Wspomnienia z lat szkolnych (1958-1965)

 

Szkoła Podstawowa w Brzesku

Pamięć ludzka jest zawodna. Dlatego muszę się zastrzec, że niektóre podane tu informacje mogą być nieścisłe. Wszędzie tam, gdzie mam wątpliwości czy podawana informacja jest do końca prawdziwa, umieściłem pytajnik. Mam nadzieję, że uda mi się rozjaśnić te wątpliwości w przyszłości w rozmowie z kolegami z lat szkolnych.

 

Szkoła mieściła się przy ulicy Głowackiego. Budynek szkolny stanowił architektonicznie jedną bryłę, podzielony był jednak administracyjnie na dwie części. W części północnej mieściła się szkoła męska, a część południowa zajmowały  nasze koleżanki. Obie szkoły połączono  tylko korytarzem na parterze, ale i tu znajdowały się  drzwi, o ile pamiętam, prawie zawsze zamknięte. Tylko dyrekcja i woźny szkolny Pan Tadeusz Sukiennik posiadali do nich klucze. Być może, że było też jakieś przejście w piwnicy, gdzie mieściła sie kuchnia (?), ale nic mi o tym nie wiadomo. 

Klasa 1 - 4

Przeżycie zetknięcia sie ze szkołą było chyba duże, skoro do dzisiaj pamiętam, w której klasie rozpoczynałem naukę i duże liczydło z zielonymi gałkami stojące w kącie klasy. Podłogi w klasach  zrobiono z surowych desek i nasycono czymś podobnym do ropy - wyglądały jak podkłady kolejowe. Nie było mowy o pantoflach i przez cały dzień chodziliśmy w butach. Ławki  drewniane, dwuosobowe z pochylonym blatem  pomalowanym na zielono. W środku blatu znajdowal sie  otwór na kałamarz. W pierwszej klasie nie używalismy jednak piór, tylko kredki i ołówki. Te ostatnie także zapamietałem - pochodziły z darów UNHRA (Agencji ONZ). Mimo że było juz 13 lat po wojnie,  dostawaliśmy miedzynarodową pomoc z ONZ-u. Wtedy nie wiedziałem oczywiście, co to jest. Wiedziałem tylko, że przychodziły do szkoly od czasu do czasu paczki  (?)  z Ameryki i uczniowie dostawali zeszyty, kredki i olowki.

 Najlepsi z nas dostawali ołówki siedmiokolorowe (jeden siedmiokolorowy grafit !). W paczkach przychodził także olej sojowy i gotowe zestawy żywnościowe (zapakowane w pojemniki z cienkiej foli aluminiowej).  Z żywnością tego typu zetknałem się jednak dopiero parę lat później - na moim pierwszym obozie harcerskim w Olszynach.

Pierwszą i jedyną nauczycielką, z jaką miałem kontakt w pierwszym roku nauki, była Mieczysława Podolańska, która uczyła nas języka polskiego w dwóch (?) następnych latach. Od klasy czwartej (?) wciąż mieliśmy z nią kontakt, ale już tylko jako wychowawczynią. Prowadziła tzw. ”lekcje wychowawcze.” Okres ten przebiegał chyba bezstresowo, ponieważ nie przypominam sobie żadnych ciekawych wydarzeń z tamtych lat.

Chyba się jednak pośpieszyłem z tym stwierdzeniem.......

Oczywiście że były stresy –  związane z nauką pisania, które ciągneły się za mną od klasy drugiej do czwartej. Pisaliśmy już wtedy atramentem, używając piór ze stalówką maczaną w tymze. Wymagano ode mnie, żebym pisał ładne okrągłe literki w specjalnie do tego opracowanym zeszycie posiadającym potrójne linijki. Nazywano to wtedy ‘kaligrafią”. Problem był w tym, że litery miały być proste, a moje pochylały się w lewo. Za karę, zamiast odpoczywać w święta zimowe, musiałem godzinę dziennie pisać dziesiątki linijek.

Parę lat później już na Politechnice Krakowskiej, nauczyciel rysunku technicznego (projektant skoczni narciarskiej w Szczyrku i Zakopanem - dr Muniak) - „zmuszał” mnie do nauki pisma technicznego (wszystkie litery pochylone 75 stopni w prawo!) .

Przepisywanie w zeszycie dziesiątek a czasami setek linijek tego samego zdania było najczęściej stosowaną „karą” w przypadku niektórych przewinień. Napisałem „karą” w cudzysłowie, bo chociaż dla uczniów była to rzeczywiście kara, miała ona także jakiś cel dydaktyczny (szczególnie w pierwszych latach nauki pisania).  Oczywiście były też inne kary, typu „ośla ławka”, pozostawanie w szkole dodatkową godzine, a klasach starszych uwagi wpisywane do zeszytu, które musiały być podpisywane przez rodziców.       

Klasa czwarta kojarzy mi się z „zadaniami tekstowymi z matematyki”, które to zadania stwarzały mi duże problemy.” W jednej skrzynce było 6 tuzinów jabłek ....”. Tak sobie myślę teraz, że więcej stresów z tego powodu miał chyba mój tato niż ja.

Na przerwach najczęściej graliśmy na placu szkolnym w „dwa ognie” lub tzw. „Kaśkę”, „Zośkę” lub „kapkę” -  kawałek ołowiu przyczepiony do „kępki wełny”. Inną popularną grą była tzw. „wojna” - kółko narysowane na piasku i kawałek szkiełka - niestety zasad gry zupełnie nie pamiętam. Podwórko szkolne również było rozdzielone siatką. Mogliśmy więc przyglądać się dziewczynom ze szkoły żeńskiej grającym w „klasy” lub skaczącym na skakankach. W miarę jak lat przybywało, zmienił się też sposób spędzania przerw. Ale o tym będzie poźniej. Oczywiście ważną i groźną osobą był  woźny – Pan Tadeusz Sukiennik, który dużym mosiężnym dzwonkiem ogłaszal początek i koniec każdej lekcji. Przerwy to był także czas na „dożywianie” - można było wypić garnuszek mleka (strasznie nie cierpiałem kożuchów) i zjeść bułkę.

W zimie rodzice „torturowali” mnie w domu, zmuszając do picia łyżki tranu przed wyjściem do szkoly. Nie byłem wtedy wyjątkiem. Byla to chyba jakas kolejna akcja ogólnopolska.

Były też wycieczki plenerowe. Zapamietałem jedną - „na kasztanki” - tak nazywano drogę polną prowadząca z Jadownik (?) do Górnego Okocimia.

Od najmłodszych klas braliśmy udział w zbieraniu makulatury - nie było to jednak dobrowolne. Każdy z nas miał dostarczyć ileś tam kilo tego surowca wtornego. W domu było gazet co niemiara. Mój tato (Ryszard Stós) co tydzień kupował kilka kolorowych magazynów („Panoramę”, „Szpilki”, „Przekrój”, „Dookoła Świata”, „Za i Przeciw”, „Karuzelę”, „Film”). Było więc co wynosić z domu.  I tu wpadłem w tarapaty. Kiedy tato zorientował się, że wynoszę jego gazety na makulaturę do szkoły, zrobił mi małą awanturę.  Jeszcze gorzej szło mi w akcji zbierania ziół. Całe lato zbierałem kwiaty „białej pokrzywy” i probowalem je suszyć. Po wysuszeniu zostało tego tak mało, że nie opłacało zanosić tego do skupu. Oddałem wiec koledze.

Zanim przejdę do wspomnień związanych ze starszymi klasami, muszę wspomnieć o jednym z kolegów, który niestety nie dotrwał z nami do końca szkoły podstawowej. Nie, nie umarł. Uznano, że nie nadaje się do szkoły i skończył edukację chyba w czwartej klasie, a może nawet wcześniej. Pamietam, że bardzo dobrze radził sobie z matematyką i być może w dzisiejszych warunkach udałoby mu się skończyć nie tylko szkolę podstawową ale i zawodową. Myślę tu o Marianie Wielgoszu - znanym w Brzesku jako „Maniuś Kukuryku”. Chociaż „Maniuś” już nie żyje i młode pokolenia zupełnie go nie pamieta,  warto o nim wspomnieć, bo wpisał się barwnie w historię miasta. Byłem chyba jedynym dzieckiem, którego nie „straszył”. Może dlatego, że zawsze rozmawiałem z nim poważnie i zawsze zwracałem sie do niego po imieniu - Marian. Gdy był już dorosły, traktowano go jak   „przygłupa”. Rozmawiałem z nim wiele razy (przy przypadkowych spotkaniach na ulicy) i byłem zaskoczony, jak bardzo zorientowany jest w sytuacji polityczno-gospodarczej i wydarzeniach, jakie działy sie wokół nas w latach 1968-1981.

W szkole już od trzeciej klasy zetknąłem się z harcerstwem i panią Urszulą Kordecką, która prowadziła drużynę zuchową. Harcówka znajdowała się na parterze drewnianego budynku, stojącego na wschód od szkoły. Był to przedwojenny budynek „Szkoły Przemysłowej” (?), w którym, poza harcówką, znajdowały się na piętrze klasy i internat uczennic Technikum Ekonomicznego. Moje członkostwo w harcerstwie, najpierw jako zucha potem jako harcerza - drużynowego a na końcu instruktora -„przewodnika” w znacznej mierze przyczyniło się do ukształtowania mojego charakteru.

W klasie czwartej (?) uczyła nas języka polskiego (?) Pani Sołtys Helena. Była zasłużoną nauczycielką, ale tuż przed emeryturą. Korpulentna niewiasta,  chodziła o lasce (miała jakiś problem z biodrem). Była wymagającą nauczycielką, co nie powstrzymywało jednego z moich kolegów od robienia jej głupich kawałów.  „Szczekał” na lekcji, polewał jej krzesło wodą, wkładał myszy do szuflady (sceny jak z filmów komediowych). Wtedy wyglądało to dla nas śmiesznie. Po latach okazało się że kolega był trochę niezrównoważony. Co się z nim dzieje obecnie? Nie wiem. Ostatnio był zamknięty w więzieniu „za zabójstwo”.

Pani Antonina Ogiela uczyła nas muzyki (?) lub/i geografii(?) . Widzę ciemność. Gdyby nie rozmowa z kolegą zupełnie zapomniałbym, że był taka nauczycielka. Niestety na świadectwach szkolnych nie wymieniano nazwisk pedagogow.

Na zakończenie tej części wspomnę jeszcze trzech księży, którzy uczyli mnie religii. W pierwszej klasie był to ks. Leopold Bandurski, w drugiej ks. Jan Kutrzeba, a przez pozostałe lata, aż do ukończenia szkoły podstawowej ks. Jan Kordela., którego wspomnę jeszcze raz nieco dalej. Nie jestem pewien, ale lekcje religii w I klasie odbywały się chyba w szkole, przynajmniej parę miesięcy, a od klasy II  w salce katechetycznej znajdującej się nad zakrystią kościoła św. Jakuba. W kościele, jak i w szkole, obowiązywała wtedy ‘segregacja’. Ołtarz był oddzielony od wiernych „balaskami” za którymi w czasie mszy chłopcy stali po jednej (południowej) stronie kościoła, a dziewczyny po drugiej. Oczywiście religia też była prowadzona osobno dla chłopców i dziewcząt.

Klasa IIa – w maju 1960 roku

Stoją od lewej: Zbigniew Pośladek, Jerzy Puskarczyk, Roman Kłusek, Roman Żeglicki, Zygmunt Sumara, Andrzej Żurek, Roman Kwaśniak.

Siedzą od lewej: Janusz Błażejewski, Zbigniew Stós, Janusz Kołek, Mieczysława Podolańska, ks. Jan Kutrzeba, Adam Porwisz, Zdzisław Pudło, Józef Panek.

Klęczą od lewej: Wiktor Zydroń, Zbigniew Franczak, Janusz Stachowicz, Tadeusz Płaneta, Józef Gawęda, Roman(?) Kłos, Wiesław Sroczyński.

W klasie był jeszcze jeden kolega, którego nie ma na powyższym zdjęciu.  Nazywał się Zbigniew Jaśkowiec i był synem sekretarza Komitetu Powiatowego (Miejskiego?) PZPR w Brzesku. Skądinąd dobry i uczynny kolega.

Klasa 5 - 7

Od piątej klasy nauczyciele zmieniali się jak w kalejdoskopie. Niektórych przedmiotów (polski, geografia, historia) uczyło nas dwóch nauczycieli w ciągu roku. Było wiele zastępstw. Dlatego też postanowiłem wymienić nauczycieli z tego okresu w kolejności alfabetycznej, z paru zdaniami komentarza, jakie nasuneły mi się w trakcie wspominania danej osoby..

Byszkiewicz Maria - bardzo miła i spokojna, uczyła mnie bez powodzenia języka rosyjskiego. Nie jej to wina, że nic z tej nauki nie wyniosłem. Mimo że uczyłem się języków obcych już od drugiej klasy szkoły podstawowej, byłem wyjątkowo oporny na ich przyswajanie. Jak to od drugiej klasy? A tak to. W drugiej klasie mój tato zdecydował, że powinienem uczyć się jezyka niemieckiego. Rozumował chyba słusznie, że im wcześniej zacznę, tym szybciej się nauczę. Nauka języka niemieckiego nie spodobała mi się (może dlatego, że sam tato próbował mnie edukować). Wolałem uczyć się języka angielskiego. Dlaczego - nie wiem. Być może dlatego, że taty siostra mieszkała w Szkocji (trafiła tam z armią gen. Andersa) i myślałem, że kiedyś będę miał okazję odwiedzić kuzynów. 

Pierwszych lekcji angielskiego udzielał mi Pan Edward Szczepanik. Był sędzią Sadu w Brzesku i ojcem mojego kolegi szkolnego (obecnie mecenasa Kazimierza Szczepanika). Do naszej dwójki, mnie i Kazika, dołączył następny kolega z klasy Andrzej Żurek (obecnie gitarzysta „Grupy pod Budą”). W latach następnych kontynuowałem naukę angielskiego u Pani Aleksandry Wałęgowej  - na początku prywatnie w jej mieszkaniu w Mokrzyskach, a potem na kursach organizowanych przez  Spółdzielnię PSS Społem (?). Lekcje odbywały się w budynku ówczesnego „Domu Towarowego” a także w Szkole Podstawowej Nr1 (popołudniami). W czasie jednej z lekcji w szkole  usłyszeliśmy syreny strażackie. Paliły się Jadowniki. Był to drugi pożar, którego byłem świadkiem. Poprzedni to pożar ‘Bepu” – firmy budowlanej znajdującej sie na skrzyżowaniu  ul. Czarnowiejskiej i Brzezowieckiej.

Kamińska Maria - Była wspaniałą nauczycielką i potrafiła mnie zainteresować na tyle przedmiotem, że zacząłem się rozczytywać w książkach zawierających ciekawe zadania matematyczne. Moje szczęście do nauczycieli matematyki nie opuściło mnie i w liceum ogólnokształcącym, gdzie uczył mnie tego przedmiotu Witold Stawiarski...... Ale o nim może napiszę kiedy indziej.

Krupski Stanisław - Był dyrektorem szkoły i uczył mnie w klasie szóstej (?) geografii (?)  i historii (?). Musiał bardzo kochać te przedmioty, ponieważ był „zaangażowany” na każdej lekcji. Umiał i lubił opowiadać - nie zdawał sobie chyba sprawy, że my „pistolety” potrafiliśmy to wykorzystywać. Wystarczyło, aby któryś z uczniów zapytał go np. „Panie dyrektorze, czy był Pan na Mazurach” - omawialiśmy właśnie ten region. Natychmiast podchwytywał temat, rozpoczynając swoją opowieść zawsze tym samym zdaniem „Jak byłem na posadzie....”. Oczywiście nie było już potem czasu na odpytywanie uczniów.

W roku 1963/1964 pojawiły się pierwsze telewizory w jednej lub dwóch klasach. Była to zasługa dyrektora (jak plotka niosła).  To też okres, kiedy znakomita większość uczniów nie miała telewizora w domu. Ponieważ rano TV nadawała programy edukacyjne, bardzo często więc oglądaliśmy lekcje fizykii, geografii, chemii no i oczywiście geografii w telewizorze. Bodajże w lutym 1964 pozwalano nam oglądać Zimową Olimpiadę w Sarajewie. Jak dziś pamiętam, kibicowaliśmy Andrzejowi Bachledzie i drużynie hokejowej Polski a następnie Czechosłowackiej (sic!)

Stec Maria - w każdej szkole jest nauczyciel, który budzi respekt, a nawet i strach uczniów. Takim nauczycielem była Pani Maria. Uczyła nas biologii i chemii. Pod koniec  siódmej klasy (?), przez nieuwagę przytruła się robiąc doświadczenia z chlorem. Została wzięta do szpitala i już po tym zdarzeniu nie wróciła do szkoły. Przeszła na emeryturę. Zupełnie nie pamiętam, kto ją zastępował.

Płachta Stefan - miałem z nim tylko kilka lekcji (?). Były to „zastępstwa z muzyki”. Z powodu swojego niskiego wzrostu, nazywany był przez uczniów „Łokietek”. Chodził zawsze ze skrzypcami, na których grał od czasu do czasu na lekcjach. Raz oberwałem od niego smyczkiem po rękach.

Przyniosłem do szkoły „własnej roboty” świece dymne i chciałem pokazać kolegom, jak działają. Był to okres mojej fascynacji chemią. Razem z Wieśkiem Sroczyńskim robiliśmy „proch strzelniczy”. Węgiel drzewny „dostawaliśmy” w zakrystii, a pozostałe składniki kupowaliśmy w sklepie spożywczym. Po przeczytaniu książki „Wyspa skarbów” - zabraliśmy się do robienia nitrogliceryny! Czym się to skończyło? O tym nie teraz i nie tutaj. Wracając do pokazu świecy dymnej - zapaliłem ją na parapecie otwartego okna, mając nadzieję, że dym pójdzie na zewnątrz. Na moje nieszczęście, któryś z kolegów otworzył drzwi do klasy, aby sprawdzić, czy nauczyciel nie idzie. Zrobił się przeciąg i w oka mgnieniu w klasie zrobiło się biało od dymu. Parę chwil potem wkroczył do klasy „Łokietek”.

W ty samym mniej więcej czasie przyszła moda na „tabakę”. Kichaliśmy sporo na lekcjach, na pewno denerwując co niektórych nauczyciel. Zostałem raz przyłapany i dostałem wpis do zeszytu. Nie chciałem denerwować rodziców, przekonałem więc wujka, żeby za nich podpisał. Nie doceniłem nauczycielki. Szybko doszła do wniosku, że podrobiłem podpis. Nie wyprowadzałem jej z błędu. Oj, kara była sroga.

Większość z nas grała także w „zielone”, a na lekcjach „w okręty”. Był też „cymbergaj” – coś w rodzaju piłki nożnej na stole. Grzebieniem lub linijką uderzało się w monetę tak, aby przy jej pomocy wprowadzić do ‘bramki’ narysowanej na stole, mniejszą monetę, która służyła za piłkę.

Maj Barbara – uczyła nas języka polskiego w klasie siódmej. Była chyba zaraz po studiach i jedną z pierwszych w szkole nauczycielek wykształconą już po wojnie. Poza tym, że była całkowicie oddana temu, co robiła, była także piękną kobietą i wielu bardziej dojrzalszych uczniów (było wtedy w klasie kilku repetentów) nie mogło oderwać od niej wzroku. Pani Basia nieświadomie „podgrzewała” atmosferę, siadając w trakcie lekcji na pulpicie pierwszej ławki.... Niektórzy zaczęli nawet przynosić lusterka do szkoły.

Tu mam problem, ponieważ nie wiem, komu przypisać zorganizowanie widowiska „Otrzęsiny” – Pani Barbarze Maj czy Marii Nowak, która także uczyła nas języka polskiego. Widowisko przedstawiało średniowieczny rytuał  ”pasowania” na studentów młodych żaków. Pokazywaliśmy je na festiwalu w „Łysej Górze”, na scenie Pawilonu w Okocimiu i  Juwenaliach „Krakowskich” !  Na zakończenie śpiewaliśmy pieśń  akademicką „Gaudeamus igitur, juvenes dum sumus: Post jucundam juventutem, Post molestam senectutem, Nos habebit ...” Pamietam do dziś parę następnych linijek. Chyba była to jednak Pani Nowakowa (?)

Nowak Maria – podobnie jak Pani Majowa, była bardzo dobrą polonistką i moją drugą „ulubioną” nauczycielką (pierwsza to Pani Maria Kamińska). Zaszczepiła we mnie „bakcyla” czytania.

W szkole mieliśmy w tym czasie także konkurs między klasami

-„która klasa przeczyta więcej książek”. Prowadzona była  klasyfikacja w klasie. Raz na kwartał wywieszano listę, którą dostarczała Pani Maria Kubala – pracująca wtedy w szkolnej bibliotece. Telewizor nie był jeszcze  takim „złodziejem czasu” i „ogłupiającą skrzynką,” jaką jest obecnie. Czytałem więc dużo. Bardzo dużo. Ponad 100 książek rocznie. Miałem też z tego powodu pewne problemy. Książka działała na mnie jak narkotyk. Czytałem w domu „pod kołdrą” przy świetle latarki, żeby rodzice nie widzieli, że przesiaduję po nocach. Czytałem w szkole, na lekcjach, ukrywając książkę pod blatem ławki. Parę razy byłem złapany i ukarany „naganą”, czy też przez wpisanie uwagi do zeszytu. Z perspektywy czasu podziwiam nauczycieli, którzy mieli cierpliwość tolerować tego typu zachowanie (nie byłem jedyny). Gdyby mnie ktoś w klasie tak lekceważył...

Swój udział ma tu także wspomniana już poprzednio Pani Maria Kubala, która była naszym „przewodnikiem i doradcą” przy doborze książek. Myślę, że „kulturę czytania” zawdzięczam też częściowo mojej babci Marii Stós, która, choć sama była półanalfabetką (nigdy nie chodziła do szkoły i nie umiała pisać), w dzieciństwie bardzo często siadała przy moim łóżku i na głos czytała mi książki. Do czytania zachęcał nas także nauczyciel wychowania fizycznego – Pan Kazimierz Orlewicz. Ale o tym parę linijek dalej.

Nowak Ludwik – uczył nas prac ręcznych i muzyki (?). Był bardzo nerwowym człowiekiem. Bardzo szybko tracił cierpliwość. Często krzyczał na uczniów. Teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że męczył się strasznie jako nauczyciel. Nie był to zawód dla niego. Chociaż bywały dni, że był jak  „do rany przyłóż”. Lubiłem lekcje prac ręcznych prowadzone przez niego. Musieliśmy robić wszystko sami; przycinać, ucinać, przybijać i strugać. Gdy ktoś powiedział heblować lub „hebel” zamiast strug – wylatywał z klasy. To samo było z poziomicą (wasserwagą), papierem ściernym (glanc-papier). Dopuszczani byliśmy nawet do małej tokarki – toczyłem rączkę do pilnika. Były to naprawdę ciekawe lekcje.

Praca na tokarce, o mało źle się nie skończyła dla wspomnianego już poprzednio kolegi Kazka Szczepanika, kiedy pewnego dnia, nieosłonięty należycie pas napędowy tokarki złapał go za spodnie. Na szczęście skończyło się tylko na zniszczeniu odzieży.  Z tego co pamietam, uczeń innej klasy miał mniej szczęścia, piła „cyrkularka” przecieła (ucieła?) mu palec u ręki.

Napisałem, że robiliśmy wszystko sami, ponieważ w młodszych klasach bywało tak, że nauczycielka poleciła nam w domu zrobić karmnik drewniany lub wycieraczkę drewnianą. Oczywiście bardzo często robili te rzeczy rodzice. Było to bardzo niewychowawcze. Oceny dostawali bowiem rodzice, a nie my. Krzywdzeni byli ci, co naprawdę próbowali coś zrobić własnymi siłami. Ja korzystałem z pomocy stolarzy- Pana Ropka lub Pana Brachuca. Ale nie zawsze tak było. W czwartej klasie, mimo że byliśmy chlopakami, uczono nas wyszywać ‘makatki” i cerować na „grzybku” skarpetki. Wyszyta przeze mnie własnoręcznie „makatka” z napisem „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, długie lata wisiała w domowej kuchni.

Orlewicz Kazimierz – Był wspaniałym nauczycielem wychowania fizycznego. Mimo że warunki lekcyjne mieliśmy nienajlepsze, (ćwiczyliśmy często na korytarzu) jego charyzma udzielała sie wszystkim chłopakom. Zorganizował międzyklasowe rozgrywki szkolne w piłkę ręczną.  Wielkim sportowcem nigdy nie byłem, gra ta, jednak  wciągneła mnie na tyle, że zacząłem chodzić na treningi do Okocimskiego Klubu Sportowego. Sekcja piłki ręcznej OKS, za sprawą pana Kazimierza, przeżywała lata sukcesów. Mieli w tym także swój  udział i zawodnicy, nasi starsi koledzy tj. Stolarczyk, Grabania, Scibior, Drużkowski, Paschek, Kostecki i inni. My w szkole nie mieliśmy boiska – mecze rozgrywaliśmy więc w Ogródku Jordanowskim i na stadionie (poza lekcjami oczywiście). Pamiętam, że toczyliśmy zawziętą rywalizacje z kl .VIIb. W mojej klasie najlepsi byli koledzy Janusz Błażejewski, Zbyszek Franczak, Józef Gawęda, Wiesiek Grech, Stanisław Skowron, Andrzej Żurek. Ja grałem na tak zwanym „kole”. W konkurencyjnej klasie przewodzili Jerzy Turek, Edek Wawryka i Andrzej Paschek. Byli też oczywiście i inni, ale nazwiska wyleciały mi  już z głowy.

W klasie siódmej mieliśmy trochę więcej miejsca do ćwiczeń – powiększono bowiem plac przyszkolny w stronę wschodnią. Teren ogrodzono i zasiano trawę. Na  dużej przerwie robiliśmy często wyścigi do mostu na Uszwicy i z powrotem. Nie powiem, tylko Wiesiek Grech mógł mnie pokonać od czasu do czasu. Z Wieśkiem wiąże się inna historia. Zaczął w domu ćwiczyć podnoszenie ciężarów. Któregoś dnia „przyniósł” sprzęt do szkoły. Koledzy zrobili sobie zawody na przerwach. Nie trwało to długo, bo chyba zostało zabronione przez nauczycieli. Całe szczęście nikomu nic sie nie stało. Nie jest to sport, który powinno sie uprawiać „na własna rękę”. 

Bywało tak, że padał deszcz i korytarz był zajęty przez młodsze klasy. Pan Kazimierz przynosił wtedy książkę i czytał nam na głos podczas lekcji. Zawsze przynosił jakąś książkę przygodową - ciekawą na tyle, że cała klasa słuchała go w skupieniu. Jak on to robił, nie mam pojęcia. Wiem jednak na pewno, że chodziłem potem do biblioteki, aby pożyczyć tę książkę i dowiedzieć się, jak się przygoda kończyła.

Z zawodami piłki ręcznej wiąże się także krótka historia, którą pokrótce opowiem. Nasza szkolna drużyna wygrała zawody powiatowe i okręgowe. Pojechaliśmy więc „w nagrodę” na zawody wojewódzkie do Nowej Huty.  W przypadku wygranej mieliśmy jechać w czasie wakacji na „Ogólnopolską olimpiadę młodzieżową” do Olsztyna. Szło nam bardzo dobrze. Ponieważ zaczął padać deszcz, mecze zaczeły się opóźniać. Zanim doszliśmy do półfinału, było już po 13-tej. Gdybyśmy wygrali półfinał, to mecz finałowy rozgrywalibyśmy dopiero ok 15-tej lub później. I tu był pies pogrzebany. Bowiem w tym samym dniu o godz. 17-tej mieliśmy wszyscy uroczystość Bierzmowania. Staneliśmy przed trudnym wyborem. Wygrać i czekać na finał i opuścić Bierzmowanie czy też „odpuścić” mecz i wrócić na czas do Brzeska. Nasz wzrok skierowaliśmy na trenera. Pan Kazimierz powiedział krótko. Wasz wybór. Wyszliśmy grać. Pierwsza połowa była nasza, ale z upływem czasu widać było, że gra się nie klei. Przegraliśmy minimalnie i ze spuszczonymi głowami zeszliśmy z boiska. Mecz oczywiście był do wygrania. Zwyciężyła w nas obawa..... W czasie drogi powrotnej milczeliśmy. Każdy na swój sposób przeżywał to, co się przydarzyło. Pan Kaziemierz od razu powiedział, że nie ma do nas pretensji. Jeszcze z Krakowa dzwoniliśmy  do rodziców, że możemy być spóźnieni. Gdy autobus MPK przejeżdżał koło kościoła, widzieliśmy już biskupa wychodzącego po schodach. Mama czekała na mnie z ubraniem pod kościołem. Przebrałem się w bramie budynku i popędziłem na uroczystość. Tydzień później, na lekcji religii, „dobił” nas ks. Kordela, który po wysłuchaniu całej historii spokojnie powiedział, że nie musieliśmy przyjeżdżać. Dziewczyny miały tydzień po nas Bierzmowanie i mogliśmy przystąpić z nimi do sakramentu. Och, gdyby były wtedy telefony komórkowe!

Kordecki Kazimierz – druh Kazimierz nigdy mnie w klasie nie uczył. Ale jak już wspomniałem poprzednio, członkostwo w harcerstwie - praca z młodzieżą, wywarły bardzo mocny wpływ na moją osobowość. Począwszy od okresu „zuchowego” a skończywszy na pracy instruktora, nauczyłem się  brania odpowiedzialności za swoje słowa i czyny. Harcerstwo uczyło kultury współżycia i współpracy z innymi,  samodzielności i tego, że należy pomagać bezinteresownie innym, Uczyło słuchania i kierowania drugimi. Pokazywało, jak planować, rozdzielać i kontrolować wykonanie zadań. Na jesieni chodziliśmy pomagać w wykopkach ziemniaków w Jadownikach. Wakacje to wspaniałe obozy, które utrwalały wymienione wcześniej cechy. Pierwszy obóz zorganizowano w Olszynach. Podchody, warty, ogniska, wspólne śpiewy i wycieczki – tego nie można było doświadczyć na żadnej kolonii. Potem był obóz w Piaskach Drużkowie (jeden z siedmiu, w którym brałem udział – ostatni to już po egzaminach wstępnych na Politechnikę). Do dziś pamiętam nocny „spacer” do riun zamku w Melsztynie i składanie przysięgi harcerskiej w blasku płomieni ogniska. Na temat mojej przygody z harcerstwem mógłbym napisać następnych parę stron. Druh Kordecki poświęcił wszystkie lata swojego życia pracy z młodzieżą. Wiele osób zawdzięcza mu bardzo dużo. Przy okazji był zawsze skromnym człowiekiem, nieprzyzwoicie skromnym!. Dużo zrobił dla młodzieży Brzeska przez wszystkie te lata. Bardzo dużo.

 

Rogoziński Jerzy – miał pecha trafiając w pierwszym roku swojej kariery nauczycielskiej na moją klasę. Uczył nas historii w klasie siódmej. Była to ostatnia klasa w szkole, jako że byliśmy ostatnim rocznikiem siedmioklasowej szkoły podstawowej. Nauczycielem był dobrym. Lubiłem prowadzone przez niego lekcje historii. Niestety inne wydarzenia sprawiły, że jest jedynym nauczycielem ze szkoły podstawowej, którego pamiętam w nienajlepszym świetle. Prawdę mówiąc, to było mi go żal.

Miał dobre chęci i wiadomości, ale zupełnie nie nauczono go w szkole, jak radzić sobie z młodzieżą. Nie potrafił panować zupełnie nad klasą. Na początku było nawet nieźle. Bardzo szybko zorientowaliśmy się jednak, że bardzo zależy mu na „dobrej opinii” i niezależnie co zrobimy, to i tak nie poskarży się dyrektorowi. Jak już wspominałem poprzednio, w klasie mieliśmy paru repetentów, a więc kolegów starszych od nas o rok. Wszystko zaczeło się od tego, że coś mu (J.R.) się nie spodobało w poczynaniach któregoś z nich i zaczął głośno na niego krzyczeć. Nasza klasa była tuż obok gabinetu dyrektora Krupskiego. Musiał krzyczeć chyba dość głośno, bo w pewnym momencie wkroczył do klasy zaciekawiony „dyrektor”. Ku naszemu zdziwieniu, Pan Jurek zaczerwienił się po uszy i na naszych oczach zaczął ”bajerować dyrektora”, że nic sie nie stało i on panuje nad sytuacją. Od tego jednak dnia niektórzy robili, co chcieli. Doszło nawet do tego, że jeden z kolegów zapalił na lekcji papierosa. Na uwagę, żeby go zgasił „bo dymi”, podszedł do pieca kaflowego, otworzyl drzwiczki i zaczął wypuszczać dym do pieca!

Myślałem nawet, żeby o tym, co się dzieje na lekcjach historii, porozmawiać w domu z rodzicami. Wiedziałem, że mój tato był dobrym znajomym ojca pana Jerzego.. Ostatecznie odstapiłem od tego zamiaru. Dlaczego? Dałem się wciągnąć któregoś dnia. Paru kolegów nie odrobiło zadania. Zdołali przekonać klasę, że powinniśmy wmówić nauczycielowi, że nie zadał nam żadnego zadania. Pan Jerzy szalał, raz był blady, raz czerwony, gdy po kolei pokazywaliśmy mu zeszyty z powyrywanymi kartkami. Nikomu nic nie zrobił i oczywiście nie poszedł z tym do dyrektora.

Na zakończenie tej listy nauczycieli wspomnę jeszcze jedną moją „nauczycielkę” z tego okresu. Napisałem nauczycielka w cudzysłowie, dlatego, że nie pracowała w szkole podstawowej a w Technikum Ekonomicznym (?). Mam na myśli Marię Witowską – do której rodzice wysłali mnie parę razy na korepetycje z języka polskiego. Było to tuż przed egzaminami wstępnymi do Liceum Ogólnokształcącego. W ciągu tych paru lekcji powtórzylismy całą gramatykę. Może trudno będzie niektórym w to uwierzyć, ale dopiero wtedy uświadomiłem sobię piękno gramatyki polskiej. Nie znaczy to, że ją opanowałem!

Inne wydarzenia

Nie pamiętam, w której byłem klasie, gdy wprowadzono dzwonek elektryczny ogłaszający przerwy. Najbardziej chyba cieszył się z tego Pan Sukiennik. Nie musiał chodzić od piętra do piętra, aby ogłaszać przerwę lub rozpoczęcie zajęć. Chociaż kto to wie. Jak robił to przez naście lat, to być może brakowało mu czegoś.

Klasa szósta i siódma to okres wycieczek. Pomagał nam tu mój tato, który jako dyr. MPGK – udostępniał nam autobusy. Oczywiście odpłatnie, ale po tak zwanych „kosztach własnych”. Byliśmy więc na wycieczce w Wiśniczu, Krakowie (Wawel), Ojcowie (Pieskowa Skała) i Łańcucie – Pałac Lubomirskich. Były to moje jedyne w życiu odwiedziny  Ojcowa, Łańcuta i Muzem w Krakowie! Byliśmy też w Tarnowie na przedstawieniu „W pustyni i w puszczy”, w którym Jerzy Peters (aktor z Brzeska) grał role Kalego.

Z organizacji działającej w szkole, poza harcerstwem, pamiętam także SKO (Szkolną Kasę Oszczędnościową) i Ligę Ochrony Przyrody (LOP).

Szkoła co roku organizowała pochód z okazji „Dni Oświaty Książki i Prasy”. Było to dobra zabawa (patrz zdjęcie, które pochodzi najprawdopodobniej z czerwca 1962 r.).

O lewej:  Janusz Stachowicz, Zbigniew Olchawa (chusta na głowie), Bronisław Kachnikiewicz(koszula w kratę), Chwałek (z długim patykiem), Stanisław Wąs (w beretce i flagą), Zbigniew Stós (z coltem w dłoni), Władysław(?) Grzesik (za Stasziem Wąsem), pozostałych osób nazwisk nie pamiętam (2-3 lata młodsi ode mnie)

 

Pamiętam, że w siódmej klasie wynajeliśmy samochód ciężarowy od MPGK – na którym postawiliśmy pianino i przejechaliśmy przez miasto. W trakcie przejazdu nasi koledzy grali między innymi „Gdy wszyscy świeci idą do nieba”, Andrzej Żurek  na pianinie, a Witek Zydroń na zmianę na banjo i trąbce. Był też chyba jeszcze Roman Żeglicki (też kolega z klasy) z akordeonem lub gitarą. Z jakiej to okazji była ta impreza-nie pamiętam.

W klasie siódmej, niektórzy z nas zdawali egzaminy z ruchu drogowego „na kartę rowerową”. W kinie Bałtyk odbył się nawet jakiś konkurs z wiadomości z przepisów ruchu drogowego i ustawy antyalkoholowej (patrz zdjęcie). Wypadłem słabo. Startowałem tylko dlatego, że bylem „wydelegowany” przez nauczycielkę.

Rok 1965. Kino Bałtyk. Konkurs ”Alkohol wrogiem dziecka”

 

Na jesieni 1964 roku nasza klasa zorganizowała pierwszą w historii szkoły zabawę. Duże uznania należą się naszej wychowawczyni Pani M. Podolańskiej, która poparła nasz pomysł i potrafiła przekonać dyrekcję, że nie ma nic zdrożnego w tańcu dwóch osób płci przeciwnej. Był to pierwszy krok na drodze integracji szkoły męskiej i żeńskiej. Zabawa była wspaniała, do dziś mile ją wspominam (patrz zdjęcie). Na zabawie potworzyły się pierwsze „pary”. No cóż, mieliśmy już po 14-15 lat. Królową balu została Ewa Grabowska. Tytuł króla przypadł Zbyszkowi Franczakowi.

Pierwsza w historii szkoły zabawa „damsko – męska”.

Pierwszy od prawej to Rysiek Plewa, obok – odwrócona tyłem Jadwiga Mikulska, następny to Sławek Lewniowski – szczerzący zęby w uśmiechu, a ten gość roznoszący ”drinki” – to ja.

 

Wielu ludzi nie przykłada należytej uwagi lub minimalizuje wpływ szkoły podstawowej na rozwój charakteru, wykształcenie nawyków i cech współżycia między ludźmi. Na podstawie moich obserwacji i doświadczeń życiowych, w tym  rodzicielskich, potwierdzić mogę to, co znane już jest ludziom od pokoleń - ”czym skorupka za młodu nasiąknie...”.

Miałem w życiu szczęście chodzić do szkoły, której nauczyciele wiedzieli, co robili. Oddani byli całkowicie swojemu zawodowi, mimo trudnej sytuacji polityczno-materialnej, w jakiej przyszło im nauczać.

 

Zbigniew Stós

Norridge, 16 maja, 2004