Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

A kiedyś wypadało...  (Jacek Filip)  2015-10-08

Nietrudno zauważyć, że wiele dawnych zasad tzw. dobrego wychowania w dzisiejszych czasach „wypadło z obiegu”, a najlepszym tego przykładem jest grzecznościowe ustępowanie miejsca osobom starszym oraz kobietom w poważnym stanie w środkach komunikacji, kłanianie się sąsiadom, nawet tym ze wspólnej klatki schodowej, czy przy powitaniu całowanie w rękę przedstawicielek płci pięknej. Ba, ten ostatni zwyczaj może być obecnie potraktowany jako tzw. zachowanie nieobyczajne i podpadać „pod paragraf”.

A choć grzeczność „nie jest nauką łatwą ani małą” – jak mówi Sędzia w „Panu Tadeuszu”, dawni Polacy potrafili ją opanować, co spowodowało, że słynęliśmy z naszych przymiotów towarzyskich, dorównując prym wiodącym w tym względzie Francuzom. Już literatura staropolska daje wykładnię, jak należy zachowywać się przy stole (wiersz Słoty), by  w pochodzącym z XVI w. „Dworzaninie” Górnickiego zawrzeć finezyjny kodeks grzeczności, a raczej „polityki”, bowiem wtedy nie używano słowa „grzeczność” w dzisiejszym znaczeniu. Bez względu jednak na to „jakikolwiek był termin, jest faktem, iż zawsze staraliśmy się o ogładę, galanterię, szyk, brzydząc się chamstwem i gburowatością, a osobnicy, którzy o tym nie pamiętali, rzadko kiedy mogli brylować na gruncie towarzyskim.” (*)



Prawdą jest, że w przeszłości (podobnie jak dzisiaj) korzystaliśmy z obcych wzorów, nierzadko bezkrytycznie je naśladując, wiele jednak wzorów i reguł zachowań ma jak najbardziej polski rodowód, a przynajmniej zrosło się tak silnie z poczynaniami naszych pradziadków, że stanowiło o ich odrębności obyczajowej, wyraźnie odróżniając się od „przepisów” sprowadzanych z innych krajów.

„Któż tak jak my był rycerski wobec dam, chociaż zdarzały się również rady, by trzymać je mocno na munsztunku lub zgoła tresować pasem! Kto zadziwiał swoim dostojnym ukłonem albo tyle sił i środków poświęcał zawsze gościom, niejednokrotnie puszczając ich od siebie dopiero z furą podarków! Kto miał takie ogromne, a przy tym wciąż jakby grożące eksplozją, bo wielce uraźliwe poczucie honoru!” (*)



Kobieta u nas (której zresztą nikt tak w dawnej Polsce nie nazywał, chyba że chodziło o rozpustnicę!) cieszyła się od wieków różnorakimi względami, chociaż Rej określał je jako „naród mdły”, a Mickiewicz nazywał „puchem marnym”. Chociaż nie zasiadały w senatorskich fotelach i nie pełniły jakichkolwiek urzędów czy misji poświadczonych pieczęciami z wosku, to z paniami należało się liczyć. „Kobiecie należały się honory towarzyskie, zwłaszcza że sama z czarującym uśmiechem umiała tego dopilnować, a ponadto, zasłaniając się swą pozorną słabością jak Pallas Atena tarczą, krok za krokiem poszerzała dla siebie kwieciste areały przywilejów.” (*)

Czym wyróżniał się dawny polski ukłon? Otóż sięgał on niemal do ziemi, a wspierał go charakterystyczny gest lewej ręki, którą, pochylając się, kładziono „na sercu”. Ukłon ten oprócz czci dla partnera zdawał się również wyrażać zadowolenie z własnej kondycji, wieku czy rodu. Na piękne ukłony stać było nie tylko szlachtę, ale również chłopów, gdy spotkał gdzieś jeden drugiego, a chwila była sposobna. Zresztą do dziś wiekowi mieszkańcy wsi tak właśnie się witają. Od wieków też lubiliśmy się rzucać w ramiona krewniaków, druhów czy sąsiadów, ściskać się i cmokać „z dubeltówki”, nierzadko okraszając takie powitanie łzami. Szczególnego zachowania wymagały spotkania z rodzicami. „Dawny Polak, kiedy witał się lub żegnał z nimi, całował ich obowiązkowo po rękach, a przed matką należało jeszcze zgiąć kolano (córka zginała oba), choć nie zaszkodziło, gdy ktoś padał na klęczki i z synowskim oddaniem kładł głowę na matczynym łonie.”(*)

Z tego klękania i całowania rąk jednak pozostało coś do naszych czasów, choć przybrało inną formę i nie ma związku z rodzicami. Piszący w XIX w. Łukasz Gołębiowski wspomina, że szlachcic równy urodzeniem i równy w obliczu prawa, ale mniej majętny, tylko dlatego że szukał tzw. protekcji u bogatszego i bardziej wpływowego, ściskał jego kolana albo palec u nogi. A „ściskano te kolana z wyraźnie pochlebczym zapałem i przebiegłością, bo spodziewającą się profitu, czołobitnością.”(*) Towarzyszyły tym czynnościom odpowiednie do sytuacji zwroty: „upadam do nóg”, „ścielę się pod stopki” i „najniższy sługa”, co książę Adam Czartoryski skwitował słowami: „Zaraza podłości, którą sprawiła w narodzie przewaga możnowładztwa, zeszpeciła mowę naszą wyrazami zbytniego poważania.”

Wieś rządziła się własnymi zasadami savoir-vivre’u, choć trzeba przyznać, że niektóre jego paragrafy nie różniły się wielce od swoich oficjalnych odpowiedników. „Wszędzie ceniono ludzi bez klusek w gębie, bo jeszcze Rej radził <wdzięczne rozmowy i one poczciwe żarty>. Czasem wszakże lepiej było zamilknąć, a zwłaszcza wtedy, gdy zażądali tego purpurowi od gniewu patriarchowie, zawsze zaś grzeczność wymagała od mówiącego przystojnego języka. Tak pełni talentów towarzyskich i podziwiani z powodu ogłady, często nie potrafiliśmy, niestety, sprostać tej regule i dlatego w wielu starych zapiskach można przeczytać, że ktoś tam kogoś <od matki łajał>” (*).

               
Bilet wizytowy

Według opublikowanych w 1928 r. „Zasadach i nakazach dobrego wychowania” Marii Vauban i Michała Kurcewicza ktoś chcący uchodzić za dżentelmena „powinien unikać noszenia klejnotów, zrezygnować w towarzystwie z poprawiania czyichś błędów, nie konwersować z Radziwiłłem, zwracając się do niego ordynarnie per samo pan, a zapominając o tytule książęcym.” (*) Również ten ktoś powinien wiedzieć, że prezydentowi Rzeczypospolitej nie posyła się biletów wizytowych, natomiast prezydentowi spotkanemu na ulicy trzeba się ukłonić, nie czekając, aż on zrobi to pierwszy. Należy także po przyjściu na bal „u wielkiego państwa” przestudiować zamieszczony w hallu plan stołu, który dokładnie podaje, kto obok kogo i gdzie będzie siedział. Wziąć też należy kartonik z własnym nazwiskiem, bo jest tam wypisana informacja, której pani trzeba będzie podać ramię.



Z „Obyczajów towarzyskich” Marii Jehanne Wielopolskiej (1938 r.) dowiadujemy się, że wizyty ze względu na pracę zawodową (tak!) już niekoniecznie muszą być składane o dwunastej w południe, a jeśli okoliczności będą wymagały ubrania fraka i cylindra to, niestety, trzeba się będzie wykosztować na taksówkę, żeby nie spacerować w tak uroczystym stroju po ulicy. Hrabina Wielopolska zauważa też bardzo ciekawe zjawisko „obowiązujące” w bliskim jej środowisku: „Wiele jest szanujących się dam, które uważałyby za osobistą po prostu obrazę, gdyby się je pomówiło o brak nerwowości. (...) W ostatnich czasach moda na nerwowość zaczyna na szczęście topnieć.” (*)

W innym zaś miejscu wspomina: „Jakąż rewelacją dla ludzi wrażliwych było podanie ręki np. Marszałka Piłsudskiego, jaką księgą rozmyślań i studiów psychologicznych! Marszałek podawał rękę najpierw zwyczajnie, może nawet empirycznie, po żołniersku, a po krótkim, lekkim, przelotnym uśmiechu pozostawiał dłoń na mgnienie oka w dłoni witanej, jakąś badawczą chwilę; po czym ręka Jego nie cofała się, tylko miękko opadała, wysuwała się, jakby w zamyśleniu, obojętna już i daleka ceremoniom, rzeczy banalnej i formalistycznej, a tak bardzo przez Niego zachowywanej. Skala tego gestu, na pozór najzwyczajniejszego, miała dla ludzi wrażliwych ekspresję rozległą i potężną.” (*)

I co nam zostało z tamtych czasów?

Jacek Filip


Powyższy tekst oparłem na rozdziale „O tym, co wypadało” [W:] Józef Szczypka „Kalendarz Polski”, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1980.
Cytaty oznaczone gwiazdką pochodzą  z tego rozdziału, natomiast scany zdjęć z Wikipedia.pl.

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2020 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com