Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Romantyka wiosenna przed wiekami  (Jacek Filip)  2015-04-14

Wiosnę widać już nie tylko w kalendarzu, ale i wokół nas. Budzą się do życia kwiaty, ptaki, a i ludzie jakby trochę pogodniejsi. Jak poświadczają poeci, wiosenna botanika zwykle dobrze służyła dziełu miłości, bo zawsze swoimi listkami i kwiatkami pomagała wyrazić to, czego domagały się niezwłocznie, szczególnie w tej porze roku, serca rozpierane przez wzruszenia. Szukano zatem podpory w bukietach i bukiecikach, istniała wielce rozbudowana „mowa kwiatów”, w konwersacjach, śpiewach czy liryce obowiązywały określone metafory i wyrażenia.

Andrzej Morsztyn już w XVII wieku zachęcał pannę Jadwigę do gry w zielone:

Maj rozkwitł drzewa, więc starym zwyczajem
Ustrójmy sobie, Jago, skronie majem
I grajmy z sobą o zakład w zielone...

W razie przegranej poety panna miała otrzymać od niego naszyjnik, a gdyby to jemu się poszczęściło, Jadwiga musiała mu dać „trzykroć gęby”. Może mniej wykwintnie brzmiały śpiewki w wiejskich chatach, ale i one trąciły przecież tematyką miłosną.

Ścieli bucka, ścieli,
już się nie zieleni,
już ta nie panienka,
co się nie rumieni...

Trochę inaczej na początek wiosny patrzyły czujne i rozważne oczy gospodarskie. Mikołaj Rej proponował swoim czytelnikom zajęcia w sadach i z wdziękiem smakosza sławił pana i panią, gdy w wirydarzu, korzystając ze słońca "wineczka i różyczki sobie przesadzają, ziółek, rzodkiewek, sałatek, rzeżuszek, malineczków, ogóreczków, majeranku, szałwijki, więc włoskich grochów, wysokich koprów, brzoskwiniowej, morelowej, maronkowej kosteczki doglądają”.


Praca w sadzie, 1693

A co widział kmieć? Już rano, jeszcze stojąc na progu chaty, widziało się sporo. Bociek na dachu? To ptak, którego gniazdo chroniło przed złymi chmurami, a ponadto istota obdarzona wieszczą naturą. Jeśli zachowywał się niespokojnie, można było spodziewać się wojny. Jeśli wyrzucił z gniazda jajko czy pisklę, niechybnie nadchodził głód, drożyzna, nieurodzaj. Sroka? Lepiąc swą siedzibę, instruowała, z której strony trzeba naprawić strzechę. Jaskółka? „Doradzała” w sprawie zakupu konia. Przed pójściem na targ należało trzykrotnie obrócić się na piętach wołając: „Proszę, powiedz mi waści, jakiej mam wziąć maści?”, a później śledzić uważnie, jaki włos z końskiego ogona tak pytana jaskółka zanosi najpierw do swojego gniazda. Szanowano tego ptaka ogromnie, bo wiedziano, że rozeźlony może przefrunąć nad krową i zaczerwienić jej mleko. Za to wolno było znęcać się nad muchami, bo to przecież są pszczoły diabła. Sądzono, że kto rozdepcze pająka, dostanie za to sto dni odpustu. Jeśli zauważono żmiję, to wołano: „Żmija! Żmija! Najświętsza Panno podaj mi kija!” - i co śmielsi przystępowali do krwawej rozprawy.

Z wiosną ożywiała się też brać pasterska. Dzisiaj pasterze kojarzą się nam raczej z dziećmi wystającymi ze znudzonymi minami przy bydle, lecz kiedyś pasterzem można było być do końca najdłuższego życia, samo zaś zajęcie nie należało do najrzadszych na wsi. Gdy powiało kwietniowym ciepełkiem, zapalały się pierwsze ogniska, strzelały baty, zawodziły wierzbowe fujarki. Z różnych wygonów, przylasków i nadrzeczy dało się słyszeć śpiew:

Nie wyganiaj owcarecku
owiec na rosę.
Jak ci owce pozdychają
to cię powiesą…

Albo:

Oj, świnie, moje świnie,
chodzą po dębinie.
A co jedną nawrócę,
to mi druga ginie…

Jak widać choćby z tych dwóch śpiewek, los pasterzy nie był łatwy, a przy tym, mieli jakby różne specjalności. Byli wśród nich owczarze, koniarki, świniopasy, skotarze (w Poznańskiem kozacy, czyli pasterze doglądający bydło), cielęciarze, źrebięciarze, gęsiarki i odgadziny, czyli pasterki zajmujące się kurami. Tworzyły się hierarchie i pasterskie autorytety. Owczarzy uważano za pomocników diabła, dlatego trochę się ich bano, chociaż zasięgano u nich porad znachorskich. Koniarki wyśmiewali się ze skotarzy, a żadne pióro nie spisało, ile drwin spotkało małych nieszczęśników, którzy paśli świnie albo kury.

Pasienie zaczynało się zwykle od kur, co następowało w wieku pięciu lat. Potem awansowało się do gęsi, potem do świń, by wreszcie od ósmego roku życia „dostąpić zaszczytu” wyganiania bydła i „nawracania” go „od szkody”. Za pastuchów godzono starców, kaleki, półgłówków, niekiedy brano paroletnie dzieci, i tak tworzył się ów szary, obdarty i zawsze głodny światek, który od świtu do nocy uganiał się za gospodarskim dobytkiem.
Towarzyszyły im piosenki wygrywane na fujarkach. Panowało przekonanie, jakoby z wierzby, która nigdy nie słyszała piania koguta lub szumu wody, miały powstać fujarki odzywające się ludzkim głosem. Ale nie tylko z takiej wierzby:

Graj pastuszku, graj,
Bóg ci pomagaj.
Starsza siostra mnie zabiła,
Młodsza siostra mnie broniła.
Graj pastuszku, graj,
Bóg ci pomagaj…

Tak miała lamentować fujarka ukręcona z wierzby wyrosłej na grobie zamordowanej dziewczyny, opowiadając dalej, że zbrodniarka, która się tego czynu dopuściła,  została przykładnie ukarana.


Wiosna, 1512

Na Kujawach dorośli pasterze wybierali swego króla. Kto chciał zyskać ten tytuł musiał w umówiony dzień – zwykle były to Zielone Świątki – sprostać takim warunkom: najwcześniej wypędzić swe stado na pastwisko, a gdyby napotkał tam już wcześniej przybyłych konkurentów – zwyciężyć w gonitwie. Pasterskiego monarchę lub monarchinię spotykały liczne honory. Otrzymywali wieńce, paradne pióra i pierścienie, jedli podczas okolicznościowej biesiady najlepsze specjały, przewodzili w tańcach, które trwały wtedy od rana do wieczora, mieli też do usługi marszałka dworu, kucharza i piwnicznego. Dodatkowo gospodarze w ten dzień pozwalali im wydoić krowy i skorzystać z wszystkiego mleka. A ci, którzy przegrali wyścig o koronę, musieli przez trzy dni spełniać wszystkie pastusze obowiązki.


Chłop polski, 1512

Wyścigiem zaczynał się również inny zwyczaj wiosenny, zresztą bardzo okrutny: ścinanie kani, ptaka, którego uważano za porywacza dzieci. Najczęściej w pierwszą niedzielę czerwca kaszubscy kawalerowie ścigali się na łąkach i polanach, biegnąc ku swoim czapkom położonym trzysta kroków dalej. Zwycięzca otrzymywał tytuł sołtysa, pozostali uczestnicy tych zawodów tworzyli sąd. Na jednym z nich spoczywał obowiązek złapania kani. Kiedy zebrała się już cała wieś, urządzano obrzęd ścinania. Wszyscy ustawiali się nad wcześniej przygotowanym dołem. Ten, który złapał kanię, podawał ją sędziemu, zwanemu katem. Przed egzekucją sołtys wygłaszał mowę, w której groził kani, że się z nią rozprawi, co zresztą za chwilę się stało, kiedy kat za jego przyzwoleniem uciął ptakowi głowę.

Egzekucji dokonywano nader ceremonialnie, naśladując te, w których ścinało się ludzi. Zanim kat dokonał swego makabrycznego czynu, ostrzegał:

Moje miłe matki,
Strzezżece wasze dziatki,
Abé nie przeszle pod katowskie rące,
Bo to jo nie tracę, ale prawo traci…

Ptaka rzucano w dół i zakopywano. Co oznaczało to krwawe widowisko? Karanie samej „winowajczyni”? Czy może było także swoistą lekcją wychowawczą adresowaną nie tylko do owych matek, ale i do dzieciarni uczestniczącej w tych okropieństwach?

Zapomnijmy lepiej o tej romantyce.

W oparciu o Józefa Szczypka „Kalendarz Polski”, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1979 - opracował Jacek Filip.

* Zamieszczone reprodukcje pochodzą z w/w książki.

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2020 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com