. nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się najnowsza książka Józefa Barana zatytułowana „Spadając, patrzeć w gwiazdy”. Stanowi ona właściwie kolejny, trzeci tom jego dzienników, obejmujący lata 2008-2012.

Tematyka poruszana przez autora jest bogata: obejmuje sprawy, którymi przez te lata żył, odnosi się do wielu osób, z którymi obcował. W moim krótkim opisaniu najnowszej książki J. Barana chciałbym polecić uwadze Czytelników portalu wybrane fragmenty odnoszące się do Borzęcina i jego mieszkańców. Autor ma w rodzinnej miejscowości wiejski domek, w którym przebywa, gdy znuży go gwar miasta. W lecie można go spotkać jadącego rowerem po drogach i bezdrożach gminy Borzęcin.

 

Promocja najnowszej książki J. Barana w Borzęcinie odbędzie się w dniu 4 czerwca (tj. wtorek) o godz. 19.00.


Organizatorem jest GOK i GBP w Borzęcinie. Miłośnicy jego twórczości będą mogli wtedy spotkać się z autorem i otrzymać jego autograf.

Poniższe cytaty pochodzą z tej książki.

 

Matka

 

„ – No i powiedz, z cego ten cłowiek tak żyje na tym świecie i dlocego sie tak mency? Jak se tak wcora lezałam i cekałam na jednosto godzine przed południem, to mi przysło do głowy, ze cy docekom do ty jednosty, cy nie, to i tak ni ma zodnego znaczenia dla nikogo, ani lo świata, ani lo mnie … Po co to wszystko, Józku, no powiedz … (s.177)”

 

Równie wzruszający jest opis trzydniowego pobytu poety przy łóżku chorej 98-letniej matki. Obraz jej cierpienia, bólu, i wyglądania na śmierci jest niezwykle sugestywny.

 

(…)

 „Drugi dzień u mamy przy łóżku …

Mama dziś nerwowa:

- Zmień kołdrę na pierzynę, bo mi strasznie zimno.

- Zedrzyj ze mnie pierzynę i daj kołdre, bo mi strasnie gorąco.

- A cóz tak cytos i cytos? (Czytam II tom dzienników Mrożka).

- A cóz tak chodzis po izbie, a usiądźże!

- Nie kiwoj się tak!

- Podnieś mnie wyzej.

- Opuś mnie nizej.

- Nizej!

- Wyzej!

- Wyzej, nizej!                                                                                        
- Przynieś mi jesce jedno poduske, odkryj mi nogi (odkrywam), rozetrzyj stopy (rozcieram), znajdz sweter w szafie i ubierz (ubieram), zdejm-ze mi ten sweter, bo mi gorąco (zdejmuję). A opowiedzze mi, co tam u ciebie w Krakowie, nie siedź tak, boś do mnie przyjechał, a nie do ksiozki (opowiadam, ale mało słyszy).” … (ss. 289/290)

 

Adam

 

J. Baran ocalił w swojej książce Adama Świątka, samotnie mieszkającego w lesie na granicy Borzęcina i Dołęgi (zobacz także -->>). Pisze: „Na swój sposób prowadzi życie godne i okoliczni menele, zapędzający się tu czasem w poszukiwaniu pieniędzy na papierosa i jabola, mogliby się od niego – gdyby oczywiście chcieli, ale nie chcą – wiele nauczyć. Na przykład kucharzenia czy konserwowania przetworów … Zanurzam się przez chwilę w jego soczystej, archaicznej polszczyźnie i czuję, jakbym dudlał udojone mleko prosto ze skopka mamy albo w źródełku leśnym się przeglądał, do którego nas prowadzi.” (s. 237)

 

Ludzie

 

Potrafi dostrzec i z wielką wnikliwością opisać ludzi, z którymi się spotyka i rozmawia.

 

„Są ludzie, którzy nie wyścibiają nosa poza własny byt. Widzą wszystko wsobnie, z perspektywy mrówki, kury. Nie potrafią spojrzeć na siebie od-sobnie, z perspektywy bliźniego, cóż dopiero z perspektywy obcego; z lotu sokoła, który ma za nic wszelkie granice. Nie potrafią wyjść ze skorupy i spojrzeć na siebie z boku, z wysoka, z daleka. Nie potrafią wyjść z jajka o długiej nazwie „Jakiegoś mnie, Panie Boże, stworzył – takiego mnie masz” i spojrzeć na siebie z perspektywy innej kultury, innego narodu, innej epoki. To wcale nie musi dotyczyć ludzie niewykształconych. Znam profesorów, którzy nigdy z siebie naprawdę nie wyszli, zawsze tkwili w bezpiecznej skorupce (…)” ( ss.229/230)

 

Lato

 

„Niemiłosiernie piękne lipcowe dni przepływają nad równiną, nad moim letnim domem w Borzęcinie, nad moim ogrodem; przez równinę, przez dom, przez ogród, przeze mnie. (…) Noc lipcowa, zduszone głosy dobiegające z sadu, dźwięki muzyki jak z innej planety, planety Wesela. Tam gdzieś daleko we wsi tańczą, a tu, w domu, człowiek przewraca się z boku na bok, pragnąc zgasić resztki gwaru dnia, co w nas nie chce dogasać. Tęsknota za czymś, za kimś, za młodością.” (ss. 230/231)

 

Zima

 

„Wreszcie prawdziwa zima: gwiazdki śniegu skrzą się pod butami … Borzęcin. Święte przymierze dla równiny, pod śnieżną kołderką śpią w pokojowym współistnieniu pola tak jeszcze niedawno pokrajane miedzami, niekiedy zwaśnione. Nie widać, czyje pola i czyje zagony i do kogo należą, wszystko wspólne; nie uświadczysz granic między gospodarstwami; (…) Śpią też snem wiecznym groby i grobowce. Święte przymierze dla skłóconych za życia, dla biednych i bogatych, wszyscy stali się równi w Borzęcinie przysypanym białą kołdrą.” (s.133)

 

Lucjan Kołodziejski

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2020 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com