Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

„Słowo o urzędach”  (Jacek Filip)  2015-10-19

Jak podaje strona www.edusens.pl „Wart Pac pałaca, a pałac Paca” mówimy wtedy, kiedy chcemy podkreślić, że dwie osoby są do siebie podobne, zachowują się w ten sam sposób i zasłużyły sobie na to, by spotkać się ze sobą w niekomfortowej sytuacji. Przez użycie takiej frazy dajemy odbiorcy do zrozumienia, że mamy negatywny stosunek do obu osób, o których rozmawiamy.

Od ładnych paru miesięcy jesteśmy bombardowani wręcz całymi pakietami obietnic zmian, oczywiście na lepsze, jeśli tylko 25 października br., a więc już za parę dni, zagłosujemy na tego „jedynego”, w dodatku reprezentującego tę „jedyną” partię, bo tylko oni mogą zapewnić, by „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej.” Równocześnie z obietnicami i zapewnieniami trwają słowne przepychanki (doszło też do rękoczynów), nieraz ozdabiane inwektywami, między konkurującymi stronami, które starają się wykazać, że przeciwnicy to grupa nieudaczników, lawirantów i zwykłych stołkotrzymaczy, a nierzadko pojawiają się epitety typu żłobiarze.

Jak pokazuje życie, po 25 października wszystko wróci do normy, co będzie oznaką, że „ciemny lud to wszystko kupił”, a obiecanki-cacanki nadal mają się dobrze.

Czy takie zjawiska to wymysł naszych czasów, czy też stosowne zachowania otrzymaliśmy wraz z genami od przodków? Korzystając z „Kalendarza Polskiego” Józefa Szczypki, przyjrzyjmy się, jak to drzewiej bywało.

Zachowała się rota przysięgi, bodaj pierwszej tego typu na ziemiach polskich, jaką złożył mieszkańcom miasta Gliniany w czerwcu 1595 roku nowo wybrany burmistrz: „Ja, Michał Skorupka, przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu i Najjaśniejszemu Zygmuntowi II Królowi Polskiemu, i wszystkiemu pospólstwu miasta tego: będę wiernym i sprawiedliwość równie wszystkim, tak bogatym, jako ubogim, sąsiadom i gościom czynić i mnożyć, a niesprawiedliwość tępić i niszczyć, praw, przywilejów, poczesności i pospolitego pożytku miasta strzec i mnożyć, jako najlepiej będę umiał i mógł. Tajemnic miejskich nikomu nie zjawiać słowem albo uczynkiem. Rozterków w mieście nie dopuszczać, sierot i wdów podług swej możności bronić, a tego nie chcę opuścić dla przyjaźni, mierziączki, bojaźni, darów albo innej rzeczy. Tak mi Panie Boże pomagaj, który teżw dzień sądny mnie i wszystek świat sądzić będziesz. (*)

I rzecz niebywała, bo Skorupka nie tylko złożył tę piękną przysięgę, ale dotrzymał jej potem tak, że niektóre jego czyny zostały zapisane w magistrackich księgach i były opiewane wierszem. O przysięgach składanych przez ówczesnych posłów czy senatorów historia milczy, a więc także o ich dotrzymywaniu nic nie wiemy.

Polski sejm za panowania Zygmunta III Wazy

(Wikipedia)

A z wyborem na burmistrza Skorupka miał, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, pod górkę, choć popierał jego kandydaturę założyciel i dobroczyńca miasta, JW Pan Starosta Bidziński z Bidzin, herbu Janina. Zgodnie z wolą pana starosty zawiązano oczy jakiemuś dziadydze, a ten spośród zgromadzonych na rynku mieszkańców wybrał trzech kandydatów. Niestety, wybór był niezbyt udany, bo jeden z kandydatów okazał się być kuternogą, drugi ślepcem, a Michał Skorupka (ten trzeci) był wprawdzie chłopem na schwał, ale był szewcem, na którym w dodatku ciążył surowy zarzut zabicia psa. A prawo magdeburskie było w tym względzie nieubłagane. Chociaż Bidziński wyraźnie faworyzował młodego szewca, to jednak ludzie nie chcieli naruszać obowiązującego prawa i woleli wybrać niewidomego. Na to jednak nie chciał się zgodzić starosta, ale żeby nie narzucać swojej woli, zarządził, żeby sprawę rozstrzygnęły zawody. Kandydaci mieli ścigać „brykliwego ciołka”, czyli młodego byczka. Dwaj pierwsi szybko odpadli z konkurencji, natomiast szewc Skorupka po parogodzinnej gonitwie złapał ciołka za uszy i przyprowadził do pana starosty. Ale mieszkańcy nadal protestowali przeciwko tej nominacji.

„Pan Bidziński herbu Janina wiedział, iż podobnie jak głodnego i mucha prowadzi, tak jego w rozgrywce z motłochem powiedzie do sukcesu tylko fortel wespół z rozkazem. Nakazał przynieść potężną sieć, nakazał wpędzić pod nią miejscowe kundle, nakazał każdemu z mężczyzn zabić po jednym i sam też nie zaniechał tego obowiązku. I stało się. Psy zostały wybite, a obywatele Glinian przekonali się na własnej skórze, że czyniąc to nie stracili przecież na przyrodzonej uczciwości, lecz zmienili się jakby tylko w myśliwców, którzy zamiast w kniei polują na własnym rynku. Zrozumieli, że skoro nie stracili tej uczciwości oni, to nie mógł jej także postradać szewc Skorupka, choć niedawno, nikt nie przeczy, czemuś tam psa ukatrupił. Wszystko zostało wyjaśnione i zapanowała zgoda. A od niej był już ledwo kroczek do jednogłośnej elekcji, solennej przysięgi i jakże później sprawiedliwych rządów burmistrzowskich...” (*)

Tak było na elekcji, a jak było na urzędach? Bolesław Chrobry lubił załatwiać interesantów, bez względu na ich pochodzenie i rangę, w łaźni, ćwicząc ich tęgo rózgami, jeśli coś przeskrobali. Jednak nie wszystko dawało się załatwiać w łaźni, dlatego musiały zastąpić ją kancelarie i gabinety, które „rosły” jak grzyby po deszczu, radując skrybów i dygnitarzy różnej maści. Szybko też zaczął się kształtować styl urzędowego działania, z którego oprócz misternie pieczętowanych pergaminów, nie wszystko utonęło w studni wieków. Oj, nie wszystko!



(Wikipedia)

To u nas płacono pierwsze diety posłom na sejm, nie chcąc, by wysiłki dla dobra publicznego musieli opłacać z własnej kieszeni. Te diety, zwane strawnem, nie były małe, zważywszy, że taki poseł zjeżdżał na sejm nieraz na długie tygodnie, w dodatku musiał utrzymać nie tylko siebie, ale pachołków i konie. Na przykład za Stefana Batorego poseł otrzymywał pieniężną równowartość 100 korców żyta, ale zapiski mówią o dietach pięciokrotnie wyższych, wypłacanych w baryłkach soli. „Pół biedy, jeśli wypłacano je komuś, kto był godny mandatu. Historia wszakże odnotowała na poselskich listach niemało sobiepańskich krzykaczy, jurgieltników, nadsłuchujących brzęku obcych szkatuł lub po prostu zwyczajnych głupców, których głosy jednak nieraz ważyły na losach państwa.” (*)


(Wikipedia)

Dobrze funkcjonujące państwo nie może się obyć bez zbierania podatków, wymierzania sprawiedliwości niejako na co dzień i wreszcie bezwzględnego egzekwowania postanowień sądów.


Podatkami w dawnej Polsce zajmowali się poborcy, którzy jeździli po wsiach i miastach, zbierając wyznaczone opłaty. Płacono zatem łanowe, pogłówne, podymne, pługowe, czopowe, mlewne. Ale można było uniknąć płacenia zbyt wysokiego, zdaniem płacącego, podatku, jeśli odpowiednio ugościło się jego egzekutora. „Poborca zjeżdżał z pomocnikami, a wszyscy nie lubili urzędować trzeźwo czy ograniczać się do zbierania samych tylko danin pomnażających skarb królewski. Wydatki, jakie powodowali, pokrywała zwykle cała gromada, z ulgą potem żegnając tych przedstawicieli władzy rezydujących zwykle w karczmach, często skorych do rękoczynów, rzadko zaś kiedy pilnych w rachubach, które by nikogo nie krzywdziły.” (*)

Z jurysdykcją też nie było lepiej, choć pokrywała ona cały nasz kraj dość gęstą siecią wysokich trybunałów, sądów i referendarii, czyli czegoś w rodzaju biura skarg i zażaleń. Już Mikołaj Rej nasz wymiar sprawiedliwości nazwał pajęczą siecią, którą bez trudu bąk przebije, a jedynie „nędzna mucha uplotłszy się, uwikławszy się, utraciwszy wszystko, nie doczekawszy się żadnej pociechy w upadku swoim, idzie z kijem becząc do domu, ręce załomiwszy.” (*) Krążyło wiele mówiące powiedzenie „Trybunał z dekretem, a Radziwiłł z muszkietem”, powszechnie też wiedziano, że będąc pozwanym, najlepiej przyjść do sądu z pełnym trzosem, ponieważ słabość ludzka, nawet gdy ją otaczają zewsząd kodeksy, jest nieograniczona, a jest komu „dać w łapę”, gdyż stanowisk w sądach rozmnożyło się co niemiara.

Wykonawca najsurowszych wyroków, czyli „małodobry” lub „mistrz sprawiedliwości świętej”, jak nazywano kata, który też był właściwie urzędnikiem, nie narzekał na brak zajęć. Topił, wieszał, ścinał, darł pasy ze skazańców, wkładał psa, kota lub węża do worków, w których topiono ojcobójców i dzieciobójców. „Nie podawano katowi nigdy dłoni przy powitaniu, by nie splamić swego honoru, a nieraz, jeśli spisał się źle przy pracy, gdyż może zadrżała mu żylasta ręka lub posłużył się tępawym mieczem, sam dostawał baty. Historia nie znosi partactwa w zabijaniu, które ma stempel oficjalny...” (*)

Czy historia nas czegoś nauczyła?

Jacek Filip

Korzystałem z rozdziału „Słowo o urzędach” [W:] Józef Szczypka, „Kalendarz Polski”, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1980.

Tytuł oraz cytaty oznaczone gwiazdką (*) pochodzą z w/w rozdziału.

Od admina: Nie chciałbym, żeby niektórzy z czytelników zrozumieli wydźwięk tej informacji opacznie. Dlatego chciałem dopisać, że obaj z autorem zgadzamy się co do tego, że należy iść do wyborów. Różnimy się natomiast tym, że wg. autora "nie ma co liczyć na zmiany", z czym ja się absolutnie nie zgadzam. Uważam, że jest szansa na zmiany i dobrze by było, żeby nie tylko zwolennicy poszczególnych ugrupowań i partii, ale i dotychczas stojący z boku "widzowie" poszli głosować.
comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2020 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com