JEDEN DZIEŃ NA UKRAINIE

           

Stoimy na granicy, uciech co niemiara;

widać, że się młody pogranicznik stara

chodzi w czapce z rondlem, ciężką głowę dźwiga

koło niego skacze jakaś młoda fryga!

 

Wzrok zarozumiały i zwycięzcy mina  

gestem władczym auta przestawiać zaczyna;

każdy w nich siedzący kierowca grzeczniutko

na ten gest panienki przestawia autko!

 

 

My  zaś w autokarze –gdzie niegdzie rozmowy

nikomu nie przyszło w tej chwili do głowy,

że tu siedzieć będzie cztery pół  godziny 

więc  zero zmartwienia, uśmiechnięte miny,

 

papierosek w dłoni uspakaja drżenie

a, że ja nie palę wyjęłam jedzenie;

kiełbaska wiejska z torby przepaścistej

ogórek kiszony pachnący, soczysty!

 

Do spółki -Krysiunia; to z wyrachowania

bo przecież ogórek i kiełbasa  wania!

Tak żeśmy wcinały czas skracając długi;

autokar stał w miejscu ,a za oknem strugi!

 

W końcu szlaban tuż ,tuż upragniony bardzo,

we wzroku służb celnych widzę, że mną gardzą,

 

 

że jesteś intruzem choć jedziesz z pomocą;

sama nie wiesz lepiej czy za dnia  czy nocą

 

przekraczać granice ;kombinujesz w myśli

nagle ruch się robi już po paszport przyszli!

Wcześniej karteluszki wypełniasz im drukiem,

słyszysz jak trzaskają bagażowym lukiem!

 

Pies się im wyrywa ,nos w bagaże wciska;

lepsze jest Krościenko  może niż Mościska?

Którędy byś nie chciał z Ukrainy wracać

zawsze i tak będą twoje torby macać!

 

No w końcu paszporty są już w naszych w rękach!

Myślisz się skończyła już w końcu  udręka!

Bo pięć godzin stałam na tej ich granicy

pęcherz ma swe prawa; no teraz już krzyczy!

 

Truchcikiem wycieczka dzieli się na dwoje;

przybytek spragniony widzą oczy moje;

w jedne drzwi wpadają chłopcy i dziewczynki

niepotrzebny podział dla ichniej latrynki!

 

 

Ależ jaka ulga, jaka radość nasza

nie ważne, że nóżki moczem sobie zraszasz!

Naucz się korzystać z ichniej toalety

inaczej osikasz porteczki –niestety!

 

Pamiętaj to strefa wielkiego ryzyka,

kto wchodzi przykuca no i zaraz sika.

Azymut nie każdy ma na wielką dziurkę

i miast na dół sikać no to sika w górkę!

 

I w tym tkwi przyczyna twojego łzawienia

na desce w latrynie nie płaczesz z wzruszenia;

to w oczy się wżera amoniak z mocznikiem;

potem umyć ręce, wytrzeć je ręcznikiem

 

masz wielkie  pragnienie; znasz przecież wymogi

higieny; niestety bierzesz za pas nogi

uważając przy tym na wszystko co wkoło

przeskakujesz  ponad tym co się rozlało!

 

 

I już w dalszą podróż drogą tak dziurawą,

jedziemy więc  stroną to lewą to prawą,

autokar przechyły gubi na resorach;

siedziałam na przedzie to nie byłam chora!

 

 

I tak do Kresowic zmierzamy powoli,

jedziemy z darami lub jak też kto woli

po nie, bo do źródła gdzie wszystko taniocha

dlatego część męska wycieczki te kocha!

 

Potem już Drohobycz, zwiedzanie kościoła

mamy mało czasu- pan przewodnik woła: 

„Zeżarła nam cenne minuty granica,

pośpiesznie jedziemy więc  do Drohobycza „.

 

 

A w polskim   kościółku; kościelny nas czeka;

rozrzewnienie wzbiera jak widzisz człowieka;

słyszysz głos co łamie wzruszenie, tęsknota,

opowiada pięknie o wszystkich robotach,

 

które dzięki wsparciu naszemu możliwe

oczy wyrażają jakże są szczęśliwe

kiedy parę hrywien składamy na tacy

dzięki czemu nadać można rytm tej pracy.

 

 

Skończona prelekcja, wychodzisz z kościoła;

pośpiech jest konieczny pan przewodnik woła:

„zabrała nam czasu ta graniczna sfora

pięć godzin tak cennych; chcecie do Sambora? „

 

 

Chcemy lecz Drohobycz ma piękne cerkiewki;

leci je obejrzeć kto żywotny, krewki,

ciekawy i chętny obejrzeć zabytki, 

inny zaś kupuje by wypełnić skrytki

w autokarze skarbem; co tu jest tak tani

liczy, że się uda; lecz celnicy cwani;

 

co się wnet okaże na przejściu niestety

gdzie trzepali mężczyzn, trzepali kobiety,

liczyli butelki nalewek na serce,

niektórzy przyrzekli, że już nigdy więcej

 

nie będą się kajać przed granicznym kapo

co im świeci w torby i grzebie w nich łapą!

Wszyscy tam ekstrema na się doświadczyli

jednak straty znacznie czytaniem zmniejszyli!

 

Ale po kolei opowiem bo warto

co to za przyczyna, że rano na czwartą

byliśmy na polskiej ukochanej ziemi -

niestety nalewki  zostały tam z niemi!

 

A więc  do granicy na przejście w Krościenku

jechaliśmy w zmroku a potem po ciemku;

 

 

droga była taka jakby jej nie było

ale w autokarze przyjaźnie i miło.

 

Gawędzili z przodu, z tyłu też gawęda,

każdy siedzi grzecznie i nikt się nie szwenda

ma swoje zapasy książek do czytania

więc po autokarze za niczym nie gania.

 

 

to znów drzemka krótka o ile pozwoli

droga co  się po niej autokar gramoli.

Dziury takie wielkie, szkoda zawieszenia

niestety kierowca drogi już nie zmienia. 

 

I pcha się wciąż na przód gdzie czeka Krościenko

chyba nie przypuszczał, że będzie tak cienko!

Noc za oknem, ciemno, świateł chat nie widać,

czy dobrze jedziemy? Nie ma kogo spytać!

 

 

W końcu się pojawia ślad cywilizacji:

traktor; na nim siedzi dwójka po libacji!

Wytrzeszczyli oczy, traktor zabuksował;

stanęli, czekają na kierowcy słowa.

 

Ten co gramotniejszy „gawari- charaszo”

możemy więc jechać  tą „dziurawką” naszą

skoro już jest pewne, że  dobry kierunek

tak by chciało jechać się szybko, piorunem !

 

Ale   powolutku w kierunku granicy,

szkło słychać bo każdy nadwyżki swe liczy,

przelicza swych książek całe księgozbiory

jeden w tyle leży od liczenia chory!

 

 

Tak literatury chłopina jest chytra

naczytał się biedny na głowę z  pół litra!

 

                     ***

W końcu przejście;  pusto, jedno auto stoi.

Fajnie! Będzie szybko już się nikt nie boi,

że nam stać w kolejce przyjdzie po raz wtóry;

nie ciesz się i nie dziel na niedźwiedziu skóry!

 

Choć pierwszy szlabanik przeszedł bez wariacji

dopiero Polacy tak żądni sensacji

wpuścili w autokar czarną dziewkę –wampa

grymas na jej twarzy, a w jej reku lampa!

 

Bił w oczy snop światła ale to za mało,

potem się jej w torbach grzebać znów zachciało!

Każda nasza torba-księgozbiór przepiękny;

jednemu to nawet uszy torby pękły!

 

 

O tym jednak nie czas  bo to przykra sprawa

Póki co granica i z mambą przeprawa!

Każdy z nas przekroczył nieznacznie limity

ale babsztyl twardy taki niewyzbyty!

 

Każe nam pinkielki wynieść z autokaru 

słyszeć  szkła brzęk da się, w tyle zaś śpi paru;

ale już za chwilę pusto w autokarze.

Ludzie zbici w kupkę; czemu los ich każe?

 

Czemu ta celniczka tak nami pomiata?

Zwołała dwóch jeszcze; teraz  trójka lata!

Szarpią się i krzyczą to trzaskają drzwiami

niczyje kartony ”naszli z cygarami„

 

A naszym spragnionym nie wolno zapalić,

żeś  jest na  musiku nie można się chwalić;

każdy ściska nóżki przy swej torbie czeka

za te pare książek tak niszczą człowieka!

 

Tak Cię upokorzą ,tak zdepczą godność ci,

lepszy sposób miało tamtych kilku gości

co w niebyt uciekło, celnika gdzieś mieli,

bronili nadwyżek i teraz zasnęli!

 

Chwila się przeciąga  w minuty, godzinę,

w końcu każą wracać nam na Ukrainę!

Wróćcie i zostawcie nadwyżki Poliaki,

stoi przy straganie Zenek ichni taki;

 

 

on to wam wymieni książki na skarpety,

nie korzystny bilans dla was jest niestety!

Z toreb da się słyszeć dźwięk co wstydem płonie,

wsiadając zaś ciężar podcina nam dłonie !

 

Wracamy z powrotem, chichot się rozlega

każdy z każdym czyta, każdy tu kolega

by uchronić jeszcze ciut literatury

solidarność taka czy odmawia który?

 

W końcu trzeba wydać nadwyżkę Zenkowi

więcej nie zatrzymasz bo byś się udławił!

No wiec„machniom” rzeklim jak  Grześ Szakaszwili

i nadwyżek szybko żeśmy się pozbyli!

 

Jakieś podkoszulki, skarpetki ”Adidas”

bierzesz co ci dają a nie co się przyda.

I wracamy szybko znów do autokaru 

pośród „szklego” śpiewu, ogólnego gwaru.

 

I poraz kolejny szlabanik tej nocy!

Czy nam uda się dziś granice przeskoczyć?

Czy będziemy jeździć tam i tu z powrotem?

Każdy na czytanie traci już ochotę!

 

„Och szto to słucziłos? –pogranicznik pyta”

A my atwietili-ta wredna kobita;

ona prikaz dała-my posłuszne byli

i tak żeśmy książek wszyscy się pozbyli!

 

Nie mnożko żałości było w jewo oczach;

On w duchu podumał „a cierp ta swołocza „

Kazał karteluszki wypełnić cyframi

coś tam nabazgralim, karteczki zebrali!

 

Za chwilę oddają pomięte papiery-

„A paszporta nomier? Gdie tu do choliery?

Zabralimy kartki, każdyj żda paszporta

w końcu go oddała graniczna kohorta !

 

 

Każdy stara wpisać się  małe literki

a mrok w autokarze więc trud jest to wielki ;

stawiasz i tak myślisz” ciężko walczyć trzeba,

co nas tu przywiało? Przecież nie dla chleba!

 

Po co upokorzeń łańcuch długi wlec

a i pod ciężarem doznań czasem lec?

I leżą waleczni styrani, zmęczeni

nie wiedzą ,że celnik stoi już nad niemi! 

 

I już  Ukraina drugi raz za nami,

znajomy  szlabanik czeka z Polakami!

Przed nimi otwarte  zieją nasze  torby;

zero przeżyć miałam gdym z krainy Zorby

 

przez granic co zliczyć nikt dziś nie potrafi

wracała a oni nawet fotografii

zobaczyć w paszporcie nie chcieli bo po co ?

Puszczali nas wolno i za dnia i nocą;

 

na żadnej granicy nie trzymał nikt  ludzi

a jak chcieli paszport delikatnie budził

gestem uspakajał, że jest wszystko„oki”

i takżesmy mknęli w kierunku zatoki!

 

Nie śnij babo nie śnij, nie drzem na granicy

kiedy ci celniczka twe książeczki liczy!

Kiedy ci przelicza stroniczek stężenie;

że już nie  pojedziesz nie mów dzisiaj nie, nie!

 

Bo pojedziesz znowu; konfieti, cygara

taki magnez mają choćbyś się więc starał,

opierał, ociągał to i tak z pomocą

Ukrainie jedziesz raz za dnia raz nocą!

 

Wróćmy jednak znowu po dygresji krótki 

jak celniczka szuka w naszej torbie wódki!

Teraz już bez szyfrów zdam relacje krótką

jak żeśmy walczyli  by przejechać z wódką!

 

Ja sama przyznaje przemycałam trzy,

jedna była nad stan, Krysia mówi mi:

„zostaw tę butelkę, mówię ci dziewczyno,

że to nie nalewka, przecież to jest wino!

„Jakie wino Krysiu, zaraz będzie wpadka

jaki wstyd dla dzieci -przemytniczka matka!

Jaki wstyd dla mojej kochanej Porąbki,

już widzę niektórych co se ostrzą ząbki:

 

„Wicie, że ta nasza to handluje wódką „?

I ta wieść obleci  za chwile tak krótką,

po całej Porąbce wieść niesie się gminna

popatrz, poparz, popatrz ta nasza jest winna!

 

A Krysia znów na mnie presje swą wywiera:

„Jak Ci mówię-wino, to wino; cholera!

Choćby cię kroili musisz iść w zaparte!”

-Krysiu ja się boję ,nie wiem czy to warte !?

 

I drżałam jak listek, powtarzając w myśli:

„Celników już nie ma, celnicy już wyszli!  „

Tak w swą podświadomość myśli te wciskałam,

że tak szczerze mówiąc  coraz mniej się bałam!

 

Pomógł mi wydatnie strach pokonać wielki

sąsiad co nadwyżek miał ze trzy butelki!

”Przecież szkoda- babki tak płyn marnotrawić,

nie chciałem Zenkowi wszystkiego zostawić

 

 

zabrałem odważnie myśląc, że się uda

teraz jednak liczyć nie będę na cuda

i o wasze wsparcie proszę koleżanki;

proszę wyciągnijcie zza oparć swe szklanki

 

bo jak nic nas czeka powrót nazad jeszcze

a sam nie poradzę bo więcej nie zmieszczę!

No i pomagają dziewczynki  koledze;

ja bardziej, bo za nim całą drogę siedzę!

 

Jak myśl o nadwyżce w głowie zaświtała

to mi Krysia milczeć natychmiast kazała;

a sąsiad podrzucał mi nowe czytanki

nie chowałam nawet za oparcie szklanki!

 

 

I szeptałam  Krysi :”powiedzże Jurkowi

jak walczyłam  dzielnie niechże się chłop dowi,

bohaterka w walce z celnikiem przebiegła 

powiedz, że Jurkowi jakbym tu poległa,

 

niech wie jaką cenę tutaj zapłaciłam

za to, że te parę książek przemyciłam!

Rozmowę przerywa już wejście celnika

strach mną wstrząsa znowu i drżę jak osika.

 

Celnicy już inni lecz kasta ta sama 

siedzę  pierwsza z brzegu to będę pytana!

Ile książek w torbie? Ja odpowiem dwie;

a jak zacznie liczyć no to będzie źle!

 

Muszę skłamać przecież i zbieram się w sobie

trudno mi bo przecież nie często to robię!

A Krysia kazała; się mobilizuje

„Dwie mam”- mówię szybko i szkłem pobrzękuje!

 

I mówię, że karton mam jeszcze marlbora,

dla Babci bo kurzy choć jest przecież chora, 

dalej pobrzękuję szkłem z rozmysłem raźnie

uśmiechając do nich dla zmyłki przyjaźnie

 

i rozchylam torby boki umiejętnie

chowając tę trzecią  na dnie bardzo skrzętnie!

I w końcu ”Eureka!„ widać po mej minie

jakież szczęście wielkie być na Ukrainie!

 

Celnik jest już za mną- lecz nic to nie znaczy,

bo jak w której torbie jeszcze coś zobaczy

to nas przecież wszystkich cofną po raz trzeci 

nie zobaczą dzisiaj matki moje dzieci!

 

Nie uwidzi mnie mąż choć pewnie mnie czeka 

a tu poniewierka; płakać czy się wściekać?

Lecz  mnie rozczuliło ;po brzuchu mnie orze

sąsiad z przodu szybko grzebie w księgozbiorze!

 

„Nie teraz jest pora na czytanie przecie

póki celnik naszych jeszcze z tyłu gniecie!”

A słychać odgłosy, szkła dźwięk tak znajomy

książeczki  tak duże prawie jak dymiony,

 

Marlboro, cukierki, romaszki, precelki,

krówki w czekoladzie, bochen chleba wielki,

nalewki, wigory pewnie „Riecept stary” 

taka różnorodność, że nie chcesz dać wiary,

 

że  przywozisz dary tu na Ukrainę

co jeszcze  wywozisz- milczeniem pominę,

bo słychać już głosy strachem przytłumione,

że się nie zbudziły chłopki zadymione!

 

Cóż; z tyłu zasnęła po lekturze  dwójka

celnik ten złośliwiec mówi:” teraz stójta!

Jak się ci obudzą, to nas zawołacie

no i się zbierają, i wychodzą „ajci”

 

„ Nie! Już ich budzimy,- krzyknął zrozpaczony

przewodnik i poszedł budzić zadymionych!

Przemycili w sobie  dziarskie dwa chłopeczki

z miłości do słowa z półtora książeczki!

 

W końcu  szlaban w górę, okrzyki radości! 

Gdzieś, ktoś przeklął  trochę, może nie ze złości?

Bo cóż to wielkiego postać na granicy

trzy, cztery godziny przecież się nie liczy!

 

To tiry osiągnięć niechlubnych skarbnicą

 po kilka dni stoją; przed wschodnią granicą!

Nie ma co narzekać, podróż kształci przecie

Jak do tego dojdzie jeszcze ecie pecie ?

 

 

To radość jest wielka bo i masz cukierki

i bochenek chleba i ze trzy butelki,

i kartonik dymków w prawie bez przemytu,

Ukrainy wskaźnik wzrasta dobrobytu

 

bo jedziesz im zawieźć nie z tego co  zbywa

lecz dzielisz się z bliźnim by móc być szczęśliwą!

A, że przy tym trochę pomyślisz o sobie?

Jak będzie wycieczka; już wiesz co ja zrobię!!

 

Pojadę tam znowu bo coś mnie tam wzywa;

Lwów mnie tak pociąga, tam  jestem szczęśliwa;

nie pozwolę zabrać sobie tej radości

i mam na to sposób :”czekanie  nie złości”

                                                                                              

Anna Gaudnik

2008